Nie mam złudzeń, że zacznę znowu regularnie pisać, ale kto wie. Może jak sie skoncentruję na krótszych tematach to i częściej niż raz na rok się coś pojawi.
Nie zakładałbym się o duże pieniądze. Także, dalej, jakby nigdy nic.
Na początek disklejmer: czuję się rozpieszczony przez moje dziedzięckie wspomnienie wysokiej kultury taksówkowej europejskiej a może nawet bardziej polskiej. W moim, spaczonym przeszłością, mniemaniu jak się wsiada do taksówki, to kierowca za relatywnie znośną cenę zawiezie na miejsce, pomoże bambetla zapakować do bagażnika, będzie wiedział gdzie się jedzie a i rozmową zabawi, czasami proponując grę co to jeśli się będzie wiedziało jakiś mocno nieistotny szczegół nt. powstania kościuszkowskiego to kurs będzie za darmo (nie wiedziało się). Od czasu dziedzięctwa trochę mi się zdarzyło taksówkami jeździć w róźnych miejscach i różnie bywało. Wyrolowano mnie raz czy dwa, zawieziono nie tam gdzie trzeba, taksówki trzymały się na słowo honoru, a czasami taksometr nawet jeśli był, to prośby o włączenie go były zbywane spojrzeniem sugerującym moje niedorozwinięcie umysłowe. Tym niemniej, we wszystkich tych przypadkach, jakoś nie miałem wątpliwości, że mam doczynienia z akolitami prastarego zakonu taksówkarzy. Takie wątpliwości pojawiły się dopiero w Stanach.
Z okazji podróży służbowych zdarza mi się ostatnio w miarę regularnie korzystać z taksówek w różnych dziwnych miejscach i ogólnie rzecz biorąc mój taksówkowy światopogląd nie napotyka dysonansów poznawczych tak długo, jak nie wsiadam w taksówkę z lotniska O'Hare do domu (do dużego pokoju). Kursy w innych miastach a takoż kursy na lotnisko jakoś wpisują się w moją wizję tego jak działają taksówki, mimo tego że chyba po jednym kursie w NY ukradli nam dane z karty kred. a podczas jednego kursu na O'Hare stawałem pod bankomatem, bo taksiarz potrzebował gotówki. Tym niemniej w większości przypadków kierowcy wiedzieli gdzie jadą, po co, i generalnie wszystko działało.
Powrót z lotniska, z jakiegoś powodu, jest bardzo często inny. Praktycznie każda taka wycieczka obfituje w ciekawe historie, które dotychczas rzadko mi było dane spotkać decydując się na płatny transport samochodowy. Zacznijmy od tego, że transport taksówkowy z lotniska O'Hare jest rygorystycznie obwarowany przepisami i zmonopolizowany (jak zaskakująco wiele rzeczy w USA) - w tym wypadku przez lotnisko. Taksówkę można wynająć tylko ze zorganizowanej przez lotnisko kolejki, a ogłoszenia w terminalu twierdzą, że jakikolwiek iny transport jest nielegalny. Zabija to trochę ten dreszczyk emocji, kiedy biorąc taksówkę z lotniska w nowym mieście nie wiesz czy przypadkiem właśnie nie wydajesz swoich oszczędności życia, ale trudno. Z nielicznych rozmów mających miejsce podczas tych wyjątkowych kursów, kiedy zdarza się, że zbiory języków którymi mówimy ja i kierowca mają jakieś przecięcie, wydaje mi się, że zorganizowane jest to w ten sposób, że taksówki, zanim pozwoli im się stanąć w tej jedynej słusznej kolejce, stoją na jakimś mohutnym parkingu, z którego dopiero są wzywane na terminal. Luksus stania na tym przed-parkingu, kosztuje ok. 4-5 dularów i często trwa z godzinę, w związku z czym pierwszym zabawnym motywem pojawiającym się podczas podróży z O'Hare jest to, że taksiarz jest zirytowany na dzień dobry (lub dobry wieczór, w zależności od pory dnia). Irytacja ta zwykle wzrasta w momencie w którym się okazuje, że kurs jest do jednej z miejscowości, gdzie nie można liczyć taryfy x1.5, co powoduje dalsze urażenie kierowcy. Chodzi o to, że większość kursów z lotniska jest płatnych x1.5 oprócz, do ok. 10 miejscowości w tzw. Czikagoland, które wg. słów jednego z kierowców, "wlazły w dupę burmistrzowi Emmanuelowi".
Także, zaczyna się zwykle od irytacji. Później następuje drugi etap, w którym okazuje się, że taksówkarz nie ma bladego pojęcia gdzie jest miejsce do którego chce się jechać. Zdaję sobię sprawę, że czasy egzaminów taksówkarskich ze znajomości ulic odchodzą do lamusa, często z powodu GPS'a, oraz że okolice Chicago są w cholerę duże (z drugiej strony te same ulice idą kilometrami ), ale już na przykład zorientowanie gdzie leży miejscowość jako taka, wydaje mi się, jak mawiają Włosi:
"minimo sindacale". No więc nie tutaj. Problem często nakłada się na brak języka którym obie strony mogłyby się porozumieć, w którym to przypadku mógłbym tłumaczyć taksówkarzowi gdzie ma skręcić itd. W przypadku problemów komunikacyjnych sprawę ratuje ajfołns, tyle że trzeba jeszcze dobrze wklepać nazwę ulicy, czemu stoi na przeszkodzie kryzys komunikacyjny również. Zdarzało mi się osobiście wklepać adres w rzeczonego ajfołnsa, po której to czynności kierowca w absolutnej ciszy wpatrywał się w niego religijnie, okazjonalnie tylko zerkając na ulicę którą jechał.
Są też kursy, kiedy w sumie to wolałbym żebyśmy się nie porozumiewali tym samym językiem, na przykładzie pana, który zwracał się do mnie per "broł" i opowiadał mi o doświadczeniach swoich oraz swoich kolegów w podrywaniu oraz zdobywaniu płatnych "biczes" w krajach latynoskich i nie tylko.
Pomoc w wyładowywaniu i władowywaniu bambetli się zdarza, ale rzadko. Zawsze natomiast należy się kierowcy napiwek, w wysokości conajmniej 15-20%, no bo jakże inaczej. Dzisiaj natomiast trafił mi się kierowca, który jak dotychczas jest dla mnie czempionem, z powodu, że na dzień dobry mnie zbeształ że wsiadam do taksówki z kolejki zamiast sobie zadzwonić po taką z Ołk Park, która będzie wiedziała gdzie to jest bo on przecież nie wie. Głupio mi się zrobiło. Także nawigowałem pana grzecznie podczas gdy on zawzięcie smarkał i był chory, zachowując jednak wzniosłe i trochę pogardliwe milczenie. Trochę zmiękł był w Ołk Park i nawet zainteresował się historycznymi budynkami, tymi co to je Franciszek L.W. zadisajnował.
Następnie zażądał opłaty w gotówce, bo potrzebował kupić benzynę a nie chciał wracać do garażu, bo jest przecież chory. Cóż ja miałem na to powiedzieć? Wyciągnąłem potulnie plecak z bagażnika i dałem 15% napiwku w gotówce.
z argonem wsrod zwierzat
Saturday, April 26, 2014
Wednesday, January 2, 2013
Wielki (tak naprawðę to pewnie nie bardzo) Powrót, znowu o Futbolu w wersji Fantazyjnej.
Szansa, że ktokolwiek to zobaczy jeśli mu wcześniej o tym nie powiem jest znikoma, jako że przez prawie już rok, zupełnie nie pompowałem kontentu co chyba jest pierwszym anty-przykazaniem bloggera. Kontent musi być. W każdym razie będę pisał znowu o Fantazy Futbolu, w ten sposób może uda się utrzymać jakiekolwiek wrażenie ciągłości. Absolutnie niesłuszne.
Jeżeli drogi czytelniku nie wiesz o co chodzi w Fantazy Futbolu, odsyłam Cię do mojej poprzedniej notki: o-futbolu-w-wersji-fantazyjnej. Także liga pt Fermilab Fantasy Futbol Lig wznowiła swoje rozgrywki ponownie w sierpniu i zakończyła w zeszły weekend. Liga się rozrosła o dwóch moich kompanów Karpulu*, których nazwiemy Erykiem (i jego syn Łill) i Dżonatanem i parę innych osób. W związku z czym liga posiadała teraz tylko jedną dywizję i każdy grał z każdym raz.
Zabawa, jak w poprzednim roku zaczynała się od draftu, gdzie wybiera się zawodników. Morale menedżerów drużyn, szczególnie tych, którzy w zeszłym roku byli na dnie klasyfikacji było dość niskie - do tego stopnia, że jeden kolega (nazwijmy go Dżoł, bo tak ma na imię) stwierdził, że olewa draft i niech za niego wybiera komputer - wszak mamy 21-szy wiek! To spotkało się z dramatycznym oporem ze strony komisarza ligi (jeden z autorów 13-stronicowego dokumentu o nazwie konstytucja ligi), który twierdził, że to zrujnuje wszystkim sezon - wrócimy jeszcze do tej historii - i w końcu czekaliśmy 45 minut aż Dżoł raczy się pojawić. Jamniki Burzenia (nikt nie zauważył sprtynej zmiany nazwy z zeszłego roku z Jamników Zniszczenia) kompletnie spaprały wybieranie zawodników. Przed całą zabawą walczyłem długo ze sobą próbując się przekonać, że warto wybrać tzw. "gwiazdy" i zapłacić za nie dużo, bo pseudo-pieniędzy będzie dużo a gwiazd mało. Nic z tego - moja centusiowa dusza doznawała torsji na myśl o wydaniu więcej niż 25% funduszy na jednego zawodnika, więc skończyłem z drużyną pełną młodych, tanich i przy nadziei. Najgorzej było w raning-bekach bo zamiast wybrać dwóch porządnych to dostałem jednego, który cały zeszły rok był kontuzjowany, a drugi był świetny przez dwa mecze a potem przestał grać w ogóle. Stąd przez cały sezon desperacko szukałem porządnego 2go raning-beka zbierając najgorsze ligowe szumowiny, które ledwo wstawały z ławki licząc na kontuzje zawodników, których byli zmiennikami. Ten pierwszy okazał się jednak całkiem dobry, oprócz tych kilku meczów, kiedy był dramatycznie słaby.
Jak już pisałem, Fantazy Futbol to jest przemysł do tego stopnia, że robią o tym seriale, są dziennikarze, którzy się tym zajmują - Senior Fantazi Analyst na przykład. Robią też filmiki, a że w tym roku do ligi dokooptowano Eryka i Dżonatana to jeden z takich filmików stał się insajd dżołkiem, ten dokładnie:
Serce Czempiona
Jamniki Burzenia radziły sobie średnio przez pierwszą połowę sezonu aż do meczu z ostatnią w tym momencie druzyną ligi, który zakończył się remisem. Jest to dość niespotykany wynik, jako że można zdobyć dowolną liczbę punktów od 10 do 200 idąc co 0.1 . Był to jedyny remis w tym roku, w poprzednim nie było żadnego. Dyshonor zremisowania z ostatnią drużyną najwyraźniej jednak obudził moich dzielnych zawodników i od tego momentu zaczęli swoją zwycięską passę. Akurat wtedy też zdarzyły się dwie kontuzje raning-beków, więc moi rezerwowi zaczęli grać. Kiedy drużyna zaczyna wygrywać zainteresowanie grą zdecydowanie wzrasta. Dodatkowo, aplikacja do oglądania wyników meczów fantazy (nie prawdziwych) uzależnia porównywalnie do dobrej kokainy, także większą część niedziel spędzałem patrząc w zielony ekran dostając dopaminowego kopa od każdego jarda zdobytego przez jakiegoś gościa na odległym boisku, który przekładał się na 0.1 punktu dla Jamników. Satysfakcja z wygrania takiego meczu jest zaskakująco duża, co jest w sumie dość dziwne, bo ani w to się wkłada umiejętności, ani wiedzę - w dużym stopniu jest to losowe - trzeba tylko się upewnić, że wszyscy zawodnicy w składzie grają. Najlepszy zawodnik może mieć nędzny dzień, skręcić sobie kostkę albo akurat wyjść po papierosy jak Józef Tkaczuk - no, nie wymyślisz.
W każdym razie, Jamniki od pamiętnego remisu, zaczęły okres dominacji i kroczyły od zwycięstwa do zwycięstwa aż do ostatniej kolejki "sezonu zasadniczego". Już wcześniej zakwalifikowałem się do plejoffów, a człowiek z którym grałem nie. On musiał wygrać i liczyć na przegraną zeszłorocznego mistrza, w którym to momencie to on a nie tenże mistrz awansowałby do plejoffów. Że kolegę lubię, a ex-mistrza jakby mniej, plus gdyby ex-mistrz nie wszedł do plejoffów Jamniki byłyby jedyną drużyną w plejofach dwa lata z rzędu (nawiasem mówiąc - mam wrażenie, że amerykańskie wymyślanie statystyk rzuca się na mózg) to postanowiłem wsadzić do składu trochę słabszych zawodników coby dać większe szanse na realizację korzystnego scenariusza. Specyfika fantazyjnej niedzieli jest taka, że o 12:00 jest większość meczów, potem ok. 3:30 zaczyna się następnych 4-5, a o 19:00 jest jeden mecz, zwany Sunday Night Football (często jest też mecz w poniedziałek, ale to dla tej dyskusji nie ma zbyt dużego znaczenia). Także przed meczem Sunday Night kolega nie miał już żadnych zawodników, a mnie została tylko obrona nieszczęsnych Kowbojów z Dallas. Żeby pokonać kolegę potrzebowałem, żeby ta obrona zdobyła 6 punktów, a w sumie wartało było wygrać, bo było już jasne, że ex-mistrz nie przegra a na szali było rozstawienie w plejofach! Obrona jest dość specyficznym zawodnikiem, ponieważ zaczyna mecz z 10-ma punktami i traci je kiedy przeciwna drużyna zdobywa punkty.
