Sunday, February 5, 2012

O Futbolu a wszczególności jego wersji fantastycznej. A być może fantazyjnej.

Znowu jest lajwblogging, tym razem ze starbaksa na rogu Belmont i Clark, strefa nawet ludna, wiec mimo, ze 10 wieczor to starbaks zapchany hipsterami. Generalnie dzieje się. A siedze w starbaksie, bo oczekuję. Oglądałem właśnie przedstawienie w teatrze i teraz oczekuję. Ale nie o tym miało być. Otóż chciałem stworzyć iluzję, że pierwszy raz będę pisać w miarę na bieżąco, bo jutro jest Superbołl, czyli największe wydarzenie medialne po tej stronie Rio Bravo, a podobno i na świecie, ale tak naprawdę wcale nie będzie na bieżąco, tylko jak zwykle zalegle.

Ale trochę o suprebołlu i futbolu amerykańskiem będzie, tytułem wstępu. Otóż futbol amerykański, jeśli ktoś nie wiedział nie ma zbyt wiele wspólnego z kopaniem piłki. Tzn. czasami trochę ma, ale niedużo i jak ma, to zwykle jest w tym dobry Polak. Ale tylko jeden. A zatem futbol amerykański jest to gra zespołowa, która jest w jakiś sposób fenomenem medialno-sportowym. Na mecze 32 drużynowej ligi chodzi co tydzień po 60-80 tys. widzów, nie mówiąc ile ich ogląda to to w telewizji. Przynajmniej w przypadku telewizji jest to wynik naprawdę nie do pogardzenia, bo z nielicznych meczów, które zdarzyło mi się oglądać udało mi się wywnioskować, że mniej więcej połowa meczu składa się z reklam. Sezon zasadniczy jest niezmiernie krótki, bo trwa w zasadzie 17 tygodni, z czego każda drużyna ma jeden tydzień wolnego, więc rozgrywa tak naprawdę 16 potyczek, zaczyna się na początku września i kończy w nowy rok. Następują po nim 3 rundy tzw. plejoffu - po jednym meczu - zwieńczone superbołlem, który będzie jutro. Cała Ameryka żyje superbołlem, podobno. W Chicago jakoś nie tak bardzo, ale np. w Nowym Jorku, obsługa na lotnisku twierdziła, że  jeśli ktoś nie jest fanem Dżajantsów z nowego jorku, to niech nie wsiada na pokład, a wejścia do samolotu były obwieszone balonikami z logiem NY Dżajants.

Obecny sezon był dość specyficzny bo odbywał się po tak zwanym lokaucie, czyli niesnaskach kontraktowych pomiędzy graczami a ligą, które z naszego punktu widzenia sprowadzają się do dyskusji, czy gwiazdy będą dostawać pierdyliard dolarów za sezon, czy też może dwa pierdyliardy. Zabawa polega na tym, że układ zbiorowy, który podpisują w zasadzie zawiesza wszelkie prawa pracownicze zawodników (w zamian za rzeczone pierdyliardy) i powoduje, że podczas lokałtu zawodnicy nie mogą kontatkować się z klubami, w związku z czym nie mogą trenować i zgrywać się przed sezonem. W wyniku tego, wedle większości ekspertów ten sezon miał być bardziej nieprzewidywalny niż zwykle. I był. A czemu piszę, o takich szczegółach zaraz się wyjaśni.

