Saturday, July 30, 2011

Baśń o dzielnym argonie i złym czerenkowie wraz z przytoczeniem fraszki o chwaleniu cudzego i swego nieznaniu.

Dobra, ten dzień musiał nadejść i nadszedł. Dzień w którym będzie historia z pracy, co jeśli czegokolwiek nauczyły mnie doświadczenia ze studiów, kiedy opowiadałem żarty śmieszące kolegów fizyków kolegom i koleżankom niefizykom, powinno się skończyć stratą większości czytelników przy ich zakłopotanych i nerwowych uśmiechach. Których jednakże nie będzie dane mi zobaczyć. Z drugiej strony argon jest w tytule bloga, więc ten kto to czyta jest sam sobie winien.

Aby dojść do historii właściwej, pozwolę sobie na odrobinę wstępu. Otóż przyjeżdzając do USA miałem pracować równolegle w trzech eksperymentach. Pierwszy eksperyment, nazwijmy go detektorem argonowej przeszłości, jest pierwszym detektorem ciekłoargonowym, który zrobili Hamerykanie i postawili na wiązce neutrin. Detektor ten, był mniejszy od tego co postawili Włosi z jakieś 600 razy, ale działał przez jakiś czas i zebrał dane, które teraz leżą na jakimś dysku i metaforycznie zbierają kurz. Ale i tak jest to więcej niż osiągneli Włosi. W każdym razie, kedy decydowałem się na przyjazd tutaj, idea była taka, że ten detektor można uruchomić ponownie z lepszym sprzętem i zmierzyć jeszcze lepiej. Na miejscu okazało się, że jest to wariant niezmiernie optymistyczny, biorąc pod uwagę, że nie bardzo są ludzie coby analizować stare dane, a co dopiero użerać się z administracją, żeby pozwolili ponownie uruchomić detektor, a co dopiero go uruchomić.

Drugi eskperyment, nazwijmy go detektorem argonowej teraźniejszości (a właściwie potencjalnej bliskiej przyszłości), ma być docelowo detektorem tylko 6 razy mniejszym od tego co mają Włosi, ale jako że ma być postawiony trochę sensowniej na wiązce neutrin to ma szanse cokolwiek zmierzyć,  w przeciwieństwie do swojego włoskiego pierwowzoru. Problem polega na tym, że "ma być" a nie np. "jest". Otóż, jak się okazało na miejscu, eksperyment wcale jeszcze nie jest zatwierdzony, a żeby wszedł w tenże błogosławiony, zatwierdzony, stan, grupa fizyków musi wykonać dość sporą liczbę dziwnych akrobacji. Dość niespodziewanym jest to, że najważniejszą częśćcią pracy fizyka w USA jest administracja. Administracja służy głównie przygotowaniu się do przeglądów, których tenże eksperyment ma dwa w przeciągu dwóch miesięcy. Jeden już był, drugi, ważniejszy, dopiero będzie. Ten pierwszy zakończył się wnioskami pt. naukowo całkiem wporzo, ale musicie popracować nad administracją. Dowiedziałem się, przy okazji, że i tak już 25% budżetu eksperymentu idzie na tąże robotę papierkową. Za to po drugim przeglądzie  może się na przykład okazać, że detektor nie będzie finansowany. Podobno szansa jest mała, ale istnieje.

Trzeci eksperyment, który będe nazywał detektorem argonowej przyszłości, jest w sytuacji dość specyficznej, ponieważ póki co rozważa się dwie technologie dla detektora, który jak dobrze pójdzie będzie zbudowany  ok. roku 2020. Niedawno się okazało, że decyzja może być, a w zasadzie ma być podjęta w ciągu pół roku i że ta druga technologia, czyli tzw. Wodny Czerenkow, może być tą która wygra. Wniosek ogólny jest taki, że za pół roku może się okazać, że nie ma żadnego z trzech eksperymentów, w których miałem pracować.