Kowboje grali z drużyną Orłów z Filadelfii, która przez ostatnich kilka tygodni była pośmiewiskiem ligi, także szanse na wygraną niby były spore. Oczywiście postanowili sobie wybrać ten tydzień na chwilowe odrodzenie (potem znowu byli beznadziejni). Z kolejnymi punktami zdobytymi w meczu patrzyłem jak liczba punktów fantazy schodzi w dół: 10...8...6...4 (o, już przegrywam mecz)...2...1...0...-2(tak, można dostawać punkty ujemne)... -3, i tu, nagle, w połowie ostatniej kwarty, zdarza się cud i obrońcy przechwytują podanie kłorterbeka i zdobywają taczdałn: 5 punktów. Chwilę później łapią kłorterbeka z piłką: 6 punktów - wygrywam o 0.3 punkta a do końca meczu została minuta. Większość drużyn stara się w tym momencie grać na czas, ale kowboje to ciule, więc muszą oddać piłkę orłom wykopem. Standardowa akcja. Tyle, że jakiś młodzik w drużynie orłów nie zorientował się, że mecz (ten prawdziwy) jest przegrany i poleciał z piłką przez całe boisko i zdobył taczdałn. Obrona Kowbojs: -1, czyli 5. Koniec meczu. Przegrałem o 0.7 punktu. Zamiast pierwszego miejsca w sezonie zasadniczym - 4te. Kolega teraz uważa tego młodzika za swojego najlepszego przyjaciela. Ale i tak nie awansował do plejoffów.
Jamniki tymczasem do plejoffów weszły, ale w związku z ostatnią przegraną musiałem grać z innym Dżoł, który akurat był na fali, także wyglądało to nienajlepiej. Z dość przerażoną miną patrzyłem jak drużyna, której obronę miał Dżoł, robija przeciwnika 50-0 z czego kilka taczdałnów zdobyli właśnie po przechwytach i zdobyli drugi najlepszy wynik dla obrony w historii Fantasy Futbolu jako takiego. W felietonach dzień później, większość Senior Fantasy Analyst ubolewała nad drużynami, które musiały grać przeciwko tej obronie składając im kondolencje z okazji zakończonego sezonu. Ale Jamniki Burzenia nie zakończyły sezonu, tylko grały dalej. A to dlatego, że mój kłorterbek też miał kosmiczny wynik a za to łajd-risiwerzy Dżoła, akurat wyszli na kawę.
W półfinale przyszedł czas na bratobójczą walkę wewnątrz-karpulową z Erykiem i jego synem Willem. Ten tydzień, mój pierwszy raning-bek ( ten w miarę dobry) grający przeciw jednej z najsłabszych drużyn w lidze postanowił wybrać na zrobienie nic. Dodatkowo jeden z moich nowych łajd-risiwerów zdobył okrągłe 0 punktów. Felietoniści dzień później ponownie złożyli kondolencje drużynom, w których grali Ci zawodnicy, no bo jak wygrać w plejofach jak zawodnik zdobywa jajo?
Ano tak, że kłorterbek Eryka też się nie popisał a mój znowu w miarę i jeszcze pozostali łajd riciwerzy się spisali.
Nadszedł zatem czas finału, w którym przyszło mi się zmierzyć z pierwszym Dżoł. Tym co nie chciał draftować na początku. Nadszedł czas wymierzenia sprawiedliwości za te 45 minut, albo oberwania i potem jojczenia jak to, w przyszłym roku trzeba pozwolić Dżoł na automatyczny draft, bo mój sezon jest jednak zrujnowany. Przewidywania ESPN dawały zwycięstwo drużynie Dżoł. Jednakże Jamniki mocno zaczęły. Po pierwszej serii meczów miały sporą przewagę nad Bullockami z Batavii. Podczas drugiej serii wyskoczyłem na chwilę po sprawunki i kiedy wróciłem to okazało się, że przewaga topnieje w zastraszającym tempie a dodatkowo mój drugi raning-bek skiepścił swoją pierwszą akcję dostał -2 punkty za fambla a następnie go zdjęli z boiska. Tymczasem w wieczornym meczu dwie główne gwiazdy Dżoł zaczęły mieć mecz życia. 2 minuty przed końcem moja przewaga wynosiła dokładnie jeden taczdałn. Drużyna z Baltimore, której raning-bek jest ich głównym zdobywcą była w strefie końcowej. Przegrana wydawała się nieunikniona. Jest jednak taki zwyczaj, że jeśli drużyna, która wygrywa jest w stanie robić nic tak żeby zegar zszedł do zera, to czasem tak robi.
Próbuję się zorientować ile kosztuje wynajęcie Segłeja.
P.S. Przez cały sezon nie widziałem ani jednego meczu prawdziwego futbolu. Raz byliśmy w knajpie ogladać pół meczu między patriotami a czterdziesto-dziewiątkowcami ale nie grał w nim żaden z moich zawodników. ;-)
*Karpul - 1. dzielenie się kosztami podróży samochodowej do pracy, często połączone z narzekaniem na softłer do analizy danych. 2. Pieszczotliwe określenie dużego Karpia.
Jeżeli drogi czytelniku nie wiesz o co chodzi w Fantazy Futbolu, odsyłam Cię do mojej poprzedniej notki: o-futbolu-w-wersji-fantazyjnej. Także liga pt Fermilab Fantasy Futbol Lig wznowiła swoje rozgrywki ponownie w sierpniu i zakończyła w zeszły weekend. Liga się rozrosła o dwóch moich kompanów Karpulu*, których nazwiemy Erykiem (i jego syn Łill) i Dżonatanem i parę innych osób. W związku z czym liga posiadała teraz tylko jedną dywizję i każdy grał z każdym raz.
Zabawa, jak w poprzednim roku zaczynała się od draftu, gdzie wybiera się zawodników. Morale menedżerów drużyn, szczególnie tych, którzy w zeszłym roku byli na dnie klasyfikacji było dość niskie - do tego stopnia, że jeden kolega (nazwijmy go Dżoł, bo tak ma na imię) stwierdził, że olewa draft i niech za niego wybiera komputer - wszak mamy 21-szy wiek! To spotkało się z dramatycznym oporem ze strony komisarza ligi (jeden z autorów 13-stronicowego dokumentu o nazwie konstytucja ligi), który twierdził, że to zrujnuje wszystkim sezon - wrócimy jeszcze do tej historii - i w końcu czekaliśmy 45 minut aż Dżoł raczy się pojawić. Jamniki Burzenia (nikt nie zauważył sprtynej zmiany nazwy z zeszłego roku z Jamników Zniszczenia) kompletnie spaprały wybieranie zawodników. Przed całą zabawą walczyłem długo ze sobą próbując się przekonać, że warto wybrać tzw. "gwiazdy" i zapłacić za nie dużo, bo pseudo-pieniędzy będzie dużo a gwiazd mało. Nic z tego - moja centusiowa dusza doznawała torsji na myśl o wydaniu więcej niż 25% funduszy na jednego zawodnika, więc skończyłem z drużyną pełną młodych, tanich i przy nadziei. Najgorzej było w raning-bekach bo zamiast wybrać dwóch porządnych to dostałem jednego, który cały zeszły rok był kontuzjowany, a drugi był świetny przez dwa mecze a potem przestał grać w ogóle. Stąd przez cały sezon desperacko szukałem porządnego 2go raning-beka zbierając najgorsze ligowe szumowiny, które ledwo wstawały z ławki licząc na kontuzje zawodników, których byli zmiennikami. Ten pierwszy okazał się jednak całkiem dobry, oprócz tych kilku meczów, kiedy był dramatycznie słaby.
Jak już pisałem, Fantazy Futbol to jest przemysł do tego stopnia, że robią o tym seriale, są dziennikarze, którzy się tym zajmują - Senior Fantazi Analyst na przykład. Robią też filmiki, a że w tym roku do ligi dokooptowano Eryka i Dżonatana to jeden z takich filmików stał się insajd dżołkiem, ten dokładnie:
Serce Czempiona
Jamniki Burzenia radziły sobie średnio przez pierwszą połowę sezonu aż do meczu z ostatnią w tym momencie druzyną ligi, który zakończył się remisem. Jest to dość niespotykany wynik, jako że można zdobyć dowolną liczbę punktów od 10 do 200 idąc co 0.1 . Był to jedyny remis w tym roku, w poprzednim nie było żadnego. Dyshonor zremisowania z ostatnią drużyną najwyraźniej jednak obudził moich dzielnych zawodników i od tego momentu zaczęli swoją zwycięską passę. Akurat wtedy też zdarzyły się dwie kontuzje raning-beków, więc moi rezerwowi zaczęli grać. Kiedy drużyna zaczyna wygrywać zainteresowanie grą zdecydowanie wzrasta. Dodatkowo, aplikacja do oglądania wyników meczów fantazy (nie prawdziwych) uzależnia porównywalnie do dobrej kokainy, także większą część niedziel spędzałem patrząc w zielony ekran dostając dopaminowego kopa od każdego jarda zdobytego przez jakiegoś gościa na odległym boisku, który przekładał się na 0.1 punktu dla Jamników. Satysfakcja z wygrania takiego meczu jest zaskakująco duża, co jest w sumie dość dziwne, bo ani w to się wkłada umiejętności, ani wiedzę - w dużym stopniu jest to losowe - trzeba tylko się upewnić, że wszyscy zawodnicy w składzie grają. Najlepszy zawodnik może mieć nędzny dzień, skręcić sobie kostkę albo akurat wyjść po papierosy jak Józef Tkaczuk - no, nie wymyślisz.
W każdym razie, Jamniki od pamiętnego remisu, zaczęły okres dominacji i kroczyły od zwycięstwa do zwycięstwa aż do ostatniej kolejki "sezonu zasadniczego". Już wcześniej zakwalifikowałem się do plejoffów, a człowiek z którym grałem nie. On musiał wygrać i liczyć na przegraną zeszłorocznego mistrza, w którym to momencie to on a nie tenże mistrz awansowałby do plejoffów. Że kolegę lubię, a ex-mistrza jakby mniej, plus gdyby ex-mistrz nie wszedł do plejoffów Jamniki byłyby jedyną drużyną w plejofach dwa lata z rzędu (nawiasem mówiąc - mam wrażenie, że amerykańskie wymyślanie statystyk rzuca się na mózg) to postanowiłem wsadzić do składu trochę słabszych zawodników coby dać większe szanse na realizację korzystnego scenariusza. Specyfika fantazyjnej niedzieli jest taka, że o 12:00 jest większość meczów, potem ok. 3:30 zaczyna się następnych 4-5, a o 19:00 jest jeden mecz, zwany Sunday Night Football (często jest też mecz w poniedziałek, ale to dla tej dyskusji nie ma zbyt dużego znaczenia). Także przed meczem Sunday Night kolega nie miał już żadnych zawodników, a mnie została tylko obrona nieszczęsnych Kowbojów z Dallas. Żeby pokonać kolegę potrzebowałem, żeby ta obrona zdobyła 6 punktów, a w sumie wartało było wygrać, bo było już jasne, że ex-mistrz nie przegra a na szali było rozstawienie w plejofach! Obrona jest dość specyficznym zawodnikiem, ponieważ zaczyna mecz z 10-ma punktami i traci je kiedy przeciwna drużyna zdobywa punkty.
Kowboje grali z drużyną Orłów z Filadelfii, która przez ostatnich kilka tygodni była pośmiewiskiem ligi, także szanse na wygraną niby były spore. Oczywiście postanowili sobie wybrać ten tydzień na chwilowe odrodzenie (potem znowu byli beznadziejni). Z kolejnymi punktami zdobytymi w meczu patrzyłem jak liczba punktów fantazy schodzi w dół: 10...8...6...4 (o, już przegrywam mecz)...2...1...0...-2(tak, można dostawać punkty ujemne)... -3, i tu, nagle, w połowie ostatniej kwarty, zdarza się cud i obrońcy przechwytują podanie kłorterbeka i zdobywają taczdałn: 5 punktów. Chwilę później łapią kłorterbeka z piłką: 6 punktów - wygrywam o 0.3 punkta a do końca meczu została minuta. Większość drużyn stara się w tym momencie grać na czas, ale kowboje to ciule, więc muszą oddać piłkę orłom wykopem. Standardowa akcja. Tyle, że jakiś młodzik w drużynie orłów nie zorientował się, że mecz (ten prawdziwy) jest przegrany i poleciał z piłką przez całe boisko i zdobył taczdałn. Obrona Kowbojs: -1, czyli 5. Koniec meczu. Przegrałem o 0.7 punktu. Zamiast pierwszego miejsca w sezonie zasadniczym - 4te. Kolega teraz uważa tego młodzika za swojego najlepszego przyjaciela. Ale i tak nie awansował do plejoffów.