Dotychczas nie napisałem jakie są zasady samej gry w futbol amerykański. Nie jest to przypadek, albowiem notka ta, tak naprawdę nie jest o futbolu tylko o fantazy futbolu. O fantazy futbolu dowiedziałem się pod koniec lata, kiedy to jeden z ludzi z mojej grupy zaczął opowiadać o tym jak będą organizować jakąś ligę, czym generalnie obudził mój gen współzawodnictwa. Poza tym, będąc młodym pacholęciem posiadałem grę na nintendo co się nazywała "Dan Elway Kłorterback" na której niemiłosiernie tłukłem mojego ojczyma, więc jakby futbol hamerykański miał dla mnie konotacje pozytywne i nawet znałem zasady, mniej więcej, ale kompletnie nie byłem na bieżąco kto gra, gdzie i z kim. Zacząłem zatem indagować czy nie mógłbym się podłączyć pod tą ligę, co by się podciągnąć w znajomości futbolu i nawiązać znajomości w grupie rówieśniczej. Pierwszą rzeczą, której się dowiedziałem było to, że Elway z mojej gry z dzieciństwa nazywał się John a nie Dan, co jak się okazało było dość istotne, bo jeden z organizatorów ligi był fanem drużyny z Denver. Następne informacje były o tym, że liga w zasadzie nie zawiera w sobie żadnego sportu - jest to, jak na początku mi się wydawało trochę bardziej gloryfikowana wersja "wygraj ligę" tyle że z futbolistami. Niedługo potem moje wyobrażenia zostały szybko i brutalnie zderzone z rzeczywistością. Fantazi Futbol, to jest przemysł i to przemysł, który wszyscy traktują śmiertelnie poważnie.


Na dzień dobry, okazało się, że wejściówka do ligi do 30$, a że grało 12 osób to zwycięzca mógł nawet nieźle zarobić. Następna interesująca historia była taka, że organizatorzy stworzyli konstytucję ligi, która miała ok. 9-10 stron maszynopisu. Uczestnicy następnie rzeczoną konstytucję przeczytali i zaczęli wprowadzać zmiany i klauzule aby uniknąć oszustw czy malwersacji. Na przykład dodano wpis o tym, że nie można zawodnika (nazwiskiem Ricky Williams) wymienić np. na lody i masaż. Miałem ochotę zaprotestować, że jest to jedyny sposób w jaki mógłbym odzyskać zainwestowaną kasę, ale ton maili z poprawkami, sugerował, że powyższy żart mógłby nie zostać dobrze przyjęty. Po zatwierdzeniu konstytucji odbywał się tzw. draft. czyli wybieranie zawodników do drużyn. Tu może małe wyjaśnienie na czym polega futbol i co za tym idzie jego wersja fantazi. Futbol polega na tym, że na boisku  jest bardzo dużo panów, którzy są ubrani w kaski i ochraniacze i próbują przetransportować jajowatą piłkę z jednego końca boiska na drugi. Transport odbywa się zwykle biegnąc, czy to po tym jak kłorterbak odda (running back) czy rzuci (wide receiver) piłkę. Każda akcja jest oczywiście rozłożona na ilość przebytych jardów, a kiedy  tak się zdarzy, że zawodnik przebiegnie linię końcową to drużyna dostaje 6 punktów. W fantazi futbol wybiera się drużynę z prawdziwych graczy i otrzymuje się punkty fantazi za ilość jardów przebytych i punktów zdobytych przez delikwenta w prawdziwym meczu. Niby coś jak wygraj ligę albo fantasy football na yahoosports.co.uk lata temu. Tylko, jak już pisałem o wiele, wiele bardziej.

Wracając do tematu. Draft, czyli wybieranie zawodników do drużyny  było organizowane z dwutygodniowym wyprzedzeniem i za pomocą specjalnej strony internetowej. W dniu samego draftu, kiedy zanosiło się na to, że ktoś się mógłby spóźnić organizatorzy wpadli w panikę. Na szczęście skończyło się na parominutowym spóźnieniu. Draft polegał na tym, że każdy posiadał pewną ilość wymyślonych pieniędzy i mógł wydać je w ramach aukcji na do 16tu zawodników. Podchodząc do draftu kojarzyłem 3 graczy: niejakiego Janikowskiego (z racji, że jest Polakiem), niejakiem Ochocinco (z racji, że zmienił sobie nazwisko na numer z którym grał - 85 )  i niejakiego Manninga, Peytona (bo kojarzyłem z jakiegoś artykułu na wyborczej, że coś kiedyś chyba wygrał). Dwóch pierwszych udało mi się zdobyć, trzeciego na szczęście nie. Reszta drużyny była w zasadzie losowa, ale jako że system sugeruje wartość aktualnie licytowanego gracza, to daje szansę kupienia graczy, którzy są w miarę sensowni. Moja nowo wybrana losowo drużyna została następnie przypisana do konferencji, i miała potykać się z innymi drużynami na śmierć, nie na niewolę.

