Monday, May 30, 2011

Odcinek w którym okazuje się, że amerykański system prawny nie jest przygotowany na to, że cudzoziemiec mógłby chcieć zrobić cokolwiek innego niż prawo jazdy. Ale akurat prawo jazdy może.

Jak w tytule napisano. Okazuje się, że prądu nie, internetu nie, komórki na kontrakt nie ale prawo jazdy - proszę bardzo. Sajn hir. Z prawem jazdy miałem lęki dość spore, bo tu akurat matka moja opowiadała historie niestworzone ze stanu kenektiket gdzie załatwianie prawa jazdy trwało dwa miesiące i było porównywalne doznaniami z, pozwolę sobie zacytować HOL'a, "unprotected reentry into the amtosphere". W związku z czym spodziewałem się conajmniej sporych trudności i w stanie Ilinojis. Na dzień dobry jasne było, że będę musiał zdawać egzamieny (nawiasem mówiąc międzynarodowe prawo jazdy, które wg władz polskich powinno być ważne przez rok, wg stanu Ilinojis jest ważne do 90 dni - z pewnymi wyjątkami),  w związku z tym zaopatrzyłem się w książeczkę o prawach drogowych w stanie i studiowałem ją przez jeden wieczór. Jest tu wiele ciekawych rzeczy co do ruchu, np. skręcanie w prawo na czerwonym jest dozwolone zawsze chyba, że nie jest oraz maksymalna prędkość w całym stanie to 65 mph (ok 110 km/h) ale jeszcze nie widzialem takiego ograniczenia. Wszedzie nizej - za to ludzie jezdza tak z 70-80 mph.

Wracając do meritum. Dzień przed zdawaniem egazminu udało mi się zdobyć mandat za przekroczenie szybkości na terenie labu - z tego co rozumiem jest to coś w rodzaju rytuału przejścia i bez tego nie jest się tu meżczyzną - strażnik, który mi rzeczony mandat wręczył poprosił mnie żebym na siebie uważał. Był bardzo zatroskany, mimo że jechałem 50 mil na godzine. Dnia następnego udałem się do drajwer testing fasiliti, Dżessi Łajt, sekretari of stejt - tak się to wszędzie nazywa. Dżessi Łajt jest wszędzie - strach otworzyć konserwę. Zostałem poproszony o dokumenty, które zostały zaakceptowane w zasadzie od razu (z opowieści Mazer o stanie kanektiket wynikało, że dokumenty są akceptowane tylko podczas koniunkcji gwiazd, która następuje raz na 100 lat). Następnie zostało przeprowadzone badanie opticzno-mediczne które polegało na zerknięciu w coś co wyglądało jak fotoplastikon i przeczytaniu pierwszej linii cyfr oraz stwierdzeniu z której strony się świeci światełko. Badanie odbyło się przy stanowisku, gdzie składałem papiery. Następnie opłata 30$ i test pisemny z cyklu kierowca może czy kierowca musi, ale w zasadzie niezbyt trudne (można zdawać po polsku jakby kto chciał). Wyłożyłem się na pytaniu czy 17 latek może jeździć z opiekunem po godzinie policyjnej (curfew) czy nie może. Ale że błędów można popełnić 7 na 20 pytań i 15 znaków to zdałem. Następnie pół godziny oczekiwania na krzesełku i ogromna murzińska pani mię zaprosiła do mojego samochodu na sam egzamin.

Sam egzamin był zabawny z tego powodu, że na dzień dobry stuknąłem się z innym gościem który też zdawał a to dlatego, że w książeczce jest wyraźnie napisane, że cofać trzeba mając rękę za siedzeniem pasażera i patrząc do tyłu. Otóż, jak się okazuje, Lanos haczback ma cholernie duży blind spot, który jest porównywalny chyba tylko z blajndspotem chryslera, który mnie stuknął w zderzak tylnie albowiem również cofał. Ja się zatrzymałem jakieś pół sekundy wcześniej. Instuktorzy wyszli, stwierdzili "I didn't see nuthin' " i poprosili o kontynuowanie. Na samym egazminie zdobyłem 16 punktów na 36. Nie jest dla mnie jasne czy były to punkty karne czy też pozytywne, enyłej egzamin został zaliczony i po następnych 10 minutach miałem w ręku dokument ze zdjęciem. Impreza trwała w sumie z półtorej godziny. Koleś, który mnie stuknął też zdał, tak bajdełej. Także jako atrakcję turystyczną polecam.

W sobotę za to udało nam się zakupić auto, co wiązało się z wizytami u latynoskich mechaników i sprawdzaniem czy w bagażniku nie ma ciała ale się udało. Jutro musimy zakupić ubezpieczenie oraz odebrać klonkra. Damy znać jak pójdzie.

Sunday, May 22, 2011

Odcinek w którym system działa jeśli się jest zapisanym do systemu a żeby się zapisać system powinien działać.

Wiele się udało osiągnąć przez ten tydzień, ale problem polega na tym, że im więcej się uda osiągnąć tym bardziej się okazuje, że to dopiero początek. Najdziwniejsze jest to, że wszyscy najpierw mówią, jak to w Stanach jest spoko i że wszystko działa, ale jak podrążysz to wychodzą na jaw historie o dwóch miesiącach zgryzoty, cierpienia i wymiaru nieskończonego zła przy załatwianiu sołszyl sekjuriti itd. itp. Widać wtedy w ich oczach przerażenie i panikę, że może to wróci. Ale może korolyzuję.

W każdym razie, w ramach apdejtu: Wprowadzilimy się, bo nie pamiętam czy o tym już wspomniałem. Było to związane z pewnymi atrakcjami, bo się nagle okazało,że materac co nam jego obiecał landlord był delikatnie nadgniły, więc na gewalt jechalimy do Ajkiji. Akcja zakończyła się sukcesem i posiadamy łóżko w szwedzkim stylu. Natomiast woda jak się okazało była przez cały czas, a jeno zostaliśmy pokonani przez dziwne kurki od niej. W poniedziałek przyjechał koleś od internetu, co prawda ze dwie godziny później niż miał być ale za to się przedstawił po polsku. Jak już nas podłączył to już wszystko poszło z górki, oprócz 2-3 telefonów z zapytaniem, czy technik się aby sprawdził i czy jesteśmy zadowoleni ze swoich internetów. Od tego momentu z internetem wszystko z górki: okazało się, że można dostać router łajerless za darmo - allow 4 weeks for shipping - wysłali w środe, allow 3-5 businness days for delivery - przyszło w piątek. Zatem, mamy łajerless jakby nas ktoś chciał odwiedzać.

Z prądem też się w końcu udało, ale z przejściami. Identyfikacja niby przeszła, ale jak dzwonie do ćwoków żeby dokonać rejestracji w poniedziałek to się nie da - bo musi być 5 biznes dni żeby weszło do bazy danych. - Ale może Pani sprawdzi ten numer co go mam?
- mogłabym ale i tak potrzeba 5ciu dni.
- Ale może pani sprawdzi ten numer? Może już jest?
- mogłabym ale i tak potrzeba 5ciu dni.
... repeat until keypressed...
w środę za to jak zadzwoniłem, to się okazało, że wszystko jest i już zgłoszone i załatwione - wtf? Dodatkowo 5 dni przed datą od której mamy podpisany wynajem, ale się poddałem. Zebrałem za to potem rispekta od Włochów, bo już przy pierwszym wściekłym telefonie dopytałem sie jak nie przechodzić przez kretyńską automatyczną rejestrację a oni jechali przez to do końca (patrz dwa miesiące cierpienia).