Jamniki tymczasem do plejoffów weszły, ale w związku z ostatnią przegraną musiałem grać z innym Dżoł, który akurat był na fali, także wyglądało to nienajlepiej. Z dość przerażoną miną patrzyłem jak drużyna, której obronę miał Dżoł, robija przeciwnika 50-0 z czego kilka taczdałnów zdobyli właśnie po przechwytach i zdobyli drugi najlepszy wynik dla obrony w historii Fantasy Futbolu jako takiego. W felietonach dzień później, większość Senior Fantasy Analyst ubolewała nad drużynami, które musiały grać przeciwko tej obronie składając im kondolencje z okazji zakończonego sezonu. Ale Jamniki Burzenia nie zakończyły sezonu, tylko grały dalej. A to dlatego, że mój kłorterbek też miał kosmiczny wynik a za to łajd-risiwerzy Dżoła, akurat wyszli na kawę.
W półfinale przyszedł czas na bratobójczą walkę wewnątrz-karpulową z Erykiem i jego synem Willem. Ten tydzień, mój pierwszy raning-bek ( ten w miarę dobry) grający przeciw jednej z najsłabszych drużyn w lidze postanowił wybrać na zrobienie nic. Dodatkowo jeden z moich nowych łajd-risiwerów zdobył okrągłe 0 punktów. Felietoniści dzień później ponownie złożyli kondolencje drużynom, w których grali Ci zawodnicy, no bo jak wygrać w plejofach jak zawodnik zdobywa jajo?
Ano tak, że kłorterbek Eryka też się nie popisał a mój znowu w miarę i jeszcze pozostali łajd riciwerzy się spisali.
Nadszedł zatem czas finału, w którym przyszło mi się zmierzyć z pierwszym Dżoł. Tym co nie chciał draftować na początku. Nadszedł czas wymierzenia sprawiedliwości za te 45 minut, albo oberwania i potem jojczenia jak to, w przyszłym roku trzeba pozwolić Dżoł na automatyczny draft, bo mój sezon jest jednak zrujnowany. Przewidywania ESPN dawały zwycięstwo drużynie Dżoł. Jednakże Jamniki mocno zaczęły. Po pierwszej serii meczów miały sporą przewagę nad Bullockami z Batavii. Podczas drugiej serii wyskoczyłem na chwilę po sprawunki i kiedy wróciłem to okazało się, że przewaga topnieje w zastraszającym tempie a dodatkowo mój drugi raning-bek skiepścił swoją pierwszą akcję dostał -2 punkty za fambla a następnie go zdjęli z boiska. Tymczasem w wieczornym meczu dwie główne gwiazdy Dżoł zaczęły mieć mecz życia. 2 minuty przed końcem moja przewaga wynosiła dokładnie jeden taczdałn. Drużyna z Baltimore, której raning-bek jest ich głównym zdobywcą była w strefie końcowej. Przegrana wydawała się nieunikniona. Jest jednak taki zwyczaj, że jeśli drużyna, która wygrywa jest w stanie robić nic tak żeby zegar zszedł do zera, to czasem tak robi.
Próbuję się zorientować ile kosztuje wynajęcie Segłeja.
P.S. Przez cały sezon nie widziałem ani jednego meczu prawdziwego futbolu. Raz byliśmy w knajpie ogladać pół meczu między patriotami a czterdziesto-dziewiątkowcami ale nie grał w nim żaden z moich zawodników. ;-)
*Karpul - 1. dzielenie się kosztami podróży samochodowej do pracy, często połączone z narzekaniem na softłer do analizy danych. 2. Pieszczotliwe określenie dużego Karpia.
Sunday, February 5, 2012
O Futbolu a wszczególności jego wersji fantastycznej. A być może fantazyjnej.
Znowu jest lajwblogging, tym razem ze starbaksa na rogu Belmont i Clark, strefa nawet ludna, wiec mimo, ze 10 wieczor to starbaks zapchany hipsterami. Generalnie dzieje się. A siedze w starbaksie, bo oczekuję. Oglądałem właśnie przedstawienie w teatrze i teraz oczekuję. Ale nie o tym miało być. Otóż chciałem stworzyć iluzję, że pierwszy raz będę pisać w miarę na bieżąco, bo jutro jest Superbołl, czyli największe wydarzenie medialne po tej stronie Rio Bravo, a podobno i na świecie, ale tak naprawdę wcale nie będzie na bieżąco, tylko jak zwykle zalegle.
Ale trochę o suprebołlu i futbolu amerykańskiem będzie, tytułem wstępu. Otóż futbol amerykański, jeśli ktoś nie wiedział nie ma zbyt wiele wspólnego z kopaniem piłki. Tzn. czasami trochę ma, ale niedużo i jak ma, to zwykle jest w tym dobry Polak. Ale tylko jeden. A zatem futbol amerykański jest to gra zespołowa, która jest w jakiś sposób fenomenem medialno-sportowym. Na mecze 32 drużynowej ligi chodzi co tydzień po 60-80 tys. widzów, nie mówiąc ile ich ogląda to to w telewizji. Przynajmniej w przypadku telewizji jest to wynik naprawdę nie do pogardzenia, bo z nielicznych meczów, które zdarzyło mi się oglądać udało mi się wywnioskować, że mniej więcej połowa meczu składa się z reklam. Sezon zasadniczy jest niezmiernie krótki, bo trwa w zasadzie 17 tygodni, z czego każda drużyna ma jeden tydzień wolnego, więc rozgrywa tak naprawdę 16 potyczek, zaczyna się na początku września i kończy w nowy rok. Następują po nim 3 rundy tzw. plejoffu - po jednym meczu - zwieńczone superbołlem, który będzie jutro. Cała Ameryka żyje superbołlem, podobno. W Chicago jakoś nie tak bardzo, ale np. w Nowym Jorku, obsługa na lotnisku twierdziła, że jeśli ktoś nie jest fanem Dżajantsów z nowego jorku, to niech nie wsiada na pokład, a wejścia do samolotu były obwieszone balonikami z logiem NY Dżajants.
Obecny sezon był dość specyficzny bo odbywał się po tak zwanym lokaucie, czyli niesnaskach kontraktowych pomiędzy graczami a ligą, które z naszego punktu widzenia sprowadzają się do dyskusji, czy gwiazdy będą dostawać pierdyliard dolarów za sezon, czy też może dwa pierdyliardy. Zabawa polega na tym, że układ zbiorowy, który podpisują w zasadzie zawiesza wszelkie prawa pracownicze zawodników (w zamian za rzeczone pierdyliardy) i powoduje, że podczas lokałtu zawodnicy nie mogą kontatkować się z klubami, w związku z czym nie mogą trenować i zgrywać się przed sezonem. W wyniku tego, wedle większości ekspertów ten sezon miał być bardziej nieprzewidywalny niż zwykle. I był. A czemu piszę, o takich szczegółach zaraz się wyjaśni.
Dotychczas nie napisałem jakie są zasady samej gry w futbol amerykański. Nie jest to przypadek, albowiem notka ta, tak naprawdę nie jest o futbolu tylko o fantazy futbolu. O fantazy futbolu dowiedziałem się pod koniec lata, kiedy to jeden z ludzi z mojej grupy zaczął opowiadać o tym jak będą organizować jakąś ligę, czym generalnie obudził mój gen współzawodnictwa. Poza tym, będąc młodym pacholęciem posiadałem grę na nintendo co się nazywała "Dan Elway Kłorterback" na której niemiłosiernie tłukłem mojego ojczyma, więc jakby futbol hamerykański miał dla mnie konotacje pozytywne i nawet znałem zasady, mniej więcej, ale kompletnie nie byłem na bieżąco kto gra, gdzie i z kim. Zacząłem zatem indagować czy nie mógłbym się podłączyć pod tą ligę, co by się podciągnąć w znajomości futbolu i nawiązać znajomości w grupie rówieśniczej. Pierwszą rzeczą, której się dowiedziałem było to, że Elway z mojej gry z dzieciństwa nazywał się John a nie Dan, co jak się okazało było dość istotne, bo jeden z organizatorów ligi był fanem drużyny z Denver. Następne informacje były o tym, że liga w zasadzie nie zawiera w sobie żadnego sportu - jest to, jak na początku mi się wydawało trochę bardziej gloryfikowana wersja "wygraj ligę" tyle że z futbolistami. Niedługo potem moje wyobrażenia zostały szybko i brutalnie zderzone z rzeczywistością. Fantazi Futbol, to jest przemysł i to przemysł, który wszyscy traktują śmiertelnie poważnie.
Na dzień dobry, okazało się, że wejściówka do ligi do 30$, a że grało 12 osób to zwycięzca mógł nawet nieźle zarobić. Następna interesująca historia była taka, że organizatorzy stworzyli konstytucję ligi, która miała ok. 9-10 stron maszynopisu. Uczestnicy następnie rzeczoną konstytucję przeczytali i zaczęli wprowadzać zmiany i klauzule aby uniknąć oszustw czy malwersacji. Na przykład dodano wpis o tym, że nie można zawodnika (nazwiskiem Ricky Williams) wymienić np. na lody i masaż. Miałem ochotę zaprotestować, że jest to jedyny sposób w jaki mógłbym odzyskać zainwestowaną kasę, ale ton maili z poprawkami, sugerował, że powyższy żart mógłby nie zostać dobrze przyjęty. Po zatwierdzeniu konstytucji odbywał się tzw. draft. czyli wybieranie zawodników do drużyn. Tu może małe wyjaśnienie na czym polega futbol i co za tym idzie jego wersja fantazi. Futbol polega na tym, że na boisku jest bardzo dużo panów, którzy są ubrani w kaski i ochraniacze i próbują przetransportować jajowatą piłkę z jednego końca boiska na drugi. Transport odbywa się zwykle biegnąc, czy to po tym jak kłorterbak odda (running back) czy rzuci (wide receiver) piłkę. Każda akcja jest oczywiście rozłożona na ilość przebytych jardów, a kiedy tak się zdarzy, że zawodnik przebiegnie linię końcową to drużyna dostaje 6 punktów. W fantazi futbol wybiera się drużynę z prawdziwych graczy i otrzymuje się punkty fantazi za ilość jardów przebytych i punktów zdobytych przez delikwenta w prawdziwym meczu. Niby coś jak wygraj ligę albo fantasy football na yahoosports.co.uk lata temu. Tylko, jak już pisałem o wiele, wiele bardziej.
Wracając do tematu. Draft, czyli wybieranie zawodników do drużyny było organizowane z dwutygodniowym wyprzedzeniem i za pomocą specjalnej strony internetowej. W dniu samego draftu, kiedy zanosiło się na to, że ktoś się mógłby spóźnić organizatorzy wpadli w panikę. Na szczęście skończyło się na parominutowym spóźnieniu. Draft polegał na tym, że każdy posiadał pewną ilość wymyślonych pieniędzy i mógł wydać je w ramach aukcji na do 16tu zawodników. Podchodząc do draftu kojarzyłem 3 graczy: niejakiego Janikowskiego (z racji, że jest Polakiem), niejakiem Ochocinco (z racji, że zmienił sobie nazwisko na numer z którym grał - 85 ) i niejakiego Manninga, Peytona (bo kojarzyłem z jakiegoś artykułu na wyborczej, że coś kiedyś chyba wygrał). Dwóch pierwszych udało mi się zdobyć, trzeciego na szczęście nie. Reszta drużyny była w zasadzie losowa, ale jako że system sugeruje wartość aktualnie licytowanego gracza, to daje szansę kupienia graczy, którzy są w miarę sensowni. Moja nowo wybrana losowo drużyna została następnie przypisana do konferencji, i miała potykać się z innymi drużynami na śmierć, nie na niewolę.
Cały ten draft, wzbudził jakby moje zainteresowanie i zacząłem się zagłębiać w tematykę tego całego fantazi futbolu. I tu się okazało jak wielka to jest maszyna. Otóż, ESPN zatrudnia dziennikarzy (w sensie więcej niż jednego a bliżej 10 chyba), których jedynym zajęciem jest pisanie o fantazi futbolu. Kogo sprzedać, kogo kupić (drużyny mogą się wymieniać między sobą), kogo wystawić w najbliższym meczu. To ostatnie jest o tyle istotne, że np. mając dwóch równorzędnych raning beków, warto wystawić tego, który gra przeciw słabszej drużynie, bo drużyny silniejsze zwykle koncentrują się na raning bekach, bo wtedy rzadziej się zatrzymuje zegar itd. itp. New York Times, ma specjalnego bloga o futbolu i tam jakiś człowiek robił specjalną analizę każdej z drużyn pod kątem fantazi. Następnym szokiem okazało się, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy więdzą co to fantazi futbol i większość orientuje się kto jest dobry a kto cienki. Losowa osoba zapytana czy np. wymiana Toma Brady'ego na Tajt End'a ma sens, miała na ten temat sensowną opinię i potrafiła ją umotywować. Dyskusje o ligach i meczach, są oczywiście na porządku dziennym a spora część ludzi gra w kilku ligach równocześnie. Wisienką na torcie okazał się fakt, że istnieje sitcom o Fantazi Futbolu: "the League" oraz, że jeden z dziennikarzy od fantazi futbolu jest niedoszłym autorem scenariusza do kolejnej rewitalizacji Muppet Show'u (sprzed paru lat).