Cały ten draft, wzbudził jakby moje zainteresowanie i zacząłem się zagłębiać w tematykę tego całego fantazi futbolu. I tu się okazało jak wielka to jest maszyna. Otóż, ESPN zatrudnia dziennikarzy (w sensie więcej niż jednego a bliżej 10 chyba), których jedynym zajęciem jest pisanie o fantazi futbolu. Kogo sprzedać, kogo kupić (drużyny mogą się wymieniać między sobą), kogo wystawić w najbliższym meczu. To ostatnie jest o tyle istotne, że np. mając dwóch równorzędnych raning beków, warto wystawić tego, który gra przeciw słabszej drużynie, bo drużyny silniejsze zwykle koncentrują się na raning bekach, bo wtedy rzadziej się zatrzymuje zegar itd. itp. New York Times, ma specjalnego bloga o futbolu i tam jakiś człowiek robił specjalną analizę każdej z drużyn pod kątem fantazi. Następnym szokiem okazało się, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy więdzą co to fantazi futbol i większość orientuje się kto jest dobry a kto cienki. Losowa osoba zapytana czy np. wymiana Toma Brady'ego na Tajt End'a ma sens, miała na ten temat sensowną opinię i potrafiła ją umotywować. Dyskusje o ligach i meczach, są oczywiście na porządku dziennym a spora część ludzi gra w kilku ligach równocześnie. Wisienką na torcie okazał się fakt, że istnieje sitcom o Fantazi Futbolu: "the League" oraz, że jeden z dziennikarzy od fantazi futbolu jest niedoszłym autorem scenariusza do kolejnej rewitalizacji Muppet Show'u (sprzed paru lat).

Dziwnym trafem okazało się, że moja drużyna się jednak do czegoś nadaje. A w każdym razie nadawała, ponieważ w okresie pierwszych trzech tygodni straciłem dwie z gwiazd z powodu kontuzji. Jak się okazuje kontuzjogenność zawodnika powinna być istotnym czynnikiem do rozważenia przed wyborem tegoż w drafcie. W tym momencie zaczyna się zabawa, ponieważ wśród nie wybranych jeszcze zawodników trzeba znaleźć takich, którzy rokują nadzieje na zdobywanie punktów i w dodatku wyłapać ich zanim zrobi to ktoś inny. Są oczywiście tony poradników i analiz i w zasadzie nawet nie trzeba oglądać meczów żeby kombinować. Ja np niewiele oglądałem, raczej śledziłem mecze fantazi, za pomocą stron internetowych apdejtowanych w rial tajmie. W każdym razie udało mi się znaleźć dwóch nowych graczy, w bardzo odpowiedznim momencie kiedy to mieli tzw. eskplozję formy i dzięki temu, rzutem na taśmę, zakwalifikować się do tzw. plejoffów ligi. Oczywiście jeden z nich oraz do tej pory najbardziej stabilny zawodnik postanowili wspólnie doznać kontuzji podczas pierwszego meczu plejoffs, więc zakończyłem zabawę na honorowym 5tym miejscu - pierwszym niewygrywającym oczywiście. Tym niemiej zdobyłem umiarkowany szacun wśród grupy rówieśniczej - także jakiś tam zysk jest. Liga jak się okazuje będzie kontynuować w przyszłym roku. Bez plusów beginner's luck spodziewam się szybkiej masakry.


P.S. A superbołl wygrali dżajantsi a jedno z przyłożeń zdobył niejaki Cruz, co go wcieliłem do drużyny w połowie sezonu.





Saturday, January 28, 2012

O świętach i ich świętowaniu

Święta wszelakie w tym kraju to trochę dziwna historia. To znaczy wygląda na to, że są celebrowane w zasadzie kiedy indziej niż wszyscy mówią, że są. Albo jak są, to w zasadzie wszyscy udają, że nie są. Za to dość często związane są z dużą ilością światełek.

