Wednesday, December 21, 2011

Winter is Coming...

Kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy do tego kraju znajomi Włosi - bo jak się okazało znaliśmy głównie Włochów (przynajmniej od strony pracy) - zaczęli natychmiast snuć apokaliptyczne wizje dotyczące Zimy. Jako, że był to miesiąc Maj, dało nam to trochę do myślenia. W większości późniejszych rozmów z rzeczonymi Włochami temat zimy pojawiał się dość często,  najczęściej jako fatalistyczne stwierdzenie związane z tym, że może i teraz jest znośna pogoda ale potem nadejdzie Zima i się skończy. Ton i częstość powtórzeń spowodowała, że poczułem się trochę jak w jednej z książek Martina, Dżordża RR, które to znane są z tego, że wszyscy bohaterowie zapewniają o rychłym nadejściu zimy właśnie. Wynikiem tychże rozmów, spodziewaliśmy się śnieżnego piekła mniej więcej od późnego sierpnia. Pod tym względem sierpień nas rozczarował (ale nie żebyśmy narzekali). Również wrzesień nie sprostał oczekiwaniom rychłego mrozu serwując zamiast tego najmilszą pogodę jakiej dotyczhczas doświadczyliśmy w tym miejscu - ciepłą, słoneczną, niezbyt duszną itp. Nadejście października przypomniało nam jednak o wieszczących zimową zagładę rozmowach - żółknące i opadające liście oraz coraz częściej pojawiające się chłodne dni zdawały się sugerować, że zima jednak nadejdzie.

Na wszelki wypadek, spodziewając się mrozów porównywalnych ze Szpicbergenem, zakupiliśmy sobie po nowej kurtce oraz ciepłych skarpetkach. Tak minął październik i nadszedł listopad, kiedy to większość liści już opadła (oprócz Niu Hejwen, gdzie wtedy jeszcze nie), coraz częściej poranny chłód szczypał w policzki, ale nadal nie było to mróz nad mrozy ani nawet w malutkim stopniu apokaliptyczna zima. Na jednym ze spacerów do Ołk Parkskich parków (tym razem Kolumba) natknęliśmy się na zebranie kaczek i gęsi, które wydawały się zbierać do odlotu do cieplejszych krajów, albo chociaż Luizjany.




Po krótkim namyśle gęsi zebrały się i odleciały nie na południe a raczej w stronę zachodzącego słońca (znaczy się może Kalifornii), co dało okazję do kiczowatego zdjęcia, które poniżej,  oraz refleksji, że skoro gęsi się zbierają i lecą, to teraz już zima nadejdzie niechybnie.



Otóż, póki co, okazuje się, że jednak chybnie. Powyższe gęsi odleciały w połowie listopada mniej więcej (nawiasem mówiąc okazało się, że odleciały na pobliskie pole golfowe) a zimy dalej ni ma. Fakt, spadło w nocy trochę śniegu. A śnieg jest niebezpieczny albowiem kiedy jest śnieg, to miasto Ołk Park, może zarządzić alarm śnieżny, w którym to przypadku nie można juz parkować praktycznie nigdzie, a w niektórych miejscach tylko w dni parzyste. Nadal nie udało mi się zrozumieć co ludzie zwykle parkujący na ulicy mają uczynić ze swoimi powozami w godzinach od 8 do 22giej - ja mam zamiar parkować u znajomego Włocha, co oznacza 15 minutowy spacer do auta - ale cóż robić? W każdym razie śnieg spadł ze dwa razy. Utrzymał się, ze dwie - trzy godziny. Raz nawet było mroźnie. Tak na oko z -6 stopni, kiedy to udaliśmy się na spacer do Dżekson Park, gdzie dawno temu była wystawa światowa. Gęsi pozostały niewzruszone na takie dictum, najwyżej gęgając swoją dezaprobatę:
 Mróz wytrzymał mniej więcej jeden dzień. Poza tym w miare ciepło, i tylko pokrywa chmur, która czasami wisi nad światem nie pozwala stwierdzić, która jest pora dnia. Tzn. noc można w miare łatwo rozpoznać, ale poza tym - ciężkość.