Będąc w miarę zadomowionymi postanowilim zająć się kupnem auta. I znowu zaczyna się droga przez męke. W dużym skrócie, albo możemy kupić klonkra, albo wziąć pożyczkę od dealera, ale trzeba zakupić auto na gwarancji a oferta jest niezmiernie korzystna i tylko 20% rocznie co daje jakies 5k$ samych odsetek, albo i to jest wspaniałe odkrycie - można dostać pożyczke od kasy oszczędnościowej labu. Zostalim zaakceptowani na pożyczkę na marne 6.7% rocznie, jedyny warunek, żeby dostać rzeczoną pożyczkę jest posiadanie lokalnego prawa jazdy - następna atrakcja turystyczna - oraz ubezpieczenia na tytuł auta, które chcemy zakupić. Czyli, pozwolę sobie powtórzyć, aby otrzymać pożyczkę na auto należy je najpierw efektywnie zakupić i ubezpieczyć. A wtedy otwiera się następna puszka pandory, albowiem ubezpieczenie wystawiają raczej na podstawie tutejszego prawa jazdy, czyli zero stażu czyli astronomiczne stawki. Can't wait.

Saturday, May 21, 2011

odcinek, w którym wrzuca się kilka zdjęć, zupełnie nie tych co trzeba.

Tak, wiem, długo mnie nie było. Ale administracja to tutaj praca na pełen etat plus się przeprowadziliśmy itd. itp.

w każdym razie póki co wrzuce parę zdjęć naszego nieaktualnego lokum:

eksponat a) po prawej - domek w labie. eksponat b) z przodu legendarny lanos. 
eksponat c) inny domek w labie.
eksponat d) szakal w labie. Widok z domku.
eksponat d) to coś stoi na środku prerii i straszy gęsi. Ja siedze na 10tym piętrze.

W przyszłych odcinkach chciałbym się zająć problemami języków, technologicznego zacofania, oraz dlaczego w tym kraju nie da się niczego załatwić jeśli wcześniej się tego nie załatwiło.

Saturday, May 14, 2011

Odcinek, w którym wreszcie udaje się uzyskać badża oraz w którym okazuje się, że mieszkanie znaleźć i wynając jest łatwo a problemy zaczynają się z mediami.

disclaimer: blogger sie zbiesił, więc post jest sprzed dwóch dni więc daty mogą się nie zgadzać.


Azaliż udało się dostać badża, ale prosto nie było. W ostatnim odcinku, zostawiliśmy bohaterów z badżem gościa na terenie i niewiadomością co dalej. Zatem w poniedziałek okazało się, że koleś od maila, jednak jest osobą, która jest kompetentna (ale tylko do pewnego stopnia - maila dalej nie załatwił) i wysłał maila, że owszem, hasło może przyznać ale tylko przez telefon, ale do drugiej jest na zebraniu więc żeby dzwonić później. Przez telefon udało się sprawę załatwić. Zalogowawszy się w systemach okazało się, że ubezpieczenie a i owszem można załatwić, ale a) adres zamieszkania wpisany jest w konektiket b) najlepszej z żon nie można wpisać albowiem nie posiaa sołszal sekjuriti namber i obie te rzeczy wymagaja interwencjie HR. Jeden mail dalej i pare godzin pozniej wieczorem okazalo sie, ze jednak to zrobili udalo sie zapisac na tu-bez-pieczeni. Miłym akcentem były maile od szefowej, która ze średnio 2-3 godzinnym opóźnieniem wysyłała mi maile, że moge zrobić to co akurat już zrobiłem. W każdym razie, we wtorek uzbrojony w wydruk potwierdzenia, że jestem azaliż ubezpieczony - bo numeru polisy nie bedzie jeszcze przez tydzień albo dłużej jak zostałem poniformowany - udałem się do biura pozwoleń. Gruba pani tamże nie raczyła nawet spojrzeć na ubezpieczenie za to stwierdziła, że mój formularz jest podpisany przez niewłaściwą osobę i jest jej przeykro. Ale po patrzeniu na mnie w milczeniu przz jakies 2 minuty stwierdziła, że ewentualnie może przyjąć maila od osoby właściwej.  A tak, w miedzyczasie i przy okazji, to żebym zrobił online kurs bezpieczeństwa.

Kurs bezpieczeństwa to seria prezentacji online, które trwaja ponad godzinę, w których trzeba przyjąc do wiadomości rożne niezmierne ważne skróty uzywane w tutejszej nomenklaturze sejfti. Z tego jest potem test. Tzn. głównie  tych akronimów. Oczywiście test też robi się online, tylko z jakiegoś powodu do mnie nie przychodził kiedy klikałem odpowiedni guzik - innym podobno przychodził w minute. Mi przyszło w środe rano. 3 razy. Po zrobieniu testu okazało się, że mail od szefowej nie może być uznany, ponieważ jej badż z kolei stracił ważność, w związku z czym jej zatwierdzenie mojego badża jest nie ważne. Zupełnie przypadkiem poznałem drugą osobę, która mogła mi to zatwierdzić i ta że wysłała maila. Szczegóły typu wracanie na 10 piętro po papiery, które już raz wcześniej skanowali i problemy z siecią podczas samego drukowania badża pomijam. Efekt jest taki, że w niecały tydzień od przyjazdu (bez jakichś 5 godzin) mam badża do najwkiększego laboratorium fizyki cząstek w U.S.A.. Grejt jakby powiedzieli tubylcy pokazując kciuk do góry.


Z innych atrakcji znaleźliśmy mieszkanie. Znalezienie mieszkania jest jak sie okazuje proste jak konstrukcja cepa. Szuka się na craigsliście (coś jak vlokslsta tylko bardziej) ogląda się kilka obleśnych mieszkań, następnie ogląda się jedno w miarę normalne i natychmiast w nim zakochuje, po czym wysyła się zeskanowaną aplikację lokatora mailem, płaci 25$ za sprawdzenie kredytu i po południu dzwoni się, żeby się dowiedzieć, ze się zostało zaakceptowanym lokatorem. Jeszcze tylko zapłacenie depozytu + pierwszy miesiąc czynszu i klucze do rąk. Szybko miło i przyjemnie. Mieszkanie jest małe, ale świeżo pomalowane, ma plastikowe okna, jest położone w miesjcu, z którego można na piechotę dojść do metro do Chicago i dwóch centrów podmiejskich miasteczek, gdzie są bary, restauracje etc. Jak na to co oglądaliśmy lokalizacja rządzi. Zabawa zaczęła się kiedy zechcieliśmy zamówić do mieszkania prąd i internet. Dzwonie Ci ja na numer co mię dali do dostarczyciela prądu, nawiasem mówiąc wygląda, że tu jest monopol ale nie jestem pewien, i nadziewam się na automat z rozpoznawaniem głosu.
- "Proszę podać adres pod którym chcesz zainstalować prąd"
- "Oak Park"
- "Nie zrozumiałam, proszę powtórz."
- "Oak Park!!!"
- "Nie zrozumiałam, proszę powtórz."
- $%^$%^$ Oak Park
- "Czy adres który wymieniłeś to $%^$%^$ ? Nie mam go w swojej bazie danych. "