Własnie z tym trzecim eksperymentem zabawa jest największa, głównie z powodu tegoż wyboru, który ma nadejść. A szydło wyszło z worka dość niedawno, na tzw. zebraniu kolaboracji, gdzie się zjeżdża cała banda fizyków i dyskutuje - jak się okazuje głównie o administracji. Przed tymże zebraniem, moja szefowa zasugerowała, żebym wygłosił jakoweś wystąpienie aby się przedstawić ludziom. Byłem dość sceptycznie nastawiony, jako że nie spodziewałem się mieć żadnych wyników (słusznie) więc stanęło na tym, że zobaczę czy uda się coś zrobić i ewentualnie wrzucą mnie na 10 minut na jakąś sesję równoległą. Toteż dość mocno się zdzwiłem, kiedy po jakimś tygodniu dostałem maila od organizatorów, że w porozumieniu z moją szefową zarezerwowali dla mnie 30 minut na sesji plenarnej. Nie znając jeszcze do końca tutejszych realiów oraz dowiadując się od ludzi z grupy, że owszem szefowej zdarzają się takie numery, udało mi się zbić wystąpienie do 10 minut i tematu o planach i przewidywaniach. Jakiś czas potem szefowa wysłała mi maila, ze to chyba jakaś pomyłka, ale klamka już zapadła. Z mojego doświadczenia, nie jest dobrze wygłaszać referaty, do których wyniki robi się tuż przed wystąpieniem. Jeszcze gorzej jest jeśli mówi się o czymś o czym ma się niewielkie pojęcie. Jeszcze gorzej jest jeśli sala, przeciwnie, ma o tym temacie pojęcie całkiem dobre. Wydawało mi się, że własnie w takiej sytuacji się znajdowałem. Jak się okazało potencjalnie miało być jeszcze gorzej. Do smaku tego, że wystąpienie jest przygotowywane na prędce, w temacie na którym się nie zna i dla ludzi którzy się znają, można dorzucić to, że ludzie Ci mogą chcieć Ci dopieprzyć. O czym moja kochana grupa raczyła mnie poinformować dzień przed wystąpieniem.

Cała historia bierze się stąd, że sytuacja w eksperymencie jest specyficzna. Z kilku conajmniej powodów. Pierwszy jest taki, że są dwie technologie, które współzawodniczą o to, która ma być tą ostateczną. Eksperyment ten, ma być w założeniu eksperymentem, który zmierzy ostatnie parametry co zostaną do zmierzenia, będzie duży i pewnie nie będzie innego w tym samym czasie, a być może nie będzie innego potem.
Z dwóch technologii jedna jest starsza i łatwiejsza. Ma co prawda mniejsze możliwości, ale jest tym, co zna sporo starych profesorów, więc automatycznie jej sprzyjają - to jest właśnie tzw. wodny Czerenkow. Z drugiej strony jest ciekły argon, który jest technologią w miare nową, trudniejszą, niby o o wiele większych możliwościach, ale tak naprawde jeszcze w fazie rozwoju. Efektem tego jest to, że większość starych profesorów popierających wodnego Czerenkowa, stawia sobie za punkt honoru zmasakrowanie kogolwiek, kto śmie wypowiedzieć choćby słowo argon na zebraniach kolaboracji. O tej całej historii dowiedziałem się, jak już pisałem, dzień przed wystąpieniem, co bardzo pozytywnie mnie nastawiło do życia, Wszechświata i całej reszty. Organizatorzy dodatkowo postanowili poprawić mi humor przestawiając moje wystąpienie dwa razy, w związku z czym nikt, włącznie ze mną, nie wiedział kiedy naprawdę ma być. W końcu wygłosiłem je z zaskoczenia. I nic. Udzielono mi kilku rad co mógłbym zrobić w przyszłości i życzono powodzenia. Trochę później, jeden człowiek mi wytłumaczył, że najprawodpodobniej ktoś policzył wstępnie ludzi i wyszło, że jednak starych profesorów jest więcej, więc w przypadku głosowania, które zaczęli forsować powinni spokojnie ugrać swoje. W związku z czym nie ma co marnować energii na masakrowanie jakiegoś biednego cudzoziemca zgodnie z logiką "nie bij kolegi bo się spocisz".

Pikanterii całej tej zabawie dodaje to, że zadziałałoa nasza (moja i najlepszej z żon) wrodzona zdolność do powodowania kryzysów w Państwach, w których przebywamy. Zaliczamy sobie na konto Włochy, Portugalie i Hiszpanie a teraz USA:
http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,10000915,Dlug_Ameryki_to_14_293_975_000_000_dol__USA_zbankrutuja_.html
Efekt kryzysu w USA jest taki, że forsowanie głosowania w  trzecim ekperymencie jest wspierane przez agencje fundujące naukę a drugi eksperyment musi się zmierzyć z zarządzonym przez bodajże kongres, zakazem startu nowych projektów. Pomysły na obejście, póki co odnoszą się do kreatywnej księgowości i udawania, że np. ten eksperyment tutaj zawsze stał a my tylko odnowiliśmy mu 100 ton argonu. To co jest zaskakujące, jest to, że od wielu lat, wszyscy mi mówili, że w Europie to nyndza, ale gdzie jak gdzie ale w Stanach to są pieniadze na naukę. Tam to jest finansowanie ho ho ho. Zabawną płentą, było wystąpienie dyrektora Fermilabu na wspomniaym wcześniej zebraniu, który zupełnie poważnie stwierdził, że CERN to ma budżet. Gdyby on miał choć w połowie taki budżet jak CERN, to dopiero by mógł eksperymentować. Ale prosze państwa - w Europie to jest finansowanie nauki - ho ho ho.

Monday, July 18, 2011

O ofercie kulturalnej miasta szikaga w temacie muzyki.

W zasadzie o muzyce i kulturze miało być później, jak już w pełni zaznamy i zasmakujemy i się oświecimy, ale z różnych powodów będzie teraz. Pierwszy jest taki, że byliśmy na koncercie w sobotę, a drugi ważniejszy jest taki, że jakiś czas temu znalazłem klip na jutubie, który ma służyć do ilustracji tematu i który od tego czasu się włącza zawsze jak przychodzę do pracy co jest przyczyną wielu zabawnych sytuacji.

A zatemż. Szikago, miastem kultury jest. Przynajmniej takie są pogłoski. Nie bardzo udało nam się załapać jeszcze na większość jego atrakcji muzycznych, ale jakby dajemy jemu kredyt zaufania. Jeśli chodzi o Jazz, to jest w mieście klub, gdzie siadywał Kapone Aleksy i prawie tam pojechaliśmy, ale akurat kupowaliśmy tego dnia auto i byliśmy w Ikei i nie zdążyliśmy na umówione spotkanie. Był też w mieście szikagu Blues Festival i prawie na niego weszliśmy, ale jako, że bylem z Włochami to najpierw musieliśmy iść na stek (ja na rybu) a dopiero potem na bluesfest. Jak już dotarliśmy to starliśmy się z Panem ochroniarzem, który akurat dostał moment na zrobienie sobie pałertripa i tłumaczenie nam bite 15 minut, że z alkoholem wchodzić nie można, i żebyśmy nawet nie myśleli o wchodzeniu z alkoholem i że dzisiaj już zamknięte ale żebyśmy jutro nawet nie myśleli o przychodzeniu z alkoholem bo on ma pamięć do twarzy i nas załatwi. Kiedy w końcu jakiś drugi ochroniarz się nad nami zlitował i powiedział, że możemy wejść, to niestety kazał temu pierwszemu przeszukać nasze plecaki. Weszliśmy kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki ostatniego kawałka tego wieczoru.

Blusa jednak udało nam się zobaczyć, a to za sprawą lokalu co się nazywa Buddy Guy's Legends, co jest knajpą blusmena Badi Gaja i tam co wieczór jest lajw szoł. Naszym szczęściem trafiliśmy na poniedziałek, który jest dżam najt. Ma to swoje dobre i złe strony. Złe są jak się chce posłuchać dobrej muzyki, dobre jak się jednak ma ochotę zobaczyć dziwne rzeczy. Ale przesadzam, początki były niezłe, bo grało coś w rodzaju house band i byli to ludzie, którzy się jednak znali i grywali razem i tylko zapraszali jakichś wokalistów. Ciekawiej (i dziwniej) się zaczęlo robić potem, bo z tego co zrozumielim,  system polegał na tym, że z listy zczytywali ludzi, którzy praktycznie nigdy ze sobą nie grali i kazali im grać. Wychodziło różnie, na początku lepiej, bo wyglądało, że ściągali jakichś w miare doświadczonych ludzi co grali na blusfeście. Ale im dalej w wieczór tym robiło się najpierw dziwniej a potem słabiej. Z atrakcji pt. dziwniej wymienić należy pana nazwiskiem Tommy McKraken. Z takim nazwiskiem nie można nie odnieść sukcesu. I Tommy nas nie zawiódł wydziwiając naprawdę dziwne rzeczy na scenie, które chyba robił całkiem nieźle jakieś 10-20 lat temu. W każdym razie, dochodzimy do rzeczonego jutuba, bo Pan Tommy McK wygląda tak:

Potem było jeszcze dziwniej, bo na scenie pojawiła się Pani Hollie czy jakoś tak. Pani w kwiecie wiegu i wagi, która oparła swój występ na aluzjach seksualnych o subtelności rozpędzonego kombajnu bizon. Dość powiedzieć, że Panowie w męskiej toalecie wymieniali się zszokowanymi spostrzeżeniami aże to nigdy nie widzieli Pani tak rozwiązłej. Dość zabawne było obserwowanie młodych chłopców, którym trafiło się grać do jej wokala, i którzy usilnie starali się udawać, że nie zauważają jej awansów. Następne sety, to już jednak niestety równia pochyła, ale cytując bodajże Meriadoca po tym jak zadął w róg Gondoru - "A very educational experience all the same".