Dziwnym trafem okazało się, że moja drużyna się jednak do czegoś nadaje. A w każdym razie nadawała, ponieważ w okresie pierwszych trzech tygodni straciłem dwie z gwiazd z powodu kontuzji. Jak się okazuje kontuzjogenność zawodnika powinna być istotnym czynnikiem do rozważenia przed wyborem tegoż w drafcie. W tym momencie zaczyna się zabawa, ponieważ wśród nie wybranych jeszcze zawodników trzeba znaleźć takich, którzy rokują nadzieje na zdobywanie punktów i w dodatku wyłapać ich zanim zrobi to ktoś inny. Są oczywiście tony poradników i analiz i w zasadzie nawet nie trzeba oglądać meczów żeby kombinować. Ja np niewiele oglądałem, raczej śledziłem mecze fantazi, za pomocą stron internetowych apdejtowanych w rial tajmie. W każdym razie udało mi się znaleźć dwóch nowych graczy, w bardzo odpowiedznim momencie kiedy to mieli tzw. eskplozję formy i dzięki temu, rzutem na taśmę, zakwalifikować się do tzw. plejoffów ligi. Oczywiście jeden z nich oraz do tej pory najbardziej stabilny zawodnik postanowili wspólnie doznać kontuzji podczas pierwszego meczu plejoffs, więc zakończyłem zabawę na honorowym 5tym miejscu - pierwszym niewygrywającym oczywiście. Tym niemiej zdobyłem umiarkowany szacun wśród grupy rówieśniczej - także jakiś tam zysk jest. Liga jak się okazuje będzie kontynuować w przyszłym roku. Bez plusów beginner's luck spodziewam się szybkiej masakry.
P.S. A superbołl wygrali dżajantsi a jedno z przyłożeń zdobył niejaki Cruz, co go wcieliłem do drużyny w połowie sezonu.
Ale trochę o suprebołlu i futbolu amerykańskiem będzie, tytułem wstępu. Otóż futbol amerykański, jeśli ktoś nie wiedział nie ma zbyt wiele wspólnego z kopaniem piłki. Tzn. czasami trochę ma, ale niedużo i jak ma, to zwykle jest w tym dobry Polak. Ale tylko jeden. A zatem futbol amerykański jest to gra zespołowa, która jest w jakiś sposób fenomenem medialno-sportowym. Na mecze 32 drużynowej ligi chodzi co tydzień po 60-80 tys. widzów, nie mówiąc ile ich ogląda to to w telewizji. Przynajmniej w przypadku telewizji jest to wynik naprawdę nie do pogardzenia, bo z nielicznych meczów, które zdarzyło mi się oglądać udało mi się wywnioskować, że mniej więcej połowa meczu składa się z reklam. Sezon zasadniczy jest niezmiernie krótki, bo trwa w zasadzie 17 tygodni, z czego każda drużyna ma jeden tydzień wolnego, więc rozgrywa tak naprawdę 16 potyczek, zaczyna się na początku września i kończy w nowy rok. Następują po nim 3 rundy tzw. plejoffu - po jednym meczu - zwieńczone superbołlem, który będzie jutro. Cała Ameryka żyje superbołlem, podobno. W Chicago jakoś nie tak bardzo, ale np. w Nowym Jorku, obsługa na lotnisku twierdziła, że jeśli ktoś nie jest fanem Dżajantsów z nowego jorku, to niech nie wsiada na pokład, a wejścia do samolotu były obwieszone balonikami z logiem NY Dżajants.
Obecny sezon był dość specyficzny bo odbywał się po tak zwanym lokaucie, czyli niesnaskach kontraktowych pomiędzy graczami a ligą, które z naszego punktu widzenia sprowadzają się do dyskusji, czy gwiazdy będą dostawać pierdyliard dolarów za sezon, czy też może dwa pierdyliardy. Zabawa polega na tym, że układ zbiorowy, który podpisują w zasadzie zawiesza wszelkie prawa pracownicze zawodników (w zamian za rzeczone pierdyliardy) i powoduje, że podczas lokałtu zawodnicy nie mogą kontatkować się z klubami, w związku z czym nie mogą trenować i zgrywać się przed sezonem. W wyniku tego, wedle większości ekspertów ten sezon miał być bardziej nieprzewidywalny niż zwykle. I był. A czemu piszę, o takich szczegółach zaraz się wyjaśni.
Dotychczas nie napisałem jakie są zasady samej gry w futbol amerykański. Nie jest to przypadek, albowiem notka ta, tak naprawdę nie jest o futbolu tylko o fantazy futbolu. O fantazy futbolu dowiedziałem się pod koniec lata, kiedy to jeden z ludzi z mojej grupy zaczął opowiadać o tym jak będą organizować jakąś ligę, czym generalnie obudził mój gen współzawodnictwa. Poza tym, będąc młodym pacholęciem posiadałem grę na nintendo co się nazywała "Dan Elway Kłorterback" na której niemiłosiernie tłukłem mojego ojczyma, więc jakby futbol hamerykański miał dla mnie konotacje pozytywne i nawet znałem zasady, mniej więcej, ale kompletnie nie byłem na bieżąco kto gra, gdzie i z kim. Zacząłem zatem indagować czy nie mógłbym się podłączyć pod tą ligę, co by się podciągnąć w znajomości futbolu i nawiązać znajomości w grupie rówieśniczej. Pierwszą rzeczą, której się dowiedziałem było to, że Elway z mojej gry z dzieciństwa nazywał się John a nie Dan, co jak się okazało było dość istotne, bo jeden z organizatorów ligi był fanem drużyny z Denver. Następne informacje były o tym, że liga w zasadzie nie zawiera w sobie żadnego sportu - jest to, jak na początku mi się wydawało trochę bardziej gloryfikowana wersja "wygraj ligę" tyle że z futbolistami. Niedługo potem moje wyobrażenia zostały szybko i brutalnie zderzone z rzeczywistością. Fantazi Futbol, to jest przemysł i to przemysł, który wszyscy traktują śmiertelnie poważnie.
Na dzień dobry, okazało się, że wejściówka do ligi do 30$, a że grało 12 osób to zwycięzca mógł nawet nieźle zarobić. Następna interesująca historia była taka, że organizatorzy stworzyli konstytucję ligi, która miała ok. 9-10 stron maszynopisu. Uczestnicy następnie rzeczoną konstytucję przeczytali i zaczęli wprowadzać zmiany i klauzule aby uniknąć oszustw czy malwersacji. Na przykład dodano wpis o tym, że nie można zawodnika (nazwiskiem Ricky Williams) wymienić np. na lody i masaż. Miałem ochotę zaprotestować, że jest to jedyny sposób w jaki mógłbym odzyskać zainwestowaną kasę, ale ton maili z poprawkami, sugerował, że powyższy żart mógłby nie zostać dobrze przyjęty. Po zatwierdzeniu konstytucji odbywał się tzw. draft. czyli wybieranie zawodników do drużyn. Tu może małe wyjaśnienie na czym polega futbol i co za tym idzie jego wersja fantazi. Futbol polega na tym, że na boisku jest bardzo dużo panów, którzy są ubrani w kaski i ochraniacze i próbują przetransportować jajowatą piłkę z jednego końca boiska na drugi. Transport odbywa się zwykle biegnąc, czy to po tym jak kłorterbak odda (running back) czy rzuci (wide receiver) piłkę. Każda akcja jest oczywiście rozłożona na ilość przebytych jardów, a kiedy tak się zdarzy, że zawodnik przebiegnie linię końcową to drużyna dostaje 6 punktów. W fantazi futbol wybiera się drużynę z prawdziwych graczy i otrzymuje się punkty fantazi za ilość jardów przebytych i punktów zdobytych przez delikwenta w prawdziwym meczu. Niby coś jak wygraj ligę albo fantasy football na yahoosports.co.uk lata temu. Tylko, jak już pisałem o wiele, wiele bardziej.
Wracając do tematu. Draft, czyli wybieranie zawodników do drużyny było organizowane z dwutygodniowym wyprzedzeniem i za pomocą specjalnej strony internetowej. W dniu samego draftu, kiedy zanosiło się na to, że ktoś się mógłby spóźnić organizatorzy wpadli w panikę. Na szczęście skończyło się na parominutowym spóźnieniu. Draft polegał na tym, że każdy posiadał pewną ilość wymyślonych pieniędzy i mógł wydać je w ramach aukcji na do 16tu zawodników. Podchodząc do draftu kojarzyłem 3 graczy: niejakiego Janikowskiego (z racji, że jest Polakiem), niejakiem Ochocinco (z racji, że zmienił sobie nazwisko na numer z którym grał - 85 ) i niejakiego Manninga, Peytona (bo kojarzyłem z jakiegoś artykułu na wyborczej, że coś kiedyś chyba wygrał). Dwóch pierwszych udało mi się zdobyć, trzeciego na szczęście nie. Reszta drużyny była w zasadzie losowa, ale jako że system sugeruje wartość aktualnie licytowanego gracza, to daje szansę kupienia graczy, którzy są w miarę sensowni. Moja nowo wybrana losowo drużyna została następnie przypisana do konferencji, i miała potykać się z innymi drużynami na śmierć, nie na niewolę.
Cały ten draft, wzbudził jakby moje zainteresowanie i zacząłem się zagłębiać w tematykę tego całego fantazi futbolu. I tu się okazało jak wielka to jest maszyna. Otóż, ESPN zatrudnia dziennikarzy (w sensie więcej niż jednego a bliżej 10 chyba), których jedynym zajęciem jest pisanie o fantazi futbolu. Kogo sprzedać, kogo kupić (drużyny mogą się wymieniać między sobą), kogo wystawić w najbliższym meczu. To ostatnie jest o tyle istotne, że np. mając dwóch równorzędnych raning beków, warto wystawić tego, który gra przeciw słabszej drużynie, bo drużyny silniejsze zwykle koncentrują się na raning bekach, bo wtedy rzadziej się zatrzymuje zegar itd. itp. New York Times, ma specjalnego bloga o futbolu i tam jakiś człowiek robił specjalną analizę każdej z drużyn pod kątem fantazi. Następnym szokiem okazało się, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy więdzą co to fantazi futbol i większość orientuje się kto jest dobry a kto cienki. Losowa osoba zapytana czy np. wymiana Toma Brady'ego na Tajt End'a ma sens, miała na ten temat sensowną opinię i potrafiła ją umotywować. Dyskusje o ligach i meczach, są oczywiście na porządku dziennym a spora część ludzi gra w kilku ligach równocześnie. Wisienką na torcie okazał się fakt, że istnieje sitcom o Fantazi Futbolu: "the League" oraz, że jeden z dziennikarzy od fantazi futbolu jest niedoszłym autorem scenariusza do kolejnej rewitalizacji Muppet Show'u (sprzed paru lat).
Dziwnym trafem okazało się, że moja drużyna się jednak do czegoś nadaje. A w każdym razie nadawała, ponieważ w okresie pierwszych trzech tygodni straciłem dwie z gwiazd z powodu kontuzji. Jak się okazuje kontuzjogenność zawodnika powinna być istotnym czynnikiem do rozważenia przed wyborem tegoż w drafcie. W tym momencie zaczyna się zabawa, ponieważ wśród nie wybranych jeszcze zawodników trzeba znaleźć takich, którzy rokują nadzieje na zdobywanie punktów i w dodatku wyłapać ich zanim zrobi to ktoś inny. Są oczywiście tony poradników i analiz i w zasadzie nawet nie trzeba oglądać meczów żeby kombinować. Ja np niewiele oglądałem, raczej śledziłem mecze fantazi, za pomocą stron internetowych apdejtowanych w rial tajmie. W każdym razie udało mi się znaleźć dwóch nowych graczy, w bardzo odpowiedznim momencie kiedy to mieli tzw. eskplozję formy i dzięki temu, rzutem na taśmę, zakwalifikować się do tzw. plejoffów ligi. Oczywiście jeden z nich oraz do tej pory najbardziej stabilny zawodnik postanowili wspólnie doznać kontuzji podczas pierwszego meczu plejoffs, więc zakończyłem zabawę na honorowym 5tym miejscu - pierwszym niewygrywającym oczywiście. Tym niemiej zdobyłem umiarkowany szacun wśród grupy rówieśniczej - także jakiś tam zysk jest. Liga jak się okazuje będzie kontynuować w przyszłym roku. Bez plusów beginner's luck spodziewam się szybkiej masakry.
P.S. A superbołl wygrali dżajantsi a jedno z przyłożeń zdobył niejaki Cruz, co go wcieliłem do drużyny w połowie sezonu.
Saturday, January 28, 2012
O świętach i ich świętowaniu
Święta wszelakie w tym kraju to trochę dziwna historia. To znaczy wygląda na to, że są celebrowane w zasadzie kiedy indziej niż wszyscy mówią, że są. Albo jak są, to w zasadzie wszyscy udają, że nie są. Za to dość często związane są z dużą ilością światełek.