I tak dalej w ten wesoły deseń. Po ok. pół godziny takiej zabawy, automatyczny system mnie wyrzucił ponieważ niechcący podałem datę rozpoczęcia w niedziele co jest no bueno. Przełączyło mnie zatem do miłego pana konsultanta, któremu miałem przyjemność ponownie udzielić wzystkich moich informacji, ponieważ system nie przyjął był. Po czym oczywiście sie okazało, że mój sołszyl sekjurity jest no bueno i w związku z tym, ktoś powinienem mnie wylegitymować. Najbliższe miejsce uprawnione jest jakieś 15 mil od fermilabu. Niby nic, ale zawsze wycieczka. Oczywiście okazało się, żę z internetem zabawa jest identyczna, tzn. jedziemy do legitymowania, ale udało mi się ustalić, ze da się w tej samej mieścinie - wysypało się nie na ofercie tylko, na przyjeździe ekipy do zamontowania tegoż - taka ciekawostka. No to jadymy, znajdujemy skrzyżowanie co ma być, wchodzę Ci ja do biura wymiany co miałem znaleźć a tam miły pan o latynoskich rysach mówi mi, że owszem kiedyś sprawdzali tożsamość dla panów od prądu, ale nie robią tego już od kilku lat i doprawdy nie wie czemu ludzie od prądu ciągle do nich wysyłają  ludzi w tym celu. No to dzwonię Ci ja na infolinię i wyrażam dezaprobatę dla precederu wysyłania nas 15 mil do miejsca gdzie się nic nie da zrobić, a pani mi mówi, nie no bo pan ma iść do aurora/lake currency exchange. No to ide po wielkim parkinku szopping malla i jak nic wychodzi, że jedyny currency exchange to jednak ten. Wchodze i sie upewniam i jak najbardziej on ci to jest. No to dzwonie ponownie na infolinie, gdzie tym razem odbiera w miare sensowna pani, która mnie mówi, że jej jest przykro ale oni nie są w stanie wiedzieć czy adres pod który kogoś wysyłają jest aktualny. Na moje pytanie, że tu twierdzą, że od lat tu przyjeżdżają ludzie na marne powiedziała, że zaznaczy. W każdym razie dała innyc adres w tym samym mieście, ale powiedziała coby zadzwonić i sprawdzić. Sprawdzilimy i zdążyli 5 minut przed zamknięciem i pani wydała nam świstek na którym zidentyfikowała mnie jako Andrzew i stwierdziła, że dane beda w bazie danych za 5 do 7 dni, co sie troche nie kalkuluje z tym, że za 2-3 chcieliśmy się wprowadzić. Ale nic to, jedziemy sie legitymowąc internetom. po pół godziny szukania i tego sklepu okazało się, że ten sklep jak i wszystkie inne w tej połowie stanu są akurat w tą środę zamknięte. Tym razem telefon na infolinie znowu trafił na sensownego człowieka (generalnie wygląda, że afroamerykanie są ok, inni są nie ok) i okazało się, że jeśli zgodzimy się zapłacić depozty w wys. 100$ to jednak nikt nie będzie chciał zobaczyć naszych dokumentów. Mają niby instalować w poniedziałek o 7:30. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

P.S. wczoraj byliśmy też wrzucić rzeczy cośmy je zakupili do domu w Ajkiji i nie leci woda w łazience. Mam złe przeczucia.

Monday, May 9, 2011

Odcinek trzeci o szeroko pojętej życzliwości oraz niemożliwości załatwienia komórki.

Razem z najlepszą z żon zaobserwowaliśmy potworną uprzejmość i sympatyczność jaką odznaczają się tubylcy względem wszystkich, a w każdym razie nas. Piszę potworną, bo podskórnie nadal mamy wrażenie, że jest to jednak wyuczone i nieszczere a są takoż uprzejmi ponieważ wypada. Wszyscy bez wyjątku pytają się jak leci, aczkolwiek  nie jestem pewien czy oczekują jakiejś odpowiedzi. Fascynującym był mail od biura z Jalu, w którym pani z biura dla cudzoziemskich scholastyków niezmiernie i wylewnie mi dziękowała za okazaną jej wszelką pomoc, która polegała na wysłaniu skanów paszportu i wizy, które to były potrzebne aby sie wszystko zgadzało w dokumentach. Moich. Być może mogłem odmówić i powiedzieć żeby sobie sami zeskanowali? Może być tak, że nie doceniam możliwośći robienia wbrew i pozwoliłem przeciwnikowi przejąć inicjatywę. W każdym razie w każdym możliwym miejscu i sklepie wszyscy chcą być pomocni, mili i uczynni - dla mnie hitem był ogolony latynos w liquor storze na granicy lekkich slumsow, który poprzez stara murzynkę domagającą się od sprzedawcy prezentu z okazji dnia matki, wyrażał swój żal z powodu niemożności sprzedania nam żelu pod prysznic w butelce odpowiedniej wielkości. Anyway, zdarzaja się momenty, że nie ma sie poczucia sztuczności, raz była to kasjerka w wal-marcie, która opowiadała o pobycie w Japonii i ile jedzą jej dzieci a drugi raz dzisiaj, kiedy pracownicy banku zaoferowali że nam pomogą odpalić auto, kiedy to po raz drugi już udało mi się zostawić mitycznego lanosa z włączonymi światłami - po pół godziny jest out.

