Na pociąg do Niu Jorka zdążyliśmy w ostatniej chwili po czym bez większych przygód dostaliśmy się na Manhattan. A dokładniej na grand central station, którą dobrze znaliśmy z ostatniego filmu z Dżastinem i Milą, także od razu poczuliśmy się jak w domu. Jako że nie było jeszcze zbyt późno stwierdzilim, coby udać się do hotelu i nie chodzić z betami. I tu się zaczęły schody. System NiuJorskiego metra jest chyba najbardziej skomplikowanym z jakim sie dotychczas zetknąłem (aczkolwiek później się okazało, że bilety w Łoszyngtonie są skomplikowane bardziej), w sensie nie od razu jest jasne co jedzie gdzie i gdzie się zatrzymuje. To w zasadzie nie byłby nawet taki problem gdyby nie to, że proste połączenie, gdzie wsiadamy w linię nr 7 i jedziemy 4 stacje nie działa, z powodu, że linia numer 7 akurat nie jeździ przez najbliższe trzy tygodnie przez grand central. Proponuje się więc objazd innymi liniami np. R i Q, co oznacza, że trzeba jechać po jednym przystanku trzema różnymi liniami. Dodatkowe wyzwanie polegało na tym, że powrót do miasta nie był tak prosty jak po prostu przejechanie tych samych trzech przesiadek z powrotem. O nie. Otóż linia 7 jadąc w stronę miasta zamiast zatrzymywać się co przystanek zatrzymywała się co pięć. Jako że byliśmy na drugim to jakby na to nie patrzeć się nie kalkulowało. Rozwiązanie sugerowane przez NY Metro to pojechać w od miasta 4 przystanki a następnie wsiąśc w kolejkę jadącą do miasta i przejechać jeden długi. Tego typu atrakcje towarzyszyły nam przez cały nasz krótki pobyt w tzw. Wielkim Jabłku.
Nic to, dotarlim do hotelu, gdzie najlepsza z żon znalazła niedopraną plamę z krwi na pościeli, ale niedużą, więc i tak w miarę wporzo. Hotel jak hotel, łajerless nie działał wcale - pierwszego dnia twierdzili, że już dzwonili do tech-supportu i mają naprawić, następnego dnia twierdzili, że tak ma być, tzn. że adres AjPi się dostaje po 20 minutach. Główną atrakcją hotelu był jednak prysznic, w którym nijak nie dało się wydedukować jak przełączyć pływ wody z kranu na prysznic. Problem, jak się okazało, był na recepcji znany, jako że kiedy zszedłem zapytać o ten problem, pani bez chwili wahania zademonstrowała mi to na modelu kranu, który posiadała pod ręką w szufladzie.
Anyłej, jeszcze w sobotę postanowiliśmy się udać na zwiedzanie i jakoś tak stwierdziliśmy, że może od południowego Manhattanu, bo Czajnatałn, little Italy, prom na Stejten Ajland (darmowy) i nie wiem jeszcze co. Wysiedlim na Bruklinie, co się nazywa zupełnie tak samo jak jedno z dzieci państwa Beckham i wybraliśmy się na przechodzenie przez most. Brukliński. Oczywiście, nie muszę mówić, że most w remoncie ale przejść się da, a że pora właściwa to i trochę kiczowatych fot się udało pstryknąć:
![]() |
| Statuja zachodzącego słońca |
Klucząc po Manhattanie udało nam się zobaczyć i Łol strit i Okiupaj Łol strit. Okiupaj Łol strit wygląda tak:
To co było imponujące w tej całej imprezie to to, że mieli tam punkt pierwszej pomocy, bibliotekę, panów pedałujących w celu zapewnienia energii elektrycznej oraz starsze panie robiące na drutach, bez których nie może się odbyć żaden nowoczesny protest - patrz, np., Polska. Oczywiście w związku z tym, że my się tam pojawiliśmy, a jak wiadomo przynosimy pecha, obóz Okiupajów został rozgoniony jakieś dwa dni później.