Z innych ofert muzycznych jest tu w lecie w cholere koncertów znanych zespołów - a to Britney, Rihanna i DeathCab for Cutie a i pewnie Justin Bieber by się pojawił. A tak bardziej serio, to oprócz rzeczonych gwiazd, jest też pełno koncertów, na które chętnie by się poszło, gdyby nie to, że kosztują jak za wołu. Lollapalooza jak już się zainteresowaliśmy kosztowała 180$ od osoby. Generalnie większość koncertów nie schodzi poniżej setki, co chwilowo powoduje nasz pas, ale jakby dajemy im kredyt zaufania. Zabawne w jakiś sposób jest to, że bilety chyba jako takie kosztują mniej, tylko że jedynym, albo głównym sposobem ich kupienia jest przez konika, która to instytucja jest sformalizowana i zinternetyzowana z gwarancjami zwrotu pieniędzy, jeśli Twoje bilety zakupione u konia nie dojdą na czas, albo nie pozwolą na wejście.

Enyłej, zanim się zorientowaliśmy, że ceny koncertów są dla nas za drogie, zdązylim zakupić bilety na Soundgarden, co jest moim ulubionym zespołem od dziecięctwa i w zeszłą sobotę przyszedł dzień wydarzenia.
Trochę deprymujący był fakt, że aby dojechać na koncert wystarczyło wsiąść w el-train i podjechać 6 przystanków. Myślę, że doceniłbym bardziej, gdyby trzeba przynajmniej część trasy przebyć przez amazońską dżunglę albo chociaż getto opanowane przez meksykański kartel. Jakoś brakowało w tym wszystkim przygody is ol ajm sejin. Z ciekawostek, tuż obok nas na podłodze hali stało kilku kolesi w koszulkach z kołnierzykiem i zatyczkami w uszach. Trochę uznałem ich za debili, ale jak przyszło co do czego to po pierwsze odpalali hedbangin' jak się patrzy a po drugie okazało się, że to oni mieli rację. Albo się zestarzeliśmy, albo nagłośnienie było masakrycznie głośne. Ciężko było wytrzymać bez rzeczonych zatyczek, aż się nie podgłuchło. Najlepsza z żon twierdzi, że z zatyczkami obcowanie z muzą jest zdecydowanie przyjemniejsze. Inną ciekawa atrakcją była sprzedaż piwa na dansfloorze, bo okazało się, że aby zakupić piwo od Pana, który chodzi i je sprzedaje należy posiadać biała bransoletkę. Dowiedzenie się jak takowąż zdobyć było niemożliwe z powodu mocno postępującej już w tym momencie głuchoty. Alternatywnym sposobem zakupienia piwa było zaczekanie na innego sprzedawce, który miał bransoletki w poważaniu. Niestety sprzedawał bud-lighta. Wszystko zło co słyszeliście o tym piwie jest prawdą a nawet bardziej. Jest to abominacyja i w średniowieczu za mniejsze rzeczy na stosie palili. Chyba jedyny sposób w jaki się toto utrzymało to fakt, że w tym kraju nie było średniowiecza i nie przeprowadzono tejże, jakże potrzebnej, selekcji natrualnej. Aż się moja podagra oburzyła.

A co do Soundgardenu to Chris Cornell jak mówi to ma zaskakująco przeciętny głos. Ale śpiewając nadal drze się tak jak powinien. I zagrali większość kawałków z drugiej płyty i w ogóle wszystkie moje ulubione, więc nawet w ramach pełni atrakcji zakupiłem koszulkę. Poczucie jak w liceum. ;-)

Sunday, July 10, 2011

O spędzaniu łykendów oraz fors of dżelaj

No dobra. W zasadzie to nie wiemy jak się spędza fors of dżelaj we właściwy sposób, ale mamy pewne podejrzenia. Podejrzenia nasze sugerują, że najprawdopodobniej tubylcy urządzają barbekju i oglądają fajerłorksy. Ale są to tylko przypuszczenia, ponieważ obie te atrakcje udało nam się przegapić. A to dlatego, że udaliśmy się do Starved Rock State Park co się znajduje jakieś 80 mil od nas i jest bardzo sympatyczną odmianą od reszty stanu, który wedle ostatnio ukutego sformułowania, jest "topologically challenged". W każdym razie w State Park jest wielkie centrum dla gości, gdzie można dostać mapę szlaków które wiodą wzdłuż kanionów - kaniony to główna atrakcja -ale i nabyć absolutnie ohydnego veggie-burgera, funnel cake'a, hordę pamiątek i ogólnie jak powiedziałyby dzieci z Biskupina - "KONIIIIKII" (metaforyczne, nie było prawdziwych).
W tym mniej więcej miejscu goście parku dzielą się na dwie grupy, pierwszą, jak sądzimy, stanowili amerykanie, którzy rozłożyli się hordami na łące i odpalili grille i drugą, która udała się w kaniony. Druga grupa dzieli się na dwie istotne podgrupy, czyli właścicieli psów i Polaków. Oprócz tego były śladowe ilości latynosów i hindusów - nie jest zbyt jasne czy posiadali schowane psy czy może pochodzili od Kościuszki albo innego Domeyki. W każdym razie rodacy swoim zachowaniem przysparzają chwały kraju ojców, oj przysparzają, a to oddając mocz w częściach parku a to polecając sobie dość głośno aby spojrzeć na ten "pikny wiu" i że "będziemy bek za half ałer".