Drugi pałer fejlur Lanosa zbiegł się z załatwianiem konta w banku, które ku mojemu zaskoczeniu wyglada na dość łatwe (ale nie wiadomo czy dostaniemy karte kredytową) obok domu, który najprawdopodobniej wynajmiemy od jutra (odpukać) co również było dość nieskomplikowane. Pierwszy pałer fejlur zbiegł się natomiast w czasie z próbą załatwienia komórek, która to proceura dla odmiany jest  skomplikowana bardzo.
Zabawa polega na tym, że wedle wszystkich komórki da się tu załatwić praktycznie tylko na kontrakt. Co w zasadzie nawet nam pasowało, bo oboje zastanawialiśmy się nad nowym sprzętem (ile można używać starej komórki Małego?) więc dawaj. Pierwszy sklep, w którym spędziliśmy marne 1.5 godziny pozwolił nam się zorientować w ogólnych realiach telefonii komórkowej w USA. Otóż pierwsza ciekawostka jest taka, że płaci się nie tylko za dzwonienie ale i za odbieranie telefonów jak i za odbieranie sms'ów (sms'em nazywa się wszystkie wiadomości). Co oznacza, że jak kupisz kontrakt na 700 minut miesięcznie i zadzwoni ciocia i będzie ględzić przez 10 godzin - hej, zdarza się - to masz problem. Główna zabawa polega jednakże na tym, czy kompania komórkowa będzie skłonna udzielić Ci łaski kontraktu dwuletniego - tu wchodzi do gry Social Security Number i historia kredytowa. Tak się składa, że SSN mam od dziecięctwa, co jak się okazuje jest pewnym problemem, bo teraz taki chop wrzuca w system numer i okazuje się, że numer jet aktywny od 20 lat tyle, że nic na nim się przez ten czas nie działo. Wiec system wrzuca błąd i potencjalną próbę oszustwa i sprzedawca musi dzwonić na swój dedykowany numer obsługi, co zajmuje najwyżej 15 minut czekania na odpowiedź - taki on dedykowany. Efekt taki, że w pierwszej firmie moglibyśmy mieć komórki, jeślibyśmy przynieśli rachunki za prąd, zapłacili w złocie depozyt za każdy telefon oraz przeszli np. na mormoństwo.

Postanowiliśmy zatem sprawdzić inną firmę, ale jako że się trochę zgubiliśmy to trafiliśmy do radioshacka, który reprezntował aż trzy różne sieci, więc nie ma tego złego itp... W tymże Shacku, jak się sami zwą, pewien młodzieniec zapałał bardzo chęcia pomocy w naszej sytuacji, ale najpierw musiał obsłuzyć dwóch panów w spódnicach, ponieważ inna pani mu zwróciła uwagę, że byli pierwsi. Jak już się do nas dobrał, to ponownie wpadliśmy w wir sprawdzania credit history, która jednakże tym razem utknęla na adresie. A to dlatego, że ulica wewnątrz Fermilabu nie wychodzi w bazie danych, więc dalej nie da rady. Po dwóch godzinach różnych telefonów i innych takich, udało nam się w końcu za pomocą alfabetu morse'a przekazać Panu, żeby już może nie sprawdzał tylko sprzedał nam tą kartę sim, co ją można podładowywać (w pierwszym sklepie twierdzili, że nie można) a którą znaleźliśmy. Był dość zaskoczony faktem posiadania na stanie tejże i musiał dzwonić na support żeby sie dowiedzieć jak to sprzedać, ale się udało. Także póki co dalej jedziemy na starej nokii de Mały.