Skoro już o Dżekson Park mowa, to pozwolę sobie na małą dygresję, jako że dotyczy ona przypadku nieokiełznanego ludzkiego geniuszu. Otóż park, został cały zaprojektowany na wystawę światową, przez jednego z pierwszych landskejp artists, jak ich się tu nazywa, który wedle ksiązki, którą czytała najlepsza z żon, był strasznie pedantyczny i projektował cały park tak aby widoki się komponowały, np. coby z mostku w ogródku japońskim był niezakłócony widok przez wodę na pawilon, w którym obecnie mieści się muzeum techniki. I wszystko było świetnie, dopóki któs nie wpadł na genialny pomysł wybudowania wieżowca, za rzeczonym pawilonem. Landskejp Artistę, pewnie by trafił szlag.




A wracając do zimy, to zaczynam się zastanawiać, czy wierzenie akurat Włochom na temat tego jak ciężka jest zima, skoro oni czasami miewają takie dwa tygodnie w roku, że temperatura spada poniżej zera, w nocy, było bardzo mądre. Ale pewnie w tej chwili zapeszam. W każdym razie póki co, mamy notorycznie otwarte okna, bo kaloryfery grzeją do temperatury zbliżonej do sauny fińskiej, a położone na nich buty się czasami topią. W zasadzie, musieliśmy zrewidować naszą opinię o ludziach, którzy nie ściągneli klimatyzacji na zimę. Przy tym grzaniu może się zdecydowanie przydać. A zima? Nadchodzi.

Tuesday, December 6, 2011

O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu... Częśc druga

Niu Jork, Niu Jork jak śpiwał Franciszek Sinatra. Ale zanim się tam człowiek uda, to wyprawę musi zaplanować. W naszym przypadku planowanie sprowadziło się do znalezienia hotelu. Jako, że już na pierwszy rzut oka okazało się, że drogo jak cholera - postanowilim udać się do Niu Jorka dopiero w sobotę i zwinąć w niedzielę coby zminimalizować liczbę nocy w rzeczonym hotelu. Mimo to znalezienie noclegu o racjonalnej cenie, który nie miałby 90% opisów o tym, że jest pełen pluskiew a pościel zaplamiona krwią proste nie było. Udało się znaleźć sieciówkę w Kłins, które  - jeśli czegoś mnie nauczyły filmy z Edim Merfim - jest siedliskiem przyszłych afrykańskich królowych. Hotel miał być w miarę prosto dostępny, więc udaliśmy się do Niu Jorka z Niu Hejwen z pewną dezynwolturą - czytaj nienajwcześniej - co również było spowodowane tym, że dzień wcześniej udaliśmy się na piwo z koleżanką z pracy, która odradzała nam mieszkanie w Niu Hejwen. Cytuję: "Kiedy chcemy się poczuć jak ludzie wsiadamy do pociągu i jedziemy do Niu Jorku".