W każdym razie kaniony śliczne,  w jednym miejscu nawet był wodospad, w którym można się było opluskać, co było sympatyczną odmianą od gorąca. Dość zaskakujące jest to, że na większości szlaków bliższych visitor's center ścieżki są obudowane drewnianymi deptakami. Coś jak w Chinach, ale tam był beton. Jak się uda dojść troche dalej, to drewna trochę mniej, ale trochę się zawsze znajdzie. Delikatnie to zabija przyjemność obcowania z dziką naturą. To, i hordy rodaków of kors.
Z jakiegoś powodu, zarząd parku krzywo patrzy na łowienie na trawie. 
 Wodospad z hordą kwiczących dzieci.
 Kanion plus rodacy

W ten łikend, który był już zupełnie normalnym łikendem udało nam się, w zasadzie przypadkowo, zaobserwować dwa różne sposoby spędzania łikendów przez tubylców. Drugim jest szopping w autlecie, o czym przekonaliśmy się kiedy nieopatrznie udaliśmy się tam w celu zakupieniu butów. Na szczęście dość szybko zamknęli, ale hordy miejscami porównywalne z centrum handlowym w L'Aquili po trzęsieniu Ziemi.

O wiele ciekawszy sposób spędzania łikendu zaobserwowaliśmy przypadkiem, kiedy postanowiliśmy przejść od dałntałn do Linkoln Park wzdłuż jeziora Miszigan. Nie jest to prosta sprawa, bo Miasto Chicago dla ludzi chcących przejść tą drogą ma kilka niespodzianek w postaci remontów i objazdów, ale w zasadzie tylko na początku - potem już można spokojnie iść wzdłuż brzegu. Jeszcze przez chwilę zahaczyliśmy o Navy Pier, co podobno miało być wesołym miasteczkiem z watą cukrową a było kakofonią głośnej muzyki, fast foodów i kolejek do toalet. Być może wata i strzelnice byłe gdzieś dalej ale uciekliśmy. Wracając do spaceru, idąc wzdłuż jeziora można napotkać plażę, co trzeba sobie powiedzieć, nie jest niespodziewane nad jeziorem. W zasadzie równie spodziewanym są rzędy łódek zacumowane w pewnym momencie - jest ich tam pewnie kilkadziesiąt lub może i nawet kilkaset stojących w sporym ścisku i z widokiem na ulicę i wieżowce. To co, przynajmniej dla mnie, było niespodziewane, to wykorzystanie tych łódek jako sposobu na spędzanie soboty. No dobra, samo wykorzystanie łódki na spędzenie soboty nie jest zaskakujące samo w sobie, ale sposób i owszem. A to dlatego, że wykorzystanie łódek na jeziorze Miszigan jest po pierwsze uskuteczniane w skali w zasadzie przemysłowej a po drugie nie wiąże się z wypływaniem tejże łódki gdziekolwiek. Dość istotnym czynnikiem takiego spędzania czasu jest bardzo głośne puszczanie muzyki techno (naszemu sąsiadowi by się pewnie spodobało), co biorąc pod uwagę przemysłowość zjawiska oraz małe odległości między łódkami prowadzi do naprawde interesujących efektów dźwiękowych. Oberwowaliśmy to zjawisko z brzegu przez jakiś czas i jest doprawdy fascynujące. No dobra, nie jest, ale siedzieliśmy w cieniu i było gorąco. Aby lepiej zobrazować fenomen:
To jest jeno wycinek pola łódek o których mowa. Najlepsza z żon, przypomniała mi jednak, że nie jest to zjawisko nowe i że zetknęliśmy się z nim poprzez utwór muzyczny, zaprezentowany nam lata temu przez Pana V., który dla porządku przytaczam (jeśli uda mi się zalinkować jutuba)

Monday, July 4, 2011

Krótka notka o pogodzie

Jako że, chyba większość wrednych administracyjnych spraw mam za sobą - aczkolwiek użeranie się z lokalną i nielokalną administracją uniwersytecką warta chyba osobnego wpisu, chwilowo napiszę może o tle w jakim przyszło się znajdować. Na pierwszy ogień - pogoda.