Badż update: Działając na dwa fronty udało się dostać wreszcie PIN - wersja pt. pan od emaila. Wersja pt. szefowa nie zadziałała. Zapisanie się na ubezpieczenie nie było jednak takie proste, a to z powodu, że najlepsza z żon nie posiada SSN, bo nie może go posiadać, czego system nie przewiduje i w związku z tym musi być wpisana przez administratora. Oprócz tego nie można zmienić adresu, który jest obecnie wpisany jako adres uniwersytetu w konektiket. Administracja twierdzi, że można to zmienić ale ja efektów nie widze.

Saturday, May 7, 2011

O tym jak załatwiali badża

Badż jest niezmiernie ważny, albowiem pozwala na wstęp do labu, a jak już pisałem organizacja i służbistość są tu na dość wysokim poziomie, więc wchodzenie na krzywy ryj nie bardzo działa. Da się, ale kończy się to serią telefonów i autami stojącymi z tyłu, powiedziałbym, że trąbiącymi ale najlepsza z żon wytknęłaby mi, że koloryzuję. I miałaby rację - nie trąbili. Wracając do badża - procedura dla pracującego w tymże miejscu jest relatywnie prosta, i wedle administracji powinna trwać nie dłużej niż jeden dzień, a wyglada ona następująco:
1. pobrać  formularz.
2. wypełnić formularz.
3. odbyć kurs online.
4. wyrobić badż.
Póki co, udało mi się utknąć na punkcie numer 2, i nadal w nim tkwię. A to dlatego, że tutejsi służbiści domagają się jakichś nieistotnych szczegółów jak np. numer polisy ubezpieczeniowej. Ha! Wszak pracując na prestiżowym uniwersytecie mamy przecież ubezpieczenie - wystarczy sie jeno zalogować na stronę tegoż uniwersytetu, zaznaczyć okienko i będzie działać. I tu się zaczyna. Aby się zalogować potrzebne jest netID. NetID jest nieaktywne, a w zasadzie w ogóle go nie widać, ale pani sekretarka z Konektiket, twierdzi, że spoko i trzyma rękę na pulsie i da znać jak netID będzie. Tak mija czwartek. W piątek, na wszelki wypadek wyrobiliśmy badża najlepszej z żon, co wymagało żółtego papierka od hałsing ofis i uśmiechu najlepszej z żon (do fotografii). NetID tymczasem nadal ni ma. Wziąłem sie więc na sposób i spróbowałem zadzwonić do helpdesku. I tu zaczęła się radosna karuzela. Odbyłem kilka rozmów telefonicznych, w których kolejne osoby pomocnie sugerowały następne ogniwo, które być może mogłoby być może coś wiedzieć. A koniec konców okazało się, że NetID nie ma, nie wiadomo kto mógłby je przyznać a Ci co mogliby wiedzieć są póki co nieobecni.   W między czasie do sprawy włączyła się szefowa, która uznała, że niedopuszczalnym jest abyśmy nie mieli jeszcze ubezpieczenia zdrowotnego - co w zasadzie jest nawet prawdą bo dzień wczesniej wysyłałem podpisany dokument w którym oświadczałem, że jestem świadom, że nieposiadanie tegoż ubezpieczenia grozi deportacją. Wykorzystując wpływy i znajomości dotarła do kogoś kto wiedział, kto netID nadaje i wiedział, ze ta osoba będzie być może w poniedziałek - moich telefonów nie odbierali.

Tryby amerykańskiej machiny biurokratycznej można przyśpieszyć, jak się okazuje, i nadać im impet porównywalny z wodospadem z reklamy Corega Tabs. Czy coś. Otóż dzięki interwencji szefowej, godzinę przed wyjściem do domu pana co czynił zdjęcia do badżow, co dawało jakąś szansę na zrobienie badża jeszcze tego dnia, otrzymałem NetID. W forwardowanym mailu były wyrazy ogromnej radości i szczęścia z tego powodu i dużo wykrzykników - "We made it! He has a NetID!". Problem, który większość osób przeoczyło polegał na tym, że większość serwisów internetowych do zalogowania oprócz loginu wymaga również hasła. Nie inaczej serwis o którym tu mowa. Seria telefonów, wykazała że sytuacja jest dość podobna do poprzedniej - nikt nie wie kto to hasło generuje. To taka nowa praca! Ja dostaje tylko login! Nie wiem co dalej! Być może jest to jeden facet ale będzie w poniedziałek - drop him an email.

W zaistniałej sytuacji posiadam obecnie badża, jako osoba zamieszkująca na terenie labu - ale data ważności jest o wiele krótsza od badża najlepszej z żon. Z pewnym niepokojem oczekuje poniedziałku.

Odcinek pierwszy, w którym przybywają.

A zatem przybyli. Moje pierwsze wrażenie z przyjazdu było identyczne z tym, ktore miałem kiedy ostatnim razem przyjeżdżałem do stanów. Czyli albo nic sie tu nie zmieniło od 20 lat, albo Chicago jest 20 lat za Californią, albo ja nadal mam 9 lat. W kazdym razie dzisiaj padało, co oznacza, że jednak jest tak samo jak 20 lat temu i dzień po przyjeździe pada. Postęp. Wrażenie o którym mowa, to samochody, które po nocy jadą wielka czteropasmową autostradą. To co jest dziwne, to wrażenie, ze ta autostrada ma taka być, że to pasuje. Autostrady czteropasmowe, które kojarze z Europy, np. fragment pod Wiedniem zawsze sprawiały wrażenie, jakby niepasowały i były tylko chwilową przerwą w dwupasmowej podróży. W ogóle wszystko tu jest duże, ale to było wiadomo już wczesniej. Duże autostrady, duże dodże i czewrolety, duży obszar labu, duży Wal-Mart do którego udaliśmy się zakupić wode po przyjeździe i tylko mikroskopijny Lanos, którego dostalismy od labu do jechania do tegoż Wal-martu. Nie wiedziałem, że istnieje wersja dwudrzwiowa.

Zostaliśmy ulokowani w wiosce w labie, która wygląda jak z horrorów klasy C albo zwykła szwedzka wioska. Małe domki z niby drewna w dziwnych kolorach. Domek mamy wspólnie z innymi ludźmi - ale póki co byli tylko przez pierwszy dzień. Sam lab jest duży. Patrz wyżej. Kawał prerii na którym w środku ktoś ni stąd ni zowąd rąbnał 15 piętrowy gmach. Są też inne budynki ale zdecydowanie mniej wyglądające, jakby ktoś je chciał zbudować w dałntałn szikago i tylko rąbnał się o jakieś 40 mil. Jadąc samochodem do rzeczonego budynku z wymienionych domków udało się nam już zlokalizować legendarne labowe bizony - ogrodzone i niespodziewanego labowego wilka, który okazał się szakalem - nieogrodzony. Szakale są dobrze wychowane i chodzą ścieżkami. W ogóle wszystko tu jest zorganizowane za bardzo.

W następnym odcinku będzie o administracji.

Thursday, May 5, 2011

Tytułem wstępu

Zawsze zastanawiałem się, co powoduje w ludziach chęć pisania blogów i uzewnetrzniania swoich dziwnych przemyślen i co powoduje w innych ludziach chęć ich czytania. Nadal nie wiem, ale ponieważ byliśmy nieraz proszeni aby założyć bloga ku szczęśliwości narodu oraz relacjonowania naszych przygód w USA postnowiliśmy się ugiąć i założyć *. Zobaczymy co z tego wyjdzie, jak się znam to może to być ostatni post whatsoever. O, amerykanizmy już się zaczynają.


*dwa razy i ja postanowiłem a najlepsza z żon nie zaprotestowała.