Sunday, November 20, 2011

O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu...

Zamiast pisać o sprawach zaległych, jak miałem w zamiarze napiszę o sprawach ostatnich przez co te zaległe będą jeszcze bardziej zaległe. Mają za swoje.  A zatem, moje ostatnie milczenie było po części spowodowane natłokiem obowiązków służbowych a to przygotowywaniem wystąpień na zebrania tzw. kolaboracji (czyli eksperymentów). W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałem trzy takowe wystąpienia a w ciągu pół roku miałem cztery wystąpienia na zebraniach trzech różnych eksperymentów. Dla porównania przez siedem lat pracy z Włochami miałem takich wystąpień okrągłe zero. Krótko mówiąc, hamerykanie lubią zebrania. W związku z tym, ostatnie tygodnie spędziłem nadganiając z robotą, coby zdążyć te wystąpienia wygłosić, ale atrakcją dwóch ostatnich było to, że zebranie odbywało się w Jalu, więc miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć swoje miejsce pracy.

Miasteczko Niu Hejwen jest jak się okazuje o wiele większe niż to sobie wyobrażałem i jest pełnoprawnym miastem a nie zapadłą wiochą jak Princeton, w związku z czym decyzja pracowania w Szikago okazała się być może nie do końca przemyślaną. Nie jest też strefą wojny, jaki to obraz miasteczka miałem z listów Ronnella Higginsa, szefa policji Jala. Czif Higgins wysyła mi (i jak sądzę całej społeczności Jala) średnio ze dwa emaile tygodniowo, w których opisuje jak to dwa kwartały od uniwersytetu odbył się napad z bronią w ręku lub bez niej, podczas którego poturbowanym został a to student a to doktorant, i apeluje w tychże mailach aby nie zapuszczać się samotnie na ulice Niu Hejwen po zapadnięciu zmroku. Jako, że był to mój jedyny obraz miasta, to udawałem się tam z duszą na ramieniu. Okazało się jednak, że Nju Hejwen jest ślicznym wiktoriańskim nowoangielskim miasteczkiem. Przynajmniej na ulicy na której był nasz bed and breakfast, stylizowany ni stąd ni zowąd na włoski. Dwie ulice dalej jednakże podobno zaczyna się dzielnica afroamerykańska i wedle słów moje włoskiego ex-szefa, chodzić tam nie trzeba. Z drugiej strony jest dzielnica portorykańska i wskazówki dla mieszkańców są podobne, z czego wynika, że Uniwersytet jest w zasadzie enklawą,  w której chowają się studenci i naukowcy a kiedy próbują wychynąć poza jej granice dostają po nosie przysparzając tym samym pracy i zgryzot Czifowi Higginsowi.

Uniwersytet jak uniwersytet, wiktoriański i piękny, oprócz oczywiście instytutu fizyki, który wygląda troche jak IF w Krakowie, ale jest w o wiele gorszym stanie, co się objawia tym, że przez mniej więcej 3-4 godzin dziennie pracownicy mają okazję wsłuchiwać się w melodyjny dźwięk wiertarek udarowych, którymi niezmiernie przyjaźni robotnicy wwiercają się w jestestwo budynku aby przymocować doń stalowe żerdzi i tym samym zabobiec jego degradacji i upadkowi w nicość. Przy tej historii, fakt, że w pokoju w którym mnie tymczasowo posadzono stało wiadro, które wyłapywało wyciek z rury na suficie, wydaje się dośc mało znaczącym szczegółem. Ma za to Niu Hejwen sporo szarmu, który bierze się z bycia miastem studenckim - małe i tanie jadłodajnie, kawiarnie i kafejki. Hitem okazał się placyk na którym można nabyć jedzenia z różnych stron świata w budach na kółkach za całkiem tani pieniądz z czego skorzystaliśmy w pierwszy dzień pobytu i co było dobre. Tegoż samego wieczoru udaliśmy się na tzw. obiad konferencyjny, na którym dostaliśmy rykoszetem zjawiskiem tzw. pijanego profesora, które zdarza się na takich imprezach. Polega ono na tym, że rzeczony profesor, być może w związku z pomrocznością jasną być może tak po prostu, nieświadom faktu, że nie wszyscy zarabiają tak jak on zamawia przystawki i wino w ilościach hurtowych co kończy się kosmicznym rachunkiem, za który rzeczony profesor nie do konca raczy lub jest w stanie odpowiedzieć. W naszym przypadku zabawa wzięła się z wina, którego nie piliśmy oboje oraz owczych czopsów, których nie jadła najlepsza z żon, a rachunek wyniósł nas o 20$ więcej na osobę, niż kiedykolwiek zapłaciliśmy za parę. To oczywiście po uwzględnieniu tego, że profesor łaskawie zapłacił 10$ więcej niż inni. Go him.

W ramach tzw damydż kontrol, dzień później posiłki skladały się z zamówionej pizzy i sushi i zostały pokryte z grantu Jala. Oczywiście zebranie dnia drugiego zamiast trwać krócej skończyło się dość późno więc nie miałem zbyt wiele okazji po nim połazić, ale natrafiliśmy na resztki tzw. Niu Ingland Fall, więc to co zobaczyłem było zaiste przyjazne oku. Trochę więcej łaziła po Niu Hejwen Najlepsza z żon i kilka zdjęć uczynionych przez nią zamieszczam poniżej. W sobotę udalim się za to do Niu Jorka, o czym bedzie następny post.




Złota nowoangielska jesień.

Zrobiliśmy koncert z okazji Occupy Wall Street i nikt nie przyszedł.




10 comments:

  1. a zdjecia z czesci portorykanskiej?

    ReplyDelete
  2. To drugie zdjęcie jest z Krakowa.

    ReplyDelete
  3. Drugie od dołu to park jordana. Andrju, łapię, że niby stany i super, ale cut the shit i chodź się napić.

    ReplyDelete
  4. owcze czopsy? coś takiego ostatnio widziałam w okolicach Błoń i Parku Jordana. Zdaje się, że były za darmo.

    ReplyDelete
  5. Comber jest to lędźwiowa część półtuszy, odcięta od przodu pomiędzy ostatnim i przedostatnim kręgiem piersiowym i przyległymi żebrami; od tyłu - po linii odcięcia udźca, tj. pomiędzy ostatnim i przedostatnim kręgiem lędźwiowym i dalej ukośnie wzdłuż mięśni brzucha: od dołu - po linii odcięcia mostka, a od góry po linii podziału tuszy.
    Comber zawiera przepołowione: ostatni kręg piersiowy i pięć kręgów lędźwiowych oraz górny odcinek ostatniego żebra.
    Comber nadaje się na pieczeń naturalną lub duszoną, pieczeń na dziko, kotlety z rusztu lub saute, szaszłyki, czopsy i steki.

    ReplyDelete
  6. Kiedy wycieczka do pozostałych miejsc zaczynających się na Nju?

    ReplyDelete
  7. Jak się ogarnę, bo byłem na wycieczce do miejsc zaczynających się na Łosz, gdzie - jak wiadomo - nie ma internetu.
    Matthju - siedze w kulturze od dwóch tygodni i czekam aż przyjdziesz. Nudzi mi się.

    ReplyDelete
  8. W Łoszingtonie nie ma internetu?

    ReplyDelete