Sezon świąteczny zaczyna się od Halloween. Tak gdzieś od połowy września. Tzn. patrząc na sklepy i różne punkty usługowe od mniej więcej od początku kalendarzowej jesieni celebruje się Halloween. Kolorami dominującymi stają się pomarańczowy i czarny a we wszelakich miejscach użyteczności publicznej pojawiają się dynie, pająki i pajęczyny z waty. Bez różnicy czy punkt jest księgarnią, perfumiarnią czy restauracją. Gdzieś ze trzy tygodnie przed samym Halloween dekoracje zaczynają opanowywać też domy. Pół biedy jeśli, ograniczą się do papierowej dyni w oknie, ale rzadko tak się zdarza. W niektórych sąsiedztwach dochodzi do pewnego wyścigu zbrojeń w którym bronią masowej zagłady są gipsowe modele, dmuchane ustrojstwa i duużo światełek. Patrz, egzibit a:

 My zachowaliśmy się minimalistycznie:
Zabawa polega na tym, że w samo Halloween większość sklepów uważa, że jest już po. Czego zaznaliśmy próbując zakupić tzw. last minet stroje na labowe Helołyn party. W ten dzień większość sklepów, zamienia już dekoracje i asortyment na następne święta, czyli Krismas, albo jak się to tutaj nazywa Hepi Holidejs w związku z tym próby zakupienia farb do twarzy w sam dzień kwitowane były sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Co do samych celebracji Helołin okazało się, że jadąc na party do labu przegapiliśmy dość ciekawy fenomen socjologiczny, który odbywa się w Ołk Park i bierze się stąd, że Ołk Park jest dzielnicą bogatych, dzieciatych par ale tylko parę metakwartałów dalej jest dzielnica, która miejscami wygląda jak z filmów blacksploitation z lat 70-tych. Granica ulicy Ałstin, jest praktycznie nigdy nie przekraczana przez mieszkańców obu społeczności oprócz właśnie Helołyn, kiedy to dzieci ze wschodniej części Ałstin wyruszają na trik-or-tritowe łowy. Natknęła się na to żona kolegi z pracy, której landlord przyniósł dodatkowe dwie torby cukierków mówiąc, że będą potrzebne. Mimo tego jej zapasy skończyły się koło siódmej i od tej pory siedzieli w domu przy zgaszonych światłach i udawali, że ich nie ma.


Sezon świąteczny Kristmesowy, czy też Holidejsowy zaczął się jak już pisałem w Helołyn, co było w zasadzie trochę zaskakujące ponieważ, jakby na to nie patrzeć, w tzw. międzyczasie pojawia się jeszcze thenksgiving. Zostało nam to wytłumaczone w ten sposób, że oba święta efekywnie wychodzą na to samo, bo je się indyka, więc nie ma sensu zmieniać dekoracji dwa razy. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jakby było pewne zróżnicowanie na thenksgiving, bo pierwsze choinki pojawiły się dopiero po nim i blek frajdej, który chyba jest świętem najważniejszym. My zdecydowaliśmy się na drzewko rozmarynowe, które jest małe, wygląda jak choinka i i tak uschło. Święta w Stanach z naszego doświadczenia składają się z dekoracji przed domem, które - jak twierdzi mój kolega z pracy - dobrze zrobione powinny być widoczne z kosmosu. Przykład poniżej; niestety nie miałem ze sobą aparatu kiedy przechodziliśmy obok największych wypasionych domów - czytaj dmuchane figury bohaterów Kubusia Puchatka w czapkach św. Mikołaja w rozmiarze 2x ludzkie i podświetlone.


Co prawda nie ma Puchatka, ale też jest zajebiście.


Co do tego jak ludzie, tacy prawdziwi, świętują to mieliśmy doświadczenia dość ograniczone albowiem byliśmy tylko na tzw. Booster Beam Holiday Party, czyli imprezie organizowanej przez jednego człowieka, którego nie znałem wcześniej, a który zaprosił wszystkich ludzi, którzy pracują w eksperymentach na jednej z wiązek neutrin na "domówkę" (uprzedzam fakty - nie było Dizziego Rascala, ergo obyło się bez ofiar). Impra była trochę składkowa, troche nie, była na zadupiu i byli na niej wszyscy z tzw. Hu is Hu at ze Lab. Żołądkowa Gorzka jak zwykle zrobiła furorę. Żeby zrozumieć skalę przedsięwzięcia chciałem tylko nadmienić, że gospodarze zorganizowali Bejbisiting dla dzieciatych osób (ich córka, ale za to w umeblowanej piwnicy z telewizją mającą na oko 50 miliardów cali przekątnej).  Drugie doświadczenie, to zaproszenie do lokalnej polonii na kolacyjkę w pierwszy dzień świąt i dyskusje o kocie imieniem Lolo. Syntetyczny barszcz w tych stronach, to jednak nie to co syntetyczny barszcz w ojczyźnie. Takoż i uszka. Ale za to nabawiliśmy się domowej cytrynówki, także ogólnie rzecz biorąc na plus.