Kiedy przyjechaliśmy, przywitał nas dość nieprzyjemny ziąb ale liczyliśmy, że to chwilowe, jako że właśnie byliśmy po dwóch tygodniach w Portugalii. Nie bardzo. Dogłębne i nie do końca naukowe obserwacje pozwoliły nam wyróżnić trzy w miare odrębne stany pogody. Są to:
- Potworny, duszny upał z wilgotnością powietrza około 350%
- Ziąb przenikający do kości, opcjonalnie z bardzo silnym wiatrem, który jeszcze pogarsza sprawę.
- Ulewa, opcjonalnie przechodząca w burze (lub jak się ostatnio dowiedzieliśmy tornado).
Problem z tymi stanami pogodowymi, oprócz tego że wszystkie są w zasadzie mocno niekomfortowe, jest taki, że przejście z jednego w drugi zajmuje ok. pół godziny. No, najwyżej godzine. Naprawdę dość zabawne jest przyjechanie do labu w temperaturze dżungli amazońskiej, żeby podczas lanczu odkryć, że dżungla chwilowo wyszła i zastępuje ją tundra syberyjska. Oczywiście, ubranym się jest na gorący letni dzień.

Ludzie pracujący w labie potwierdzili moje obserwacje. Podobno w ciągu wiosny i jesieni jest ok. 3-4 dni podczas których schemat się załamuje i pogoda jest miła - czyli słońce, brak deszczu, znośna temperatura. Wedle ich relacji w tym czasie nikt nie pojawia się w labie. W tym roku chyba tych dni nie było. Aczkolwiek, był chyba jeden dzień, w którym było miło, ale ludzie w labie byli, więc nie wiem czy to ten właściwy.

Inna ciekawostka. Maj wydawał nam się dośc mokry i zimny, okazało się, że nie tylko nam. Kiedy siedzieliśmy u lekarza z moją podagrą, a był to ostatni dzień maja, złapaliśmy wiadomości,  w których informowali, że do rekordu najbardziej deszczowego maja w historii brakuje jednego milimetra deszczu. Po południu była burza. Rekord uznajemy za pobity.

A tornado jak się okazało, było chyba w zeszły wtorek, albo wtorek wcześniej. Jako, że nie słuchamy radia ani TV to się nie zorientowaliśmy bo siedzieliśmy akurat w kinie. Tylko się potem dziwiliśmy skąd te połamane gałęzie.

Najgorsze jest to, że wszyscy mówią, że zimą to dopiero jest ciężko.

Sunday, July 3, 2011

Obiecany odcinek o parkowaniu.

Tym razem będzie dedykowany odcinek o parkowaniu w nomen nie omen Oak Park, bo warta osobnego odcinka i obrazuje problemy, które mamy z tutejszą mentalnością. Jako teaser, powiem, że w aucie wyminielim akumulator i teraz jeździ, ale o tej sytuacji będzie jeszcze na końcu bo jest ona ukoronowaniem historii z parkowaniem. A zatem jadziem.

O tym, że z parkowaniem może być ciekawie zorientowaliśmy się już kiedy szukaliśmy mieszkania. W większości mieszkań, które oglądaliśmy trzy lub cztery razy powtarzano nam, że np. mieszkanie ma dedykowane miejsce parkingowe i to jest plus. Oczywiście zdecydowaliśmy się na to bez takowego miejsca, co okazało się mieć zabawne konsekwencje. Już kiedy oglądaliśmy nasze obecne mieszkanie landlord troche dokładniej naświetlił nam sprawę parkowania, a to że dobrze nie jest. Zwrócił naszą uwagę, że na ulicy dokładnie przed naszym domem parkowanie określone jest poprzez cztery (słownie cztery) częściowo wykluczające się znaki. A to:
- od 21 do 9 rano można parkować tylko jeśli się posiada pozwolenie Y4 (warto zapamiętać)
- ale nie w poniedziałki do sobót kiedy to nie można parkować od 7 do 9 i 16tej do 18tej.
- od 9 tej do 18tej można parkować cztery godziny,
- ale nie we wtorki od 15 do 17tej.
- dodatkowo dochodzą atrakcje jak spada śnieg, w moim mniemaniu wtedy już kompletnie nikt nic wie, ale chyba jest system który polega na tym, że można parkować na danej stronie ulicy tylko np. w dni parzyste. Nie jest dla mnie jasne co należy zrobić z autem w dni pozostałe o całkowita liczba miejsc parkingowych jest podobno ograniczona.

W każdym razie landlord powiedział nam, że albo należy wykupić naklejkę od Ołk Parka, co kosztuje jakieś 35$ miesięcznie w najprostszej wersji albo pójść naprzeciwko do domu starców, który ma dedykowany parking i teoretycznie wykupić od nich miesięczny pakiet, który nie wiadomo ile kosztuje. Cała sprawa była paląca bo w zasadzie bez jednego z powyższych dwóch rozwiązań auto spoza miasta nie może parkować w Ołk Parku przez noc. No exist. Jako, że na stronie Ołk Parka było napisane, że naklejki wykupuje się wyłącznie na 3 miesiące i nie są transferowalne (jak się później okazało nie jest to do końca prawdą) odczuwaliśmy pewną obawę przed zakupieniem takowej póki jeszcze mieliśmy auto z wypożyczalni. Także pierwszą noc auto spędziło na parkingu w domu starców, co kosztowało 6$ i wymagało podania numerów na tablicy, numeru prawa jazdy, grupy krwi kierowcy i jeszcze kilku innych niezmiernie istotnych szczegółów. I oczywiście proszę zabrać auto o godzinie 8 rano. Na pytanie, co będzie jeśli je zabiore chwilę później bo akurat miał przyjść facet montować internet powiedziano mi, że zostanie odholowane. Sympatyczny dil, nie ma co. Generalnie dla porządku sprawdziłem jeszcze jak wygląda miesięczny pakiet u starszych państwa i okazało się, że za marne 65$ miesięcznie mogę zabierać auto o 7 rano. Jeśli nie, to oczywiście holowanie.

W ten sposób rozpoczęły się nasze kontaky z Ołk  Park (nie bardzo)  Parking Service. Okazało się, że urząd jest przygotowany na delikwentów, którzy potrzebują parkować tymczasowo i można dostać pozwolenie tymczasowe na do 15 dni na tablice rejestracyjną (czyli teoretycznie zmieniając tablice można by tak w kółko, ale się nie opłaca). Aczkolwiek pozwolenie na takie parkowanie dostaliśmy na ulice o tzw. blok dalej. No trudno. Oczywiscie na tamntej ulicy jest większy luz i są chyba tylko 2-3 znaki zarządzające parkowaniem, więc każdy głupi by się zorientował. Oczywiście parkować można tylko do 9tej rano (ulica mniej uczęszczana). Ogólnie fakt, że na większości ulic można parkować tylko do jakiejś określonej, względnie wczesnej, godziny dość mnie niepokoił albowiem byłem sobie w stanie wyobrazić wielne czarnych scenariuszy, w których taki układ mógłby stwarzać problemy. Na przykład jak się dostaje podagry w prawej nodze i nie można naciskać na gaz lub hamulec - taki zupełnie losowy i mało prawdopodobny scenariusz. Nawiasem mówiąc nie było dla nas jasne gdzie, nawet mogąc jeździć autem, możnaby je przestawić bo oczywiście wszędzie parking do 7-8 rano. Ale, kiedy już podagra przyszła i nie mogliśmy przez tydzień odbrać Focusia to Pani z dziennej linii była na tyle miła, że przyjęła do wiadomości, ze nie mogę chodzić i obiecała dać adnotację że jestem indżerd i w związku z tym powinno być ok, jeśli auta nie przestawimy z rana. W ogóle okazało się, że system działa tak, że jak policja chciałaby wystawić mandat to wstukuje numer rejestracji i w komputerze wyskakuje, ż auto jest wporzo i mają nie ruszać. Nabraliśmy zatem pewnego zaufania do systemu parkowania (jak się później okazało chyba jednak nie do końca słusznie).

Wiedzeni nowo nabytym zaufaniem do instytucji miejskiego Ołk Parkowania, jak już przetransportowaliśmy Fokusia spod labu, udaliśmy sie do urzędu parkowań aby dowiedzieć się jak zostać legalnymi mieszkańcami i parkowaczami w Ołk Parku. Okazało się kilka ciekawych rzeczy, a to, że jednak można transferować naklejki co kosztuje marne 2$, a to, że oprócz tego musimy kupić roczny stiker za 50$, który nie uprawnia do niczego oprócz posiadania właściwego stikera do parkowania. Następną ciekawą informacją było to, że w strefie Y4, czyli tej przy której mieści się nasz dom, nie ma miejsc do parkowania, więc możemy sobie zakupić w którejś z sąsiednich. Strefy rozciągają się na kwadraty po dobrych kilka blokow, czyli tak gdzies z km x km jak nie wiecej. Tyle dobrze, ze nasza ulica jest w zasadzie granica stref, więc nie jest to aż taki problem. Przez chwilę zastanawialiaśmy się nad wykupieniem miejsca na małych parkingach, które są wszystkie oznaczone i limitowane itd., ale, zgadliście, parkingi trzeba opuścić do 7:30 rano. Ale miła pani stwierdziła, że w zasadzie w strefie Y5, całkiem niedaleko naszego domu, jest ulica która nie ma zakazu parkowania w ciągu dnia. Z poczuciem złapania Parkingowego Boga za nogi wróciliśmy pod dom, znaleźliśmy rzeczoną ulicę i nawet tabliczkę, że nie można tam parkować w środy od 15tej do 17tej przyjęliśmy z pełnym zrozumieniem.