Atrakcją wieczora miał być sławny najtlajf Niu Jorku. Wspaniałe knajpy, hipsterzy, etc... Udaliśmy się zatem w stronę Greenwich Village, gdzie miało być zagłębie knajp. Znaleźliśmy najpierw jedną ulicę, co wg przewodnika jest centrum studenckiego życia. Ulica, faktycznie żywa, ale albo nowojorscy studenci stołują się w dość ekskluzywnych restauracjach albo przewodnik miał nieaktualne dane. W dodatku, rzeczoni studenci najwyraźniej nie spożywają piwa, bo żadne z tych miejsc nie wyglądało na bar oprócz jednej speluny w suterenie, która może i byłaby obiecująca, gdyby nie to, że w środku był w zasadzie tylko stół bilardowy. Skontaktowalim się zatem z wspomnianą wcześniej koleżanką pytając - gdzieżby? - zasugerowała ulicę Greenwich właściwą. Bo dłuższym kluczeniu dotarliśmy tamże i okazała się ona kompletnie opuszczoną i bez choćby pół neonu sugerującego piwo w polu widzenia. Idąc, natknęliśmy się na dwie prawie knajpy, ale sądząc że udajemy się do knajpianego zagłębia zignorowaliśmy je lekką ręką. Niesłusznie, jak się okazało. Klucząc z powrotem udało nam się je jednak odnaleźć, ponieważ okazało się, że były to jedyne dwa miejsca, które wygladały jakby można się w nich napić piwa. Nie muszę mówić, że podczas całych tych naszych peregrynacji mijały nas hordy ludzi epatujących swoim upiciem i zataczaniem się jakby chciały nas dodatkowo zdołować. Gdzie się raczyli byli doprowadzić do tego stanu - nie wiadomo. Dotarliśmy w końcu do dwóch knajp i w pierwszej oczywiście nie było miejsca. Druga za to miała wystrój w stylu amerykańskiego horroru dla nastolatków. Miejsca były, ale kiedy usiedliśmy zrozumieliśmy dlaczego. Akurat przy naszych stołach umieszczone były głośniki które waliły na pełnej mocy dźwiękami pochodzącymi z utworów od w miare znośnych aż do rzeczy, przy których David Guetta to liryczny szansonista. Fakt ataku ścianą dźwięku powodował u nas pewien dyskomfort, dlatego kiedy tylko zwolnił się inny stół spróbowaliśmy się tam przesiąść. Okazało się jednak, że tamten stół był jeszcze bliżej innego głośnika, zaś kiedy próbowaliśmy wrócić do poprzedniego okazało się, że jest już zajęty przez jakąś azjatkę i niewidomego gościa, który próbował nawigować swojego Ajfona za pomocą głosu. Wylądowaliśmy zatem jeszcze bliżej głośnika niż wcześniej. Chwilę później poczułem starość, kiedy zapytałem kelnerki, czy nie można by może ściszyć tej muzyki choć trochę (azjatka i niewidomy udzielili gorącego poparcia). Nie można. Postaliśmy jeszcze chwilę z naszymi nieszczęsnymi piwami i udaliśmy się na spoczynek (z trzema przesiadkami).
Następnego dnia spotykaliśmy się z rodziną, więc udało nam się tylko wcześniej przespacerować po Central Parku, który jest zaprawdę imponujący i szkoda, że tam nie byliśmy dłużej. Dla mnie w każdym razie, główny zysk z całej wycieczki był taki, żę czytając książke Gibsona zacząłem identyfikować ulice po których chodzą bohaterowie.



Takze warto! Polecam hotel w Chinatown z pokojami bez sufitu (sic). Dobra lokalizacja i Wifi. Pod czescia "turystyczna" znajduje sie, w ramach zapewnianych atrakcji, pietro z autentycznym chinskim hotelem pracowniczym jakei mozna zobaczyc w Chinach na prowicji, np szukajac "Shangri-la" (z ktorego osatecznie zrezygnowaliscie na korzysc przelomow; btw - opowiadales o nich z takim samym entuzjazmem jak teraz o NYC).