My w święta przeprowadziliśmy się do kolegi z pracy aby zajmować się jego dwoma psami:

Hazel

Pico
 
Zysk nasz polegał na tym, że mielismy dwa psy: Pikoł i Hejzel, maszynkę do robienia espresso oraz kartę członkowską do Czikago Art Institjut, wiec w koncu poszlismy zobczyć Van Gogha i całą resztę tych impresjonistycznych palantów. Pełen luz i czilaut, które jak się okazało chyba były mi dość potrzebne.


Sylwestra, ponieważ nie zrobiliśmy żadnych planów postanowiliśmy spędzić w Ołk Parku na klabingu. Najpierw udaliśmy sie do KinderHuka Tapa, który jest moim ulubionym lokalem w Ołk Parku i który odgrażał się, że sylwestra będzie jak najbardziej celebrował. Wparowaliśmy w świątecznych nastrojach zamówiliśmy po piwie i wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że podczas tegoż piwa ludnośc zaczęła się ewakuować i ok. 10:30, kiedy kelnerka przyszła nas zapytać, czy nie chcielibyśmy czegoś jeszcze, w jej oczach widać było nadzieję, że może jednak byśmy nie chcieli, bo byliśmy w zasadzie ostatnimi osobami w barze. Grzecznie zatem podziękowaliśmy i udaliśmy się na mroźną wędrówkę w stronę Lejk Strit, co jest centrum Ołk Parka. Minęliśmy bar Pur Fils, z powodu, że wydawał się pełny i że zawsze wydajemy tam więcej niż się spodziewaliśmy (in hindsight, probably a bad move ) i udaliśmy się do Lejk Strit Kiczen and Bar. Które jest jeszcze droższe, ale miało mieć celebrację sylwestra. Jest to knajpa w miarę nowa i nie zawsze pełna. Oprócz lanczu - wtedy zawsze. Charakteryzuje się w miarę normalnymi cenami piwa i niezmiernia drogim żarciem, którym w dodatku ciężko się pożywić. Kelnerka, która nas zaprowadziłą do stołu i obsługiwała, na oko miała z 16 lat, więc wedle wszelkich prawideł nie powinna znajdować się w rzeczonym lokalu przez najbliższe 5 lat, ale nadrabiała entuzjazmem. Kiedy nadchodziła północ, konfidencjalnym szeptem, jakby zdradzała nam najbardziej zajebistą tajemnicę świata, oznajmiła nam: "Guess what? Free Champagne!". Oprócz fri Szampejn, dostaliśmy też parti hat (Najlepsza z żon dostała tiarę, co uważam, za pewną niesprawiedliwość), trąbki oraz łańcuch na szyję. Z ciekawostek, odradzamy drink pt. Season's Greetings - smakuje jak dr pepper - in a bad way. Jako, że szampana a w zasadzie prosecco wypiliśmy już o 17tej czasu lokalnego dzwoniąc na raut z lat 30tych, oraz impreza w lokalu już trochę umierała to na tym zakończyliśmy nasz sylestrowy klabing. Mijając Pur Fils okazało się, że party tam miało się świetnie - stąd wniosek, o być może nienajlepszej decyzji w sprawie lokalu.

Anyłej, obecnie na tapecie teoretycznie powinien być św. Walenty, ale coś jest cicho jak na to czego się spodziewałem.


P.S. Powyższy post powstawał przez okres mniej więcej trzech tygodni, z czego wiekszość ostatniej części powstała w barze, kiedy niecnie opuścił mnie jeden szkot. Co było zasadniczo niesympatycznie i niewczuwające się w potrzeby bliźniego. Ale za to jakby jest to lajwblogging z Szikaga, miasta. Czekerałt.