Wszystko było ok, aż do momentu, kiedy to Focus, a w zasadzie jego akumulator, postanowił odejść do krainy wiecznych łowów. Problem polegał na tym, że stało się to kiedy wyciągaliśmy zakupy z auta, czyli staliśmy po tej złej, Y-4tej, stronie ulicy. Ale nauczony już, że Ołk Park jest dla ludzi, postanowiłem zadzwonić na linię nocną, albowiem samochód może otrzymać do 5 emerdżensi ołwernajt passes, które wydały mi się dokładnie tym co było nam potrzebne tego wieczora, aby postać do rana, a następnie znaleźć kogoś kto odpali auto z akumulatora - mechanicy mają tu takie generatory i chętnie ich użyczają.

Zatem dzwonię Ci ja na linię parkingową nocną i mówię Pani gdzie stoje, i żeby mnie ona wydała pozwolenie na noc. Na co zostałem poinformowany, że w miejscu w którym stoi auto parkowanie przez noc jest zabronione. Mój argument, że przede mną i za mną stoją inne auta, które parkują tam co noc nie zrobił na pani szczególnego wrażenia. Zasugerowała, że gdybym to auto przepchnął ze dwie ulice dalej, to ona mi może wtedy to pozwolenie wystawić. Próbowałem argumentować, ze mam przecież pozwolenie na parkowanie w zasadzie na drugiej stronie ulicy. Pani stwierdziła, ze to mogłoby być świetne miejsce do przepchnięcia auta. Powtarzam - auto bez świateł, czarne, ulica w zasadzie 4 pasmowa późny wieczór. Lepiej pchać, bo parkować przecież nie można.

Sprawa się skomplikowała, bo jak się okazało pchanie auta z automatyczną skrzynią biegów i bez akumulatora nie jest wcale takie proste. Da się, ale tego dowiedziałem się dopiero dzień później od policjanta, który zatrzymał się na sygnale za naszym wspaniałym autem, które raczyło się rozkraczyć na światłach - akumulator naprawdą był do wymiany. Enyłej, pamiętnego wieczora wróciłem do domu i próbowałem przekonać Panią, że jednak nie jestem w stanie przepchnąć auta na co zostalem poinformowany, że dostanę mandat. Na moje tłumaczenia, że przecież choćbym chciał to tego auta nie przepchnę pani pozostała głucha, aż w końcu przełączyła mnie do trafik ałthoriti, czyli jak rozumiem drogówki. Po wstępnym wyłuszczeniu sprawy, miły pan  zasugerował, że powinienem się z tym zgłosić do biura od parkowania. Udało się go przekonać, że własnie stamtąd mnie przekierowali. Nie było łatwo. Następnie udzielił mi informacji, że nie, auto nie może się znajdować i parkować tam gdzie się znajduje. Argument, że przecież inne auta tam parkują został zbity szybkim "przecież oni mają pozwolenie".Moje zapewnienie, że własnie próbowałem się dodzwonić, żeby to cholerne pozwolenie otrzymać zostało w zasadzie zignorowane. Po jeszcze dłuższej chwili takiego radosnego ping-ponga, pan stwierdził, że się coś postara zrobić. W każdym razie  mandatu rano nie dostaliśmy.

Jedno odpalenie z generatora, kompletne zatrzymanie na światłach, policję na sygnale, pchanie auta, znajomego Włocha i 180$ dalej mamy nowy akumulator. Tamten jak się okazało był tym oryginalnym zamontowanym fabrycznie - więc w sumie nieźle.  W każdym razie nadal nie wiem, co muszą robić z samochodami obywatele Ołk Parka, którym zdarzy się zachorować  a nie mają szczęscia parkować na bulwarze Waszyngtona. Być może jest jakaś firma, która zajmuje się biednymi samochodami w ciągu dnia, są takie dla dzieci i psów - to czemu nie dla aut?