Na pociąg do Niu Jorka zdążyliśmy w ostatniej chwili po czym bez większych przygód dostaliśmy się na Manhattan. A dokładniej na grand central station, którą dobrze znaliśmy z ostatniego filmu z Dżastinem i Milą, także od razu poczuliśmy się jak w domu. Jako że nie było jeszcze zbyt późno stwierdzilim, coby udać się do hotelu i nie chodzić z betami. I tu się zaczęły schody. System NiuJorskiego metra jest chyba najbardziej skomplikowanym z jakim sie dotychczas zetknąłem (aczkolwiek później się okazało, że bilety w Łoszyngtonie są skomplikowane bardziej), w sensie nie od razu jest jasne co jedzie gdzie i gdzie się zatrzymuje. To w zasadzie nie byłby nawet taki problem gdyby nie to, że proste połączenie, gdzie wsiadamy w linię nr 7 i jedziemy 4 stacje nie działa, z powodu, że linia numer 7 akurat nie jeździ przez najbliższe trzy tygodnie przez grand central. Proponuje się więc objazd innymi liniami np. R i Q, co oznacza, że trzeba jechać po jednym przystanku trzema różnymi liniami. Dodatkowe wyzwanie polegało na tym, że powrót do miasta nie był tak prosty jak po prostu przejechanie tych samych trzech przesiadek z powrotem. O nie. Otóż linia 7 jadąc w stronę miasta zamiast zatrzymywać się co przystanek zatrzymywała się co pięć. Jako że byliśmy na drugim to jakby na to nie patrzeć się nie kalkulowało. Rozwiązanie sugerowane przez NY Metro to pojechać w od miasta 4 przystanki a następnie wsiąśc w kolejkę jadącą do miasta i przejechać jeden długi. Tego typu atrakcje towarzyszyły nam przez cały nasz krótki pobyt w tzw. Wielkim Jabłku.

 Nic to, dotarlim do hotelu, gdzie najlepsza z żon znalazła niedopraną plamę z krwi na pościeli, ale niedużą, więc i tak w miarę wporzo. Hotel jak hotel, łajerless nie działał wcale - pierwszego dnia twierdzili, że już dzwonili do tech-supportu i mają naprawić, następnego dnia twierdzili, że tak ma być, tzn. że adres AjPi się dostaje po 20 minutach. Główną atrakcją hotelu był jednak prysznic, w którym nijak nie dało się wydedukować jak przełączyć pływ wody z kranu na prysznic. Problem, jak się okazało, był na recepcji znany, jako że kiedy zszedłem zapytać o ten problem, pani bez chwili wahania zademonstrowała mi to na modelu kranu, który posiadała pod ręką w szufladzie.

Anyłej, jeszcze w sobotę postanowiliśmy się udać na zwiedzanie i jakoś tak stwierdziliśmy, że może od południowego Manhattanu, bo Czajnatałn, little Italy, prom na Stejten Ajland (darmowy) i nie wiem jeszcze co. Wysiedlim na Bruklinie, co się nazywa zupełnie tak samo jak jedno z dzieci państwa Beckham i wybraliśmy się na przechodzenie przez most. Brukliński. Oczywiście, nie muszę mówić, że most w remoncie ale przejść się da, a że pora właściwa to i trochę kiczowatych fot się udało pstryknąć:
Statuja zachodzącego słońca
Przebiliśmy się w końcu przez tłumy robiących sobie zdjęcia turystów cisnących się pomiędzy dyktami odgradzającymi obszary "Men-at-łork" i dotarliśmy do pępka świata, czy to kulturalnego (Brodłej), czy to finansowego (Łol strit) czy też protestującego (Okiupaj Łol strit) czyli Manhattanu. Oczywiście schodząc z rzeczonego mostu nie trafia się na żadne z tych centrów a tylko na grupę afroamerykanów tańczących brejkdens. Błądząc trochę po okolicy natknęliśmy się na czajnatałn, które miejscami spokojnie mogłby uchodzić za prawdziwe chińskie miasto, natomiast Little Italy sprowadza się do kilku restauracji nieśmiało lokujących się pomiędzy hordą nowopowstałych sklepów, punktów usługowych i restauracji chińskich. Z jednej strony znak czasów z drugiej strony porównanie cen i jakości pomiędzy losowo wybranymi przez nas restauracjami chińską i włoską wypadła zdecydowanie na korzyść tej pierwszej. Nawet makaron był zdecydowanie lepszy. Za to w okolicy natknęliśmy się na melanż i eklektyzm, który dla mnie reprezentuje troche Niu Jork:



Klucząc po Manhattanie udało nam się zobaczyć i Łol strit i Okiupaj Łol strit. Okiupaj Łol strit wygląda tak:
 To co było imponujące w tej całej imprezie to to, że mieli tam punkt pierwszej pomocy, bibliotekę, panów pedałujących w celu zapewnienia energii elektrycznej oraz starsze panie robiące na drutach, bez których nie może się odbyć żaden nowoczesny protest - patrz, np., Polska. Oczywiście w związku z tym, że my się tam pojawiliśmy, a jak wiadomo przynosimy pecha, obóz Okiupajów został rozgoniony jakieś dwa dni później.