Sezon świąteczny zaczyna się od Halloween. Tak gdzieś od połowy września. Tzn. patrząc na sklepy i różne punkty usługowe od mniej więcej od początku kalendarzowej jesieni celebruje się Halloween. Kolorami dominującymi stają się pomarańczowy i czarny a we wszelakich miejscach użyteczności publicznej pojawiają się dynie, pająki i pajęczyny z waty. Bez różnicy czy punkt jest księgarnią, perfumiarnią czy restauracją. Gdzieś ze trzy tygodnie przed samym Halloween dekoracje zaczynają opanowywać też domy. Pół biedy jeśli, ograniczą się do papierowej dyni w oknie, ale rzadko tak się zdarza. W niektórych sąsiedztwach dochodzi do pewnego wyścigu zbrojeń w którym bronią masowej zagłady są gipsowe modele, dmuchane ustrojstwa i duużo światełek. Patrz, egzibit a:
My zachowaliśmy się minimalistycznie:
Zabawa polega na tym, że w samo Halloween większość sklepów uważa, że jest już po. Czego zaznaliśmy próbując zakupić tzw. last minet stroje na labowe Helołyn party. W ten dzień większość sklepów, zamienia już dekoracje i asortyment na następne święta, czyli Krismas, albo jak się to tutaj nazywa Hepi Holidejs w związku z tym próby zakupienia farb do twarzy w sam dzień kwitowane były sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Co do samych celebracji Helołin okazało się, że jadąc na party do labu przegapiliśmy dość ciekawy fenomen socjologiczny, który odbywa się w Ołk Park i bierze się stąd, że Ołk Park jest dzielnicą bogatych, dzieciatych par ale tylko parę metakwartałów dalej jest dzielnica, która miejscami wygląda jak z filmów blacksploitation z lat 70-tych. Granica ulicy Ałstin, jest praktycznie nigdy nie przekraczana przez mieszkańców obu społeczności oprócz właśnie Helołyn, kiedy to dzieci ze wschodniej części Ałstin wyruszają na trik-or-tritowe łowy. Natknęła się na to żona kolegi z pracy, której landlord przyniósł dodatkowe dwie torby cukierków mówiąc, że będą potrzebne. Mimo tego jej zapasy skończyły się koło siódmej i od tej pory siedzieli w domu przy zgaszonych światłach i udawali, że ich nie ma.
Sezon świąteczny Kristmesowy, czy też Holidejsowy zaczął się jak już pisałem w Helołyn, co było w zasadzie trochę zaskakujące ponieważ, jakby na to nie patrzeć, w tzw. międzyczasie pojawia się jeszcze thenksgiving. Zostało nam to wytłumaczone w ten sposób, że oba święta efekywnie wychodzą na to samo, bo je się indyka, więc nie ma sensu zmieniać dekoracji dwa razy. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jakby było pewne zróżnicowanie na thenksgiving, bo pierwsze choinki pojawiły się dopiero po nim i blek frajdej, który chyba jest świętem najważniejszym. My zdecydowaliśmy się na drzewko rozmarynowe, które jest małe, wygląda jak choinka i i tak uschło. Święta w Stanach z naszego doświadczenia składają się z dekoracji przed domem, które - jak twierdzi mój kolega z pracy - dobrze zrobione powinny być widoczne z kosmosu. Przykład poniżej; niestety nie miałem ze sobą aparatu kiedy przechodziliśmy obok największych wypasionych domów - czytaj dmuchane figury bohaterów Kubusia Puchatka w czapkach św. Mikołaja w rozmiarze 2x ludzkie i podświetlone.
Co do tego jak ludzie, tacy prawdziwi, świętują to mieliśmy doświadczenia dość ograniczone albowiem byliśmy tylko na tzw. Booster Beam Holiday Party, czyli imprezie organizowanej przez jednego człowieka, którego nie znałem wcześniej, a który zaprosił wszystkich ludzi, którzy pracują w eksperymentach na jednej z wiązek neutrin na "domówkę" (uprzedzam fakty - nie było Dizziego Rascala, ergo obyło się bez ofiar). Impra była trochę składkowa, troche nie, była na zadupiu i byli na niej wszyscy z tzw. Hu is Hu at ze Lab. Żołądkowa Gorzka jak zwykle zrobiła furorę. Żeby zrozumieć skalę przedsięwzięcia chciałem tylko nadmienić, że gospodarze zorganizowali Bejbisiting dla dzieciatych osób (ich córka, ale za to w umeblowanej piwnicy z telewizją mającą na oko 50 miliardów cali przekątnej). Drugie doświadczenie, to zaproszenie do lokalnej polonii na kolacyjkę w pierwszy dzień świąt i dyskusje o kocie imieniem Lolo. Syntetyczny barszcz w tych stronach, to jednak nie to co syntetyczny barszcz w ojczyźnie. Takoż i uszka. Ale za to nabawiliśmy się domowej cytrynówki, także ogólnie rzecz biorąc na plus.
My w święta przeprowadziliśmy się do kolegi z pracy aby zajmować się jego dwoma psami:
Zysk nasz polegał na tym, że mielismy dwa psy: Pikoł i Hejzel, maszynkę do robienia espresso oraz kartę członkowską do Czikago Art Institjut, wiec w koncu poszlismy zobczyć Van Gogha i całą resztę tych impresjonistycznych palantów. Pełen luz i czilaut, które jak się okazało chyba były mi dość potrzebne.
Sylwestra, ponieważ nie zrobiliśmy żadnych planów postanowiliśmy spędzić w Ołk Parku na klabingu. Najpierw udaliśmy sie do KinderHuka Tapa, który jest moim ulubionym lokalem w Ołk Parku i który odgrażał się, że sylwestra będzie jak najbardziej celebrował. Wparowaliśmy w świątecznych nastrojach zamówiliśmy po piwie i wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że podczas tegoż piwa ludnośc zaczęła się ewakuować i ok. 10:30, kiedy kelnerka przyszła nas zapytać, czy nie chcielibyśmy czegoś jeszcze, w jej oczach widać było nadzieję, że może jednak byśmy nie chcieli, bo byliśmy w zasadzie ostatnimi osobami w barze. Grzecznie zatem podziękowaliśmy i udaliśmy się na mroźną wędrówkę w stronę Lejk Strit, co jest centrum Ołk Parka. Minęliśmy bar Pur Fils, z powodu, że wydawał się pełny i że zawsze wydajemy tam więcej niż się spodziewaliśmy (in hindsight, probably a bad move ) i udaliśmy się do Lejk Strit Kiczen and Bar. Które jest jeszcze droższe, ale miało mieć celebrację sylwestra. Jest to knajpa w miarę nowa i nie zawsze pełna. Oprócz lanczu - wtedy zawsze. Charakteryzuje się w miarę normalnymi cenami piwa i niezmiernia drogim żarciem, którym w dodatku ciężko się pożywić. Kelnerka, która nas zaprowadziłą do stołu i obsługiwała, na oko miała z 16 lat, więc wedle wszelkich prawideł nie powinna znajdować się w rzeczonym lokalu przez najbliższe 5 lat, ale nadrabiała entuzjazmem. Kiedy nadchodziła północ, konfidencjalnym szeptem, jakby zdradzała nam najbardziej zajebistą tajemnicę świata, oznajmiła nam: "Guess what? Free Champagne!". Oprócz fri Szampejn, dostaliśmy też parti hat (Najlepsza z żon dostała tiarę, co uważam, za pewną niesprawiedliwość), trąbki oraz łańcuch na szyję. Z ciekawostek, odradzamy drink pt. Season's Greetings - smakuje jak dr pepper - in a bad way. Jako, że szampana a w zasadzie prosecco wypiliśmy już o 17tej czasu lokalnego dzwoniąc na raut z lat 30tych, oraz impreza w lokalu już trochę umierała to na tym zakończyliśmy nasz sylestrowy klabing. Mijając Pur Fils okazało się, że party tam miało się świetnie - stąd wniosek, o być może nienajlepszej decyzji w sprawie lokalu.
Anyłej, obecnie na tapecie teoretycznie powinien być św. Walenty, ale coś jest cicho jak na to czego się spodziewałem.
P.S. Powyższy post powstawał przez okres mniej więcej trzech tygodni, z czego wiekszość ostatniej części powstała w barze, kiedy niecnie opuścił mnie jeden szkot. Co było zasadniczo niesympatycznie i niewczuwające się w potrzeby bliźniego. Ale za to jakby jest to lajwblogging z Szikaga, miasta. Czekerałt.
Sezon świąteczny zaczyna się od Halloween. Tak gdzieś od połowy września. Tzn. patrząc na sklepy i różne punkty usługowe od mniej więcej od początku kalendarzowej jesieni celebruje się Halloween. Kolorami dominującymi stają się pomarańczowy i czarny a we wszelakich miejscach użyteczności publicznej pojawiają się dynie, pająki i pajęczyny z waty. Bez różnicy czy punkt jest księgarnią, perfumiarnią czy restauracją. Gdzieś ze trzy tygodnie przed samym Halloween dekoracje zaczynają opanowywać też domy. Pół biedy jeśli, ograniczą się do papierowej dyni w oknie, ale rzadko tak się zdarza. W niektórych sąsiedztwach dochodzi do pewnego wyścigu zbrojeń w którym bronią masowej zagłady są gipsowe modele, dmuchane ustrojstwa i duużo światełek. Patrz, egzibit a:
My zachowaliśmy się minimalistycznie:
Zabawa polega na tym, że w samo Halloween większość sklepów uważa, że jest już po. Czego zaznaliśmy próbując zakupić tzw. last minet stroje na labowe Helołyn party. W ten dzień większość sklepów, zamienia już dekoracje i asortyment na następne święta, czyli Krismas, albo jak się to tutaj nazywa Hepi Holidejs w związku z tym próby zakupienia farb do twarzy w sam dzień kwitowane były sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Co do samych celebracji Helołin okazało się, że jadąc na party do labu przegapiliśmy dość ciekawy fenomen socjologiczny, który odbywa się w Ołk Park i bierze się stąd, że Ołk Park jest dzielnicą bogatych, dzieciatych par ale tylko parę metakwartałów dalej jest dzielnica, która miejscami wygląda jak z filmów blacksploitation z lat 70-tych. Granica ulicy Ałstin, jest praktycznie nigdy nie przekraczana przez mieszkańców obu społeczności oprócz właśnie Helołyn, kiedy to dzieci ze wschodniej części Ałstin wyruszają na trik-or-tritowe łowy. Natknęła się na to żona kolegi z pracy, której landlord przyniósł dodatkowe dwie torby cukierków mówiąc, że będą potrzebne. Mimo tego jej zapasy skończyły się koło siódmej i od tej pory siedzieli w domu przy zgaszonych światłach i udawali, że ich nie ma.
Sezon świąteczny Kristmesowy, czy też Holidejsowy zaczął się jak już pisałem w Helołyn, co było w zasadzie trochę zaskakujące ponieważ, jakby na to nie patrzeć, w tzw. międzyczasie pojawia się jeszcze thenksgiving. Zostało nam to wytłumaczone w ten sposób, że oba święta efekywnie wychodzą na to samo, bo je się indyka, więc nie ma sensu zmieniać dekoracji dwa razy. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jakby było pewne zróżnicowanie na thenksgiving, bo pierwsze choinki pojawiły się dopiero po nim i blek frajdej, który chyba jest świętem najważniejszym. My zdecydowaliśmy się na drzewko rozmarynowe, które jest małe, wygląda jak choinka i i tak uschło. Święta w Stanach z naszego doświadczenia składają się z dekoracji przed domem, które - jak twierdzi mój kolega z pracy - dobrze zrobione powinny być widoczne z kosmosu. Przykład poniżej; niestety nie miałem ze sobą aparatu kiedy przechodziliśmy obok największych wypasionych domów - czytaj dmuchane figury bohaterów Kubusia Puchatka w czapkach św. Mikołaja w rozmiarze 2x ludzkie i podświetlone.
![]() |
| Co prawda nie ma Puchatka, ale też jest zajebiście. |
Co do tego jak ludzie, tacy prawdziwi, świętują to mieliśmy doświadczenia dość ograniczone albowiem byliśmy tylko na tzw. Booster Beam Holiday Party, czyli imprezie organizowanej przez jednego człowieka, którego nie znałem wcześniej, a który zaprosił wszystkich ludzi, którzy pracują w eksperymentach na jednej z wiązek neutrin na "domówkę" (uprzedzam fakty - nie było Dizziego Rascala, ergo obyło się bez ofiar). Impra była trochę składkowa, troche nie, była na zadupiu i byli na niej wszyscy z tzw. Hu is Hu at ze Lab. Żołądkowa Gorzka jak zwykle zrobiła furorę. Żeby zrozumieć skalę przedsięwzięcia chciałem tylko nadmienić, że gospodarze zorganizowali Bejbisiting dla dzieciatych osób (ich córka, ale za to w umeblowanej piwnicy z telewizją mającą na oko 50 miliardów cali przekątnej). Drugie doświadczenie, to zaproszenie do lokalnej polonii na kolacyjkę w pierwszy dzień świąt i dyskusje o kocie imieniem Lolo. Syntetyczny barszcz w tych stronach, to jednak nie to co syntetyczny barszcz w ojczyźnie. Takoż i uszka. Ale za to nabawiliśmy się domowej cytrynówki, także ogólnie rzecz biorąc na plus.
My w święta przeprowadziliśmy się do kolegi z pracy aby zajmować się jego dwoma psami:
![]() |
| Hazel |
![]() |
| Pico |
Zysk nasz polegał na tym, że mielismy dwa psy: Pikoł i Hejzel, maszynkę do robienia espresso oraz kartę członkowską do Czikago Art Institjut, wiec w koncu poszlismy zobczyć Van Gogha i całą resztę tych impresjonistycznych palantów. Pełen luz i czilaut, które jak się okazało chyba były mi dość potrzebne.