ReplyDeleteTrzeba się było spytać kolegów i koleżanek, to by Ci powiedzieli, że do knajpy nie idzie się na Greenwich, tylko zostaje po stronie Brooklinu. Tam masz hipsterów więcej niż na okupajłalstrit. Myśmy się też tak wkopali w Greenwich, ale Wojtek ma dobry sposób: wchodzisz do sklepu muzycznego i pytasz sprzedawcę, który wygląda sympatycznie i studencko, gdzie tu można iść na piwo. On wtedy mówi, że tutaj (czyli Greenwich) to chodzą tylko turyści, on idzie na piwo koło swojego domu. Gdzie? W Brooklinie.
ReplyDeleteNo dla mnie najfajniejszy byl williamsburg, ale bylismy tez na dobrym koncercie gdzies w lower east side. tak, ze mozna :)
ReplyDeleteJasne, teraz to jestesteście mądrzy, ale jak kluczyliśmy po cholernym Manhattanie to nikogo nie było. A tak bardziej serio, to zawierzyliśmy kanadyjce, która twierdziła, że to tam i sprawiała wrażenie bywałej. Ostatni raz wierzymy komukolwiek w jakikolwiek sposób związanemu z Kanadą.
ReplyDeleteA NYC wygrywa z przełomami bo ma Central Park. Poza tym to to samo, oprócz tego, że przełomy są zalane.
Blame Canada!
ReplyDeletePoza tym na prawde mieliście ochotę na pyszne amerykańckie bjer? Trzeba było szaleć w resto i uderzać w lokalne drinki Long Island Ice Tea, Manhattan ;)
A tak na poważnie - to knajpy na każdym rogu w których połowę życia spędziają roomies & work-friends też są tylko w filmach i serialach?
Ędrju,nie owijając w bawełnę żartobliwych złośliwości i spóźnionych rad, za to wypowiadając się nie proszona za innych, chciałam Ci powiedzieć, że po prostu nie wierzę, że wyjazd do Nowego Jorku może być tak fatalny. Bo nie jest tak, że inni mają jakieś wyjątkowe szczęście, śpią w Hiltonach, są tam dłużej, mają własny nadajnik wi-fi i nie muszą przyjmować pokarmów dzięki czemu nie srają, tylko nie są nastawieni źle. To wystarczy. Teraz proszę o opis co Wam się spodobało.
ReplyDeleteCo się koleżanka turbuje? Wszak nie powiedziałem, coby było źle, a tylko opowiadam o naszych przygodach, co do których zwykle bywa tak, że ciekawsze są te jak coś się dzieje nie tak jak się człowiek spodziewa. A że byliśmy krótko bo niedziela siłą rzeczy była na spotkanie rodzinne to i mało czasu mieliśmy na zwiedzanie po zapłaceniu tzw. frycowego. Ogólnie byliśmy wszak zadowoleni - czajnatałn było wporzo, a nudle które tam zjedliśmy były dobre i tanie. Central Park był śliczny o czym napisałem, tyle że szkoda że byliśmy tam krótko. Hotel też był w miarę w porządku a numer z plamką, być może krwi, jest anegdotyczny w związku z moimi wcześniejszymi poszukiwaniami hoteli i znalezionymi tam hordami negatywnych opinii. A że jestem źle nastawiony do USA jako takiego to już inna historia.
ReplyDeleteA sie turbuje, bo opis nie brzmiał na wydobywanie absurdów z całkiem śmiesznej wycieczki, tylko na udowadnianie, że wycieczka miała być zła i taka też była. Ale najwyraźniej nadinterpretowałam. Sorks.
ReplyDeleteOd dziś proszę o opis "Caution! Feeling may be bitter".
a dlaczego jestes zle nastawiony do usa jako takiego?
ReplyDeleteBo graniczy z Kanadą.
ReplyDelete