Atrakcją wieczora miał być sławny najtlajf Niu Jorku. Wspaniałe knajpy, hipsterzy, etc... Udaliśmy się zatem w stronę Greenwich Village, gdzie miało być zagłębie knajp. Znaleźliśmy najpierw jedną ulicę, co wg przewodnika jest centrum studenckiego życia. Ulica, faktycznie żywa, ale albo nowojorscy studenci stołują się w dość ekskluzywnych restauracjach albo przewodnik miał nieaktualne dane. W dodatku, rzeczoni studenci najwyraźniej nie spożywają piwa, bo żadne z tych miejsc nie wyglądało na bar oprócz jednej speluny w suterenie, która może i byłaby obiecująca, gdyby nie to, że w środku był w zasadzie tylko stół bilardowy. Skontaktowalim się zatem z wspomnianą wcześniej koleżanką pytając - gdzieżby? - zasugerowała ulicę Greenwich właściwą. Bo dłuższym kluczeniu dotarliśmy tamże i okazała się ona kompletnie opuszczoną i bez choćby pół neonu sugerującego piwo w polu widzenia. Idąc, natknęliśmy się na dwie prawie knajpy, ale sądząc że udajemy się do knajpianego zagłębia zignorowaliśmy je lekką ręką. Niesłusznie, jak się okazało. Klucząc z powrotem udało nam się je jednak odnaleźć, ponieważ okazało się, że były to jedyne dwa miejsca, które wygladały jakby można się w nich napić piwa. Nie muszę mówić, że podczas całych tych naszych peregrynacji mijały nas hordy ludzi epatujących swoim upiciem i zataczaniem się jakby chciały nas dodatkowo zdołować. Gdzie się raczyli byli doprowadzić do tego stanu - nie wiadomo. Dotarliśmy w końcu do dwóch knajp i w pierwszej oczywiście nie było miejsca. Druga za to miała wystrój w stylu amerykańskiego horroru dla nastolatków. Miejsca były, ale kiedy usiedliśmy zrozumieliśmy dlaczego. Akurat przy naszych stołach umieszczone były głośniki które waliły na pełnej mocy dźwiękami pochodzącymi z utworów od w miare znośnych aż do rzeczy, przy których David Guetta to liryczny szansonista. Fakt ataku ścianą dźwięku powodował u nas pewien dyskomfort, dlatego kiedy tylko zwolnił się inny stół spróbowaliśmy się tam przesiąść. Okazało się jednak, że tamten stół był jeszcze bliżej innego głośnika, zaś kiedy próbowaliśmy wrócić do poprzedniego okazało się, że jest już zajęty przez jakąś azjatkę i niewidomego gościa, który próbował nawigować swojego Ajfona za pomocą głosu. Wylądowaliśmy zatem jeszcze bliżej głośnika niż wcześniej. Chwilę później poczułem starość, kiedy zapytałem kelnerki, czy nie można by może ściszyć tej muzyki choć trochę (azjatka i niewidomy udzielili gorącego poparcia). Nie można. Postaliśmy jeszcze chwilę z naszymi nieszczęsnymi piwami i udaliśmy się na spoczynek (z trzema przesiadkami).

Następnego dnia spotykaliśmy się z rodziną, więc udało nam się tylko wcześniej przespacerować po Central Parku, który jest zaprawdę imponujący i szkoda, że tam nie byliśmy dłużej. Dla mnie w każdym razie, główny zysk z całej wycieczki był taki, żę czytając książke Gibsona zacząłem identyfikować ulice po których chodzą bohaterowie.