Sylwestra, ponieważ nie zrobiliśmy żadnych planów postanowiliśmy spędzić w Ołk Parku na klabingu. Najpierw udaliśmy sie do KinderHuka Tapa, który jest moim ulubionym lokalem w Ołk Parku i który odgrażał się, że sylwestra będzie jak najbardziej celebrował. Wparowaliśmy w świątecznych nastrojach zamówiliśmy po piwie i wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że podczas tegoż piwa ludnośc zaczęła się ewakuować i ok. 10:30, kiedy kelnerka przyszła nas zapytać, czy nie chcielibyśmy czegoś jeszcze, w jej oczach widać było nadzieję, że może jednak byśmy nie chcieli, bo byliśmy w zasadzie ostatnimi osobami w barze. Grzecznie zatem podziękowaliśmy i udaliśmy się na mroźną wędrówkę w stronę Lejk Strit, co jest centrum Ołk Parka. Minęliśmy bar Pur Fils, z powodu, że wydawał się pełny i że zawsze wydajemy tam więcej niż się spodziewaliśmy (in hindsight, probably a bad move ) i udaliśmy się do Lejk Strit Kiczen and Bar. Które jest jeszcze droższe, ale miało mieć celebrację sylwestra. Jest to knajpa w miarę nowa i nie zawsze pełna. Oprócz lanczu - wtedy zawsze. Charakteryzuje się w miarę normalnymi cenami piwa i niezmiernia drogim żarciem, którym w dodatku ciężko się pożywić. Kelnerka, która nas zaprowadziłą do stołu i obsługiwała, na oko miała z 16 lat, więc wedle wszelkich prawideł nie powinna znajdować się w rzeczonym lokalu przez najbliższe 5 lat, ale nadrabiała entuzjazmem. Kiedy nadchodziła północ, konfidencjalnym szeptem, jakby zdradzała nam najbardziej zajebistą tajemnicę świata, oznajmiła nam: "Guess what? Free Champagne!". Oprócz fri Szampejn, dostaliśmy też parti hat (Najlepsza z żon dostała tiarę, co uważam, za pewną niesprawiedliwość), trąbki oraz łańcuch na szyję. Z ciekawostek, odradzamy drink pt. Season's Greetings - smakuje jak dr pepper - in a bad way. Jako, że szampana a w zasadzie prosecco wypiliśmy już o 17tej czasu lokalnego dzwoniąc na raut z lat 30tych, oraz impreza w lokalu już trochę umierała to na tym zakończyliśmy nasz sylestrowy klabing. Mijając Pur Fils okazało się, że party tam miało się świetnie - stąd wniosek, o być może nienajlepszej decyzji w sprawie lokalu.
Anyłej, obecnie na tapecie teoretycznie powinien być św. Walenty, ale coś jest cicho jak na to czego się spodziewałem.
P.S. Powyższy post powstawał przez okres mniej więcej trzech tygodni, z czego wiekszość ostatniej części powstała w barze, kiedy niecnie opuścił mnie jeden szkot. Co było zasadniczo niesympatycznie i niewczuwające się w potrzeby bliźniego. Ale za to jakby jest to lajwblogging z Szikaga, miasta. Czekerałt.
Wednesday, December 21, 2011
Winter is Coming...
Kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy do tego kraju znajomi Włosi - bo jak się okazało znaliśmy głównie Włochów (przynajmniej od strony pracy) - zaczęli natychmiast snuć apokaliptyczne wizje dotyczące Zimy. Jako, że był to miesiąc Maj, dało nam to trochę do myślenia. W większości późniejszych rozmów z rzeczonymi Włochami temat zimy pojawiał się dość często, najczęściej jako fatalistyczne stwierdzenie związane z tym, że może i teraz jest znośna pogoda ale potem nadejdzie Zima i się skończy. Ton i częstość powtórzeń spowodowała, że poczułem się trochę jak w jednej z książek Martina, Dżordża RR, które to znane są z tego, że wszyscy bohaterowie zapewniają o rychłym nadejściu zimy właśnie. Wynikiem tychże rozmów, spodziewaliśmy się śnieżnego piekła mniej więcej od późnego sierpnia. Pod tym względem sierpień nas rozczarował (ale nie żebyśmy narzekali). Również wrzesień nie sprostał oczekiwaniom rychłego mrozu serwując zamiast tego najmilszą pogodę jakiej dotyczhczas doświadczyliśmy w tym miejscu - ciepłą, słoneczną, niezbyt duszną itp. Nadejście października przypomniało nam jednak o wieszczących zimową zagładę rozmowach - żółknące i opadające liście oraz coraz częściej pojawiające się chłodne dni zdawały się sugerować, że zima jednak nadejdzie.
Na wszelki wypadek, spodziewając się mrozów porównywalnych ze Szpicbergenem, zakupiliśmy sobie po nowej kurtce oraz ciepłych skarpetkach. Tak minął październik i nadszedł listopad, kiedy to większość liści już opadła (oprócz Niu Hejwen, gdzie wtedy jeszcze nie), coraz częściej poranny chłód szczypał w policzki, ale nadal nie było to mróz nad mrozy ani nawet w malutkim stopniu apokaliptyczna zima. Na jednym ze spacerów do Ołk Parkskich parków (tym razem Kolumba) natknęliśmy się na zebranie kaczek i gęsi, które wydawały się zbierać do odlotu do cieplejszych krajów, albo chociaż Luizjany.
Po krótkim namyśle gęsi zebrały się i odleciały nie na południe a raczej w stronę zachodzącego słońca (znaczy się może Kalifornii), co dało okazję do kiczowatego zdjęcia, które poniżej, oraz refleksji, że skoro gęsi się zbierają i lecą, to teraz już zima nadejdzie niechybnie.
Otóż, póki co, okazuje się, że jednak chybnie. Powyższe gęsi odleciały w połowie listopada mniej więcej (nawiasem mówiąc okazało się, że odleciały na pobliskie pole golfowe) a zimy dalej ni ma. Fakt, spadło w nocy trochę śniegu. A śnieg jest niebezpieczny albowiem kiedy jest śnieg, to miasto Ołk Park, może zarządzić alarm śnieżny, w którym to przypadku nie można juz parkować praktycznie nigdzie, a w niektórych miejscach tylko w dni parzyste. Nadal nie udało mi się zrozumieć co ludzie zwykle parkujący na ulicy mają uczynić ze swoimi powozami w godzinach od 8 do 22giej - ja mam zamiar parkować u znajomego Włocha, co oznacza 15 minutowy spacer do auta - ale cóż robić? W każdym razie śnieg spadł ze dwa razy. Utrzymał się, ze dwie - trzy godziny. Raz nawet było mroźnie. Tak na oko z -6 stopni, kiedy to udaliśmy się na spacer do Dżekson Park, gdzie dawno temu była wystawa światowa. Gęsi pozostały niewzruszone na takie dictum, najwyżej gęgając swoją dezaprobatę:
Mróz wytrzymał mniej więcej jeden dzień. Poza tym w miare ciepło, i tylko pokrywa chmur, która czasami wisi nad światem nie pozwala stwierdzić, która jest pora dnia. Tzn. noc można w miare łatwo rozpoznać, ale poza tym - ciężkość.
Skoro już o Dżekson Park mowa, to pozwolę sobie na małą dygresję, jako że dotyczy ona przypadku nieokiełznanego ludzkiego geniuszu. Otóż park, został cały zaprojektowany na wystawę światową, przez jednego z pierwszych landskejp artists, jak ich się tu nazywa, który wedle ksiązki, którą czytała najlepsza z żon, był strasznie pedantyczny i projektował cały park tak aby widoki się komponowały, np. coby z mostku w ogródku japońskim był niezakłócony widok przez wodę na pawilon, w którym obecnie mieści się muzeum techniki. I wszystko było świetnie, dopóki któs nie wpadł na genialny pomysł wybudowania wieżowca, za rzeczonym pawilonem. Landskejp Artistę, pewnie by trafił szlag.
A wracając do zimy, to zaczynam się zastanawiać, czy wierzenie akurat Włochom na temat tego jak ciężka jest zima, skoro oni czasami miewają takie dwa tygodnie w roku, że temperatura spada poniżej zera, w nocy, było bardzo mądre. Ale pewnie w tej chwili zapeszam. W każdym razie póki co, mamy notorycznie otwarte okna, bo kaloryfery grzeją do temperatury zbliżonej do sauny fińskiej, a położone na nich buty się czasami topią. W zasadzie, musieliśmy zrewidować naszą opinię o ludziach, którzy nie ściągneli klimatyzacji na zimę. Przy tym grzaniu może się zdecydowanie przydać. A zima? Nadchodzi.
Na wszelki wypadek, spodziewając się mrozów porównywalnych ze Szpicbergenem, zakupiliśmy sobie po nowej kurtce oraz ciepłych skarpetkach. Tak minął październik i nadszedł listopad, kiedy to większość liści już opadła (oprócz Niu Hejwen, gdzie wtedy jeszcze nie), coraz częściej poranny chłód szczypał w policzki, ale nadal nie było to mróz nad mrozy ani nawet w malutkim stopniu apokaliptyczna zima. Na jednym ze spacerów do Ołk Parkskich parków (tym razem Kolumba) natknęliśmy się na zebranie kaczek i gęsi, które wydawały się zbierać do odlotu do cieplejszych krajów, albo chociaż Luizjany.
Po krótkim namyśle gęsi zebrały się i odleciały nie na południe a raczej w stronę zachodzącego słońca (znaczy się może Kalifornii), co dało okazję do kiczowatego zdjęcia, które poniżej, oraz refleksji, że skoro gęsi się zbierają i lecą, to teraz już zima nadejdzie niechybnie.
Otóż, póki co, okazuje się, że jednak chybnie. Powyższe gęsi odleciały w połowie listopada mniej więcej (nawiasem mówiąc okazało się, że odleciały na pobliskie pole golfowe) a zimy dalej ni ma. Fakt, spadło w nocy trochę śniegu. A śnieg jest niebezpieczny albowiem kiedy jest śnieg, to miasto Ołk Park, może zarządzić alarm śnieżny, w którym to przypadku nie można juz parkować praktycznie nigdzie, a w niektórych miejscach tylko w dni parzyste. Nadal nie udało mi się zrozumieć co ludzie zwykle parkujący na ulicy mają uczynić ze swoimi powozami w godzinach od 8 do 22giej - ja mam zamiar parkować u znajomego Włocha, co oznacza 15 minutowy spacer do auta - ale cóż robić? W każdym razie śnieg spadł ze dwa razy. Utrzymał się, ze dwie - trzy godziny. Raz nawet było mroźnie. Tak na oko z -6 stopni, kiedy to udaliśmy się na spacer do Dżekson Park, gdzie dawno temu była wystawa światowa. Gęsi pozostały niewzruszone na takie dictum, najwyżej gęgając swoją dezaprobatę:
Mróz wytrzymał mniej więcej jeden dzień. Poza tym w miare ciepło, i tylko pokrywa chmur, która czasami wisi nad światem nie pozwala stwierdzić, która jest pora dnia. Tzn. noc można w miare łatwo rozpoznać, ale poza tym - ciężkość.
Skoro już o Dżekson Park mowa, to pozwolę sobie na małą dygresję, jako że dotyczy ona przypadku nieokiełznanego ludzkiego geniuszu. Otóż park, został cały zaprojektowany na wystawę światową, przez jednego z pierwszych landskejp artists, jak ich się tu nazywa, który wedle ksiązki, którą czytała najlepsza z żon, był strasznie pedantyczny i projektował cały park tak aby widoki się komponowały, np. coby z mostku w ogródku japońskim był niezakłócony widok przez wodę na pawilon, w którym obecnie mieści się muzeum techniki. I wszystko było świetnie, dopóki któs nie wpadł na genialny pomysł wybudowania wieżowca, za rzeczonym pawilonem. Landskejp Artistę, pewnie by trafił szlag.
A wracając do zimy, to zaczynam się zastanawiać, czy wierzenie akurat Włochom na temat tego jak ciężka jest zima, skoro oni czasami miewają takie dwa tygodnie w roku, że temperatura spada poniżej zera, w nocy, było bardzo mądre. Ale pewnie w tej chwili zapeszam. W każdym razie póki co, mamy notorycznie otwarte okna, bo kaloryfery grzeją do temperatury zbliżonej do sauny fińskiej, a położone na nich buty się czasami topią. W zasadzie, musieliśmy zrewidować naszą opinię o ludziach, którzy nie ściągneli klimatyzacji na zimę. Przy tym grzaniu może się zdecydowanie przydać. A zima? Nadchodzi.
Tuesday, December 6, 2011
O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu... Częśc druga
Niu Jork, Niu Jork jak śpiwał Franciszek Sinatra. Ale zanim się tam człowiek uda, to wyprawę musi zaplanować. W naszym przypadku planowanie sprowadziło się do znalezienia hotelu. Jako, że już na pierwszy rzut oka okazało się, że drogo jak cholera - postanowilim udać się do Niu Jorka dopiero w sobotę i zwinąć w niedzielę coby zminimalizować liczbę nocy w rzeczonym hotelu. Mimo to znalezienie noclegu o racjonalnej cenie, który nie miałby 90% opisów o tym, że jest pełen pluskiew a pościel zaplamiona krwią proste nie było. Udało się znaleźć sieciówkę w Kłins, które - jeśli czegoś mnie nauczyły filmy z Edim Merfim - jest siedliskiem przyszłych afrykańskich królowych. Hotel miał być w miarę prosto dostępny, więc udaliśmy się do Niu Jorka z Niu Hejwen z pewną dezynwolturą - czytaj nienajwcześniej - co również było spowodowane tym, że dzień wcześniej udaliśmy się na piwo z koleżanką z pracy, która odradzała nam mieszkanie w Niu Hejwen. Cytuję: "Kiedy chcemy się poczuć jak ludzie wsiadamy do pociągu i jedziemy do Niu Jorku".
Na pociąg do Niu Jorka zdążyliśmy w ostatniej chwili po czym bez większych przygód dostaliśmy się na Manhattan. A dokładniej na grand central station, którą dobrze znaliśmy z ostatniego filmu z Dżastinem i Milą, także od razu poczuliśmy się jak w domu. Jako że nie było jeszcze zbyt późno stwierdzilim, coby udać się do hotelu i nie chodzić z betami. I tu się zaczęły schody. System NiuJorskiego metra jest chyba najbardziej skomplikowanym z jakim sie dotychczas zetknąłem (aczkolwiek później się okazało, że bilety w Łoszyngtonie są skomplikowane bardziej), w sensie nie od razu jest jasne co jedzie gdzie i gdzie się zatrzymuje. To w zasadzie nie byłby nawet taki problem gdyby nie to, że proste połączenie, gdzie wsiadamy w linię nr 7 i jedziemy 4 stacje nie działa, z powodu, że linia numer 7 akurat nie jeździ przez najbliższe trzy tygodnie przez grand central. Proponuje się więc objazd innymi liniami np. R i Q, co oznacza, że trzeba jechać po jednym przystanku trzema różnymi liniami. Dodatkowe wyzwanie polegało na tym, że powrót do miasta nie był tak prosty jak po prostu przejechanie tych samych trzech przesiadek z powrotem. O nie. Otóż linia 7 jadąc w stronę miasta zamiast zatrzymywać się co przystanek zatrzymywała się co pięć. Jako że byliśmy na drugim to jakby na to nie patrzeć się nie kalkulowało. Rozwiązanie sugerowane przez NY Metro to pojechać w od miasta 4 przystanki a następnie wsiąśc w kolejkę jadącą do miasta i przejechać jeden długi. Tego typu atrakcje towarzyszyły nam przez cały nasz krótki pobyt w tzw. Wielkim Jabłku.
Nic to, dotarlim do hotelu, gdzie najlepsza z żon znalazła niedopraną plamę z krwi na pościeli, ale niedużą, więc i tak w miarę wporzo. Hotel jak hotel, łajerless nie działał wcale - pierwszego dnia twierdzili, że już dzwonili do tech-supportu i mają naprawić, następnego dnia twierdzili, że tak ma być, tzn. że adres AjPi się dostaje po 20 minutach. Główną atrakcją hotelu był jednak prysznic, w którym nijak nie dało się wydedukować jak przełączyć pływ wody z kranu na prysznic. Problem, jak się okazało, był na recepcji znany, jako że kiedy zszedłem zapytać o ten problem, pani bez chwili wahania zademonstrowała mi to na modelu kranu, który posiadała pod ręką w szufladzie.
Anyłej, jeszcze w sobotę postanowiliśmy się udać na zwiedzanie i jakoś tak stwierdziliśmy, że może od południowego Manhattanu, bo Czajnatałn, little Italy, prom na Stejten Ajland (darmowy) i nie wiem jeszcze co. Wysiedlim na Bruklinie, co się nazywa zupełnie tak samo jak jedno z dzieci państwa Beckham i wybraliśmy się na przechodzenie przez most. Brukliński. Oczywiście, nie muszę mówić, że most w remoncie ale przejść się da, a że pora właściwa to i trochę kiczowatych fot się udało pstryknąć:
Przebiliśmy się w końcu przez tłumy robiących sobie zdjęcia turystów cisnących się pomiędzy dyktami odgradzającymi obszary "Men-at-łork" i dotarliśmy do pępka świata, czy to kulturalnego (Brodłej), czy to finansowego (Łol strit) czy też protestującego (Okiupaj Łol strit) czyli Manhattanu. Oczywiście schodząc z rzeczonego mostu nie trafia się na żadne z tych centrów a tylko na grupę afroamerykanów tańczących brejkdens. Błądząc trochę po okolicy natknęliśmy się na czajnatałn, które miejscami spokojnie mogłby uchodzić za prawdziwe chińskie miasto, natomiast Little Italy sprowadza się do kilku restauracji nieśmiało lokujących się pomiędzy hordą nowopowstałych sklepów, punktów usługowych i restauracji chińskich. Z jednej strony znak czasów z drugiej strony porównanie cen i jakości pomiędzy losowo wybranymi przez nas restauracjami chińską i włoską wypadła zdecydowanie na korzyść tej pierwszej. Nawet makaron był zdecydowanie lepszy. Za to w okolicy natknęliśmy się na melanż i eklektyzm, który dla mnie reprezentuje troche Niu Jork:
Klucząc po Manhattanie udało nam się zobaczyć i Łol strit i Okiupaj Łol strit. Okiupaj Łol strit wygląda tak:
To co było imponujące w tej całej imprezie to to, że mieli tam punkt pierwszej pomocy, bibliotekę, panów pedałujących w celu zapewnienia energii elektrycznej oraz starsze panie robiące na drutach, bez których nie może się odbyć żaden nowoczesny protest - patrz, np., Polska. Oczywiście w związku z tym, że my się tam pojawiliśmy, a jak wiadomo przynosimy pecha, obóz Okiupajów został rozgoniony jakieś dwa dni później.
Atrakcją wieczora miał być sławny najtlajf Niu Jorku. Wspaniałe knajpy, hipsterzy, etc... Udaliśmy się zatem w stronę Greenwich Village, gdzie miało być zagłębie knajp. Znaleźliśmy najpierw jedną ulicę, co wg przewodnika jest centrum studenckiego życia. Ulica, faktycznie żywa, ale albo nowojorscy studenci stołują się w dość ekskluzywnych restauracjach albo przewodnik miał nieaktualne dane. W dodatku, rzeczoni studenci najwyraźniej nie spożywają piwa, bo żadne z tych miejsc nie wyglądało na bar oprócz jednej speluny w suterenie, która może i byłaby obiecująca, gdyby nie to, że w środku był w zasadzie tylko stół bilardowy. Skontaktowalim się zatem z wspomnianą wcześniej koleżanką pytając - gdzieżby? - zasugerowała ulicę Greenwich właściwą. Bo dłuższym kluczeniu dotarliśmy tamże i okazała się ona kompletnie opuszczoną i bez choćby pół neonu sugerującego piwo w polu widzenia. Idąc, natknęliśmy się na dwie prawie knajpy, ale sądząc że udajemy się do knajpianego zagłębia zignorowaliśmy je lekką ręką. Niesłusznie, jak się okazało. Klucząc z powrotem udało nam się je jednak odnaleźć, ponieważ okazało się, że były to jedyne dwa miejsca, które wygladały jakby można się w nich napić piwa. Nie muszę mówić, że podczas całych tych naszych peregrynacji mijały nas hordy ludzi epatujących swoim upiciem i zataczaniem się jakby chciały nas dodatkowo zdołować. Gdzie się raczyli byli doprowadzić do tego stanu - nie wiadomo. Dotarliśmy w końcu do dwóch knajp i w pierwszej oczywiście nie było miejsca. Druga za to miała wystrój w stylu amerykańskiego horroru dla nastolatków. Miejsca były, ale kiedy usiedliśmy zrozumieliśmy dlaczego. Akurat przy naszych stołach umieszczone były głośniki które waliły na pełnej mocy dźwiękami pochodzącymi z utworów od w miare znośnych aż do rzeczy, przy których David Guetta to liryczny szansonista. Fakt ataku ścianą dźwięku powodował u nas pewien dyskomfort, dlatego kiedy tylko zwolnił się inny stół spróbowaliśmy się tam przesiąść. Okazało się jednak, że tamten stół był jeszcze bliżej innego głośnika, zaś kiedy próbowaliśmy wrócić do poprzedniego okazało się, że jest już zajęty przez jakąś azjatkę i niewidomego gościa, który próbował nawigować swojego Ajfona za pomocą głosu. Wylądowaliśmy zatem jeszcze bliżej głośnika niż wcześniej. Chwilę później poczułem starość, kiedy zapytałem kelnerki, czy nie można by może ściszyć tej muzyki choć trochę (azjatka i niewidomy udzielili gorącego poparcia). Nie można. Postaliśmy jeszcze chwilę z naszymi nieszczęsnymi piwami i udaliśmy się na spoczynek (z trzema przesiadkami).
Następnego dnia spotykaliśmy się z rodziną, więc udało nam się tylko wcześniej przespacerować po Central Parku, który jest zaprawdę imponujący i szkoda, że tam nie byliśmy dłużej. Dla mnie w każdym razie, główny zysk z całej wycieczki był taki, żę czytając książke Gibsona zacząłem identyfikować ulice po których chodzą bohaterowie.
Na pociąg do Niu Jorka zdążyliśmy w ostatniej chwili po czym bez większych przygód dostaliśmy się na Manhattan. A dokładniej na grand central station, którą dobrze znaliśmy z ostatniego filmu z Dżastinem i Milą, także od razu poczuliśmy się jak w domu. Jako że nie było jeszcze zbyt późno stwierdzilim, coby udać się do hotelu i nie chodzić z betami. I tu się zaczęły schody. System NiuJorskiego metra jest chyba najbardziej skomplikowanym z jakim sie dotychczas zetknąłem (aczkolwiek później się okazało, że bilety w Łoszyngtonie są skomplikowane bardziej), w sensie nie od razu jest jasne co jedzie gdzie i gdzie się zatrzymuje. To w zasadzie nie byłby nawet taki problem gdyby nie to, że proste połączenie, gdzie wsiadamy w linię nr 7 i jedziemy 4 stacje nie działa, z powodu, że linia numer 7 akurat nie jeździ przez najbliższe trzy tygodnie przez grand central. Proponuje się więc objazd innymi liniami np. R i Q, co oznacza, że trzeba jechać po jednym przystanku trzema różnymi liniami. Dodatkowe wyzwanie polegało na tym, że powrót do miasta nie był tak prosty jak po prostu przejechanie tych samych trzech przesiadek z powrotem. O nie. Otóż linia 7 jadąc w stronę miasta zamiast zatrzymywać się co przystanek zatrzymywała się co pięć. Jako że byliśmy na drugim to jakby na to nie patrzeć się nie kalkulowało. Rozwiązanie sugerowane przez NY Metro to pojechać w od miasta 4 przystanki a następnie wsiąśc w kolejkę jadącą do miasta i przejechać jeden długi. Tego typu atrakcje towarzyszyły nam przez cały nasz krótki pobyt w tzw. Wielkim Jabłku.
Nic to, dotarlim do hotelu, gdzie najlepsza z żon znalazła niedopraną plamę z krwi na pościeli, ale niedużą, więc i tak w miarę wporzo. Hotel jak hotel, łajerless nie działał wcale - pierwszego dnia twierdzili, że już dzwonili do tech-supportu i mają naprawić, następnego dnia twierdzili, że tak ma być, tzn. że adres AjPi się dostaje po 20 minutach. Główną atrakcją hotelu był jednak prysznic, w którym nijak nie dało się wydedukować jak przełączyć pływ wody z kranu na prysznic. Problem, jak się okazało, był na recepcji znany, jako że kiedy zszedłem zapytać o ten problem, pani bez chwili wahania zademonstrowała mi to na modelu kranu, który posiadała pod ręką w szufladzie.
Anyłej, jeszcze w sobotę postanowiliśmy się udać na zwiedzanie i jakoś tak stwierdziliśmy, że może od południowego Manhattanu, bo Czajnatałn, little Italy, prom na Stejten Ajland (darmowy) i nie wiem jeszcze co. Wysiedlim na Bruklinie, co się nazywa zupełnie tak samo jak jedno z dzieci państwa Beckham i wybraliśmy się na przechodzenie przez most. Brukliński. Oczywiście, nie muszę mówić, że most w remoncie ale przejść się da, a że pora właściwa to i trochę kiczowatych fot się udało pstryknąć:
![]() |
| Statuja zachodzącego słońca |
Klucząc po Manhattanie udało nam się zobaczyć i Łol strit i Okiupaj Łol strit. Okiupaj Łol strit wygląda tak:
To co było imponujące w tej całej imprezie to to, że mieli tam punkt pierwszej pomocy, bibliotekę, panów pedałujących w celu zapewnienia energii elektrycznej oraz starsze panie robiące na drutach, bez których nie może się odbyć żaden nowoczesny protest - patrz, np., Polska. Oczywiście w związku z tym, że my się tam pojawiliśmy, a jak wiadomo przynosimy pecha, obóz Okiupajów został rozgoniony jakieś dwa dni później.
Atrakcją wieczora miał być sławny najtlajf Niu Jorku. Wspaniałe knajpy, hipsterzy, etc... Udaliśmy się zatem w stronę Greenwich Village, gdzie miało być zagłębie knajp. Znaleźliśmy najpierw jedną ulicę, co wg przewodnika jest centrum studenckiego życia. Ulica, faktycznie żywa, ale albo nowojorscy studenci stołują się w dość ekskluzywnych restauracjach albo przewodnik miał nieaktualne dane. W dodatku, rzeczoni studenci najwyraźniej nie spożywają piwa, bo żadne z tych miejsc nie wyglądało na bar oprócz jednej speluny w suterenie, która może i byłaby obiecująca, gdyby nie to, że w środku był w zasadzie tylko stół bilardowy. Skontaktowalim się zatem z wspomnianą wcześniej koleżanką pytając - gdzieżby? - zasugerowała ulicę Greenwich właściwą. Bo dłuższym kluczeniu dotarliśmy tamże i okazała się ona kompletnie opuszczoną i bez choćby pół neonu sugerującego piwo w polu widzenia. Idąc, natknęliśmy się na dwie prawie knajpy, ale sądząc że udajemy się do knajpianego zagłębia zignorowaliśmy je lekką ręką. Niesłusznie, jak się okazało. Klucząc z powrotem udało nam się je jednak odnaleźć, ponieważ okazało się, że były to jedyne dwa miejsca, które wygladały jakby można się w nich napić piwa. Nie muszę mówić, że podczas całych tych naszych peregrynacji mijały nas hordy ludzi epatujących swoim upiciem i zataczaniem się jakby chciały nas dodatkowo zdołować. Gdzie się raczyli byli doprowadzić do tego stanu - nie wiadomo. Dotarliśmy w końcu do dwóch knajp i w pierwszej oczywiście nie było miejsca. Druga za to miała wystrój w stylu amerykańskiego horroru dla nastolatków. Miejsca były, ale kiedy usiedliśmy zrozumieliśmy dlaczego. Akurat przy naszych stołach umieszczone były głośniki które waliły na pełnej mocy dźwiękami pochodzącymi z utworów od w miare znośnych aż do rzeczy, przy których David Guetta to liryczny szansonista. Fakt ataku ścianą dźwięku powodował u nas pewien dyskomfort, dlatego kiedy tylko zwolnił się inny stół spróbowaliśmy się tam przesiąść. Okazało się jednak, że tamten stół był jeszcze bliżej innego głośnika, zaś kiedy próbowaliśmy wrócić do poprzedniego okazało się, że jest już zajęty przez jakąś azjatkę i niewidomego gościa, który próbował nawigować swojego Ajfona za pomocą głosu. Wylądowaliśmy zatem jeszcze bliżej głośnika niż wcześniej. Chwilę później poczułem starość, kiedy zapytałem kelnerki, czy nie można by może ściszyć tej muzyki choć trochę (azjatka i niewidomy udzielili gorącego poparcia). Nie można. Postaliśmy jeszcze chwilę z naszymi nieszczęsnymi piwami i udaliśmy się na spoczynek (z trzema przesiadkami).
Następnego dnia spotykaliśmy się z rodziną, więc udało nam się tylko wcześniej przespacerować po Central Parku, który jest zaprawdę imponujący i szkoda, że tam nie byliśmy dłużej. Dla mnie w każdym razie, główny zysk z całej wycieczki był taki, żę czytając książke Gibsona zacząłem identyfikować ulice po których chodzą bohaterowie.
Sunday, November 20, 2011
O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu...
Zamiast pisać o sprawach zaległych, jak miałem w zamiarze napiszę o sprawach ostatnich przez co te zaległe będą jeszcze bardziej zaległe. Mają za swoje. A zatem, moje ostatnie milczenie było po części spowodowane natłokiem obowiązków służbowych a to przygotowywaniem wystąpień na zebrania tzw. kolaboracji (czyli eksperymentów). W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałem trzy takowe wystąpienia a w ciągu pół roku miałem cztery wystąpienia na zebraniach trzech różnych eksperymentów. Dla porównania przez siedem lat pracy z Włochami miałem takich wystąpień okrągłe zero. Krótko mówiąc, hamerykanie lubią zebrania. W związku z tym, ostatnie tygodnie spędziłem nadganiając z robotą, coby zdążyć te wystąpienia wygłosić, ale atrakcją dwóch ostatnich było to, że zebranie odbywało się w Jalu, więc miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć swoje miejsce pracy.
Miasteczko Niu Hejwen jest jak się okazuje o wiele większe niż to sobie wyobrażałem i jest pełnoprawnym miastem a nie zapadłą wiochą jak Princeton, w związku z czym decyzja pracowania w Szikago okazała się być może nie do końca przemyślaną. Nie jest też strefą wojny, jaki to obraz miasteczka miałem z listów Ronnella Higginsa, szefa policji Jala. Czif Higgins wysyła mi (i jak sądzę całej społeczności Jala) średnio ze dwa emaile tygodniowo, w których opisuje jak to dwa kwartały od uniwersytetu odbył się napad z bronią w ręku lub bez niej, podczas którego poturbowanym został a to student a to doktorant, i apeluje w tychże mailach aby nie zapuszczać się samotnie na ulice Niu Hejwen po zapadnięciu zmroku. Jako, że był to mój jedyny obraz miasta, to udawałem się tam z duszą na ramieniu. Okazało się jednak, że Nju Hejwen jest ślicznym wiktoriańskim nowoangielskim miasteczkiem. Przynajmniej na ulicy na której był nasz bed and breakfast, stylizowany ni stąd ni zowąd na włoski. Dwie ulice dalej jednakże podobno zaczyna się dzielnica afroamerykańska i wedle słów moje włoskiego ex-szefa, chodzić tam nie trzeba. Z drugiej strony jest dzielnica portorykańska i wskazówki dla mieszkańców są podobne, z czego wynika, że Uniwersytet jest w zasadzie enklawą, w której chowają się studenci i naukowcy a kiedy próbują wychynąć poza jej granice dostają po nosie przysparzając tym samym pracy i zgryzot Czifowi Higginsowi.
Uniwersytet jak uniwersytet, wiktoriański i piękny, oprócz oczywiście instytutu fizyki, który wygląda troche jak IF w Krakowie, ale jest w o wiele gorszym stanie, co się objawia tym, że przez mniej więcej 3-4 godzin dziennie pracownicy mają okazję wsłuchiwać się w melodyjny dźwięk wiertarek udarowych, którymi niezmiernie przyjaźni robotnicy wwiercają się w jestestwo budynku aby przymocować doń stalowe żerdzi i tym samym zabobiec jego degradacji i upadkowi w nicość. Przy tej historii, fakt, że w pokoju w którym mnie tymczasowo posadzono stało wiadro, które wyłapywało wyciek z rury na suficie, wydaje się dośc mało znaczącym szczegółem. Ma za to Niu Hejwen sporo szarmu, który bierze się z bycia miastem studenckim - małe i tanie jadłodajnie, kawiarnie i kafejki. Hitem okazał się placyk na którym można nabyć jedzenia z różnych stron świata w budach na kółkach za całkiem tani pieniądz z czego skorzystaliśmy w pierwszy dzień pobytu i co było dobre. Tegoż samego wieczoru udaliśmy się na tzw. obiad konferencyjny, na którym dostaliśmy rykoszetem zjawiskiem tzw. pijanego profesora, które zdarza się na takich imprezach. Polega ono na tym, że rzeczony profesor, być może w związku z pomrocznością jasną być może tak po prostu, nieświadom faktu, że nie wszyscy zarabiają tak jak on zamawia przystawki i wino w ilościach hurtowych co kończy się kosmicznym rachunkiem, za który rzeczony profesor nie do konca raczy lub jest w stanie odpowiedzieć. W naszym przypadku zabawa wzięła się z wina, którego nie piliśmy oboje oraz owczych czopsów, których nie jadła najlepsza z żon, a rachunek wyniósł nas o 20$ więcej na osobę, niż kiedykolwiek zapłaciliśmy za parę. To oczywiście po uwzględnieniu tego, że profesor łaskawie zapłacił 10$ więcej niż inni. Go him.
W ramach tzw damydż kontrol, dzień później posiłki skladały się z zamówionej pizzy i sushi i zostały pokryte z grantu Jala. Oczywiście zebranie dnia drugiego zamiast trwać krócej skończyło się dość późno więc nie miałem zbyt wiele okazji po nim połazić, ale natrafiliśmy na resztki tzw. Niu Ingland Fall, więc to co zobaczyłem było zaiste przyjazne oku. Trochę więcej łaziła po Niu Hejwen Najlepsza z żon i kilka zdjęć uczynionych przez nią zamieszczam poniżej. W sobotę udalim się za to do Niu Jorka, o czym bedzie następny post.
Miasteczko Niu Hejwen jest jak się okazuje o wiele większe niż to sobie wyobrażałem i jest pełnoprawnym miastem a nie zapadłą wiochą jak Princeton, w związku z czym decyzja pracowania w Szikago okazała się być może nie do końca przemyślaną. Nie jest też strefą wojny, jaki to obraz miasteczka miałem z listów Ronnella Higginsa, szefa policji Jala. Czif Higgins wysyła mi (i jak sądzę całej społeczności Jala) średnio ze dwa emaile tygodniowo, w których opisuje jak to dwa kwartały od uniwersytetu odbył się napad z bronią w ręku lub bez niej, podczas którego poturbowanym został a to student a to doktorant, i apeluje w tychże mailach aby nie zapuszczać się samotnie na ulice Niu Hejwen po zapadnięciu zmroku. Jako, że był to mój jedyny obraz miasta, to udawałem się tam z duszą na ramieniu. Okazało się jednak, że Nju Hejwen jest ślicznym wiktoriańskim nowoangielskim miasteczkiem. Przynajmniej na ulicy na której był nasz bed and breakfast, stylizowany ni stąd ni zowąd na włoski. Dwie ulice dalej jednakże podobno zaczyna się dzielnica afroamerykańska i wedle słów moje włoskiego ex-szefa, chodzić tam nie trzeba. Z drugiej strony jest dzielnica portorykańska i wskazówki dla mieszkańców są podobne, z czego wynika, że Uniwersytet jest w zasadzie enklawą, w której chowają się studenci i naukowcy a kiedy próbują wychynąć poza jej granice dostają po nosie przysparzając tym samym pracy i zgryzot Czifowi Higginsowi.
Uniwersytet jak uniwersytet, wiktoriański i piękny, oprócz oczywiście instytutu fizyki, który wygląda troche jak IF w Krakowie, ale jest w o wiele gorszym stanie, co się objawia tym, że przez mniej więcej 3-4 godzin dziennie pracownicy mają okazję wsłuchiwać się w melodyjny dźwięk wiertarek udarowych, którymi niezmiernie przyjaźni robotnicy wwiercają się w jestestwo budynku aby przymocować doń stalowe żerdzi i tym samym zabobiec jego degradacji i upadkowi w nicość. Przy tej historii, fakt, że w pokoju w którym mnie tymczasowo posadzono stało wiadro, które wyłapywało wyciek z rury na suficie, wydaje się dośc mało znaczącym szczegółem. Ma za to Niu Hejwen sporo szarmu, który bierze się z bycia miastem studenckim - małe i tanie jadłodajnie, kawiarnie i kafejki. Hitem okazał się placyk na którym można nabyć jedzenia z różnych stron świata w budach na kółkach za całkiem tani pieniądz z czego skorzystaliśmy w pierwszy dzień pobytu i co było dobre. Tegoż samego wieczoru udaliśmy się na tzw. obiad konferencyjny, na którym dostaliśmy rykoszetem zjawiskiem tzw. pijanego profesora, które zdarza się na takich imprezach. Polega ono na tym, że rzeczony profesor, być może w związku z pomrocznością jasną być może tak po prostu, nieświadom faktu, że nie wszyscy zarabiają tak jak on zamawia przystawki i wino w ilościach hurtowych co kończy się kosmicznym rachunkiem, za który rzeczony profesor nie do konca raczy lub jest w stanie odpowiedzieć. W naszym przypadku zabawa wzięła się z wina, którego nie piliśmy oboje oraz owczych czopsów, których nie jadła najlepsza z żon, a rachunek wyniósł nas o 20$ więcej na osobę, niż kiedykolwiek zapłaciliśmy za parę. To oczywiście po uwzględnieniu tego, że profesor łaskawie zapłacił 10$ więcej niż inni. Go him.
W ramach tzw damydż kontrol, dzień później posiłki skladały się z zamówionej pizzy i sushi i zostały pokryte z grantu Jala. Oczywiście zebranie dnia drugiego zamiast trwać krócej skończyło się dość późno więc nie miałem zbyt wiele okazji po nim połazić, ale natrafiliśmy na resztki tzw. Niu Ingland Fall, więc to co zobaczyłem było zaiste przyjazne oku. Trochę więcej łaziła po Niu Hejwen Najlepsza z żon i kilka zdjęć uczynionych przez nią zamieszczam poniżej. W sobotę udalim się za to do Niu Jorka, o czym bedzie następny post.
![]() |
| Złota nowoangielska jesień. |
![]() |
| Zrobiliśmy koncert z okazji Occupy Wall Street i nikt nie przyszedł. |
Subscribe to:
Posts (Atom)
















