Saturday, August 27, 2011

O Faunie.

Chodzi o to, że będzie o zwięrzetach a nie rzymskim stworzeniu mitologicznym. Ale jedno stworzenie prawie mitologiczne będzie. Co do stworzeń to było już o szakalach, bizonach i gęsiach. Dzisiaj będzie o faunie natywnej okolicom Ołk Parku. Ołk Park, mimo, że sie tytułuje wioską, jest jak najbardziej miastem albo conajmniej miasteczkiem choćby z punktu widzenia zabudowy czy ruchu na ulicach. Mimo to, mieszka w nim całkiem sporo zwierzyny różnej, którą wiele osób mogłoby uznać za dziką. Czy dziką jest naprawdę - nie wiadomo.

Najliczniejszą grupę stworzeń obserwowanych na codzień stanowią wiewióry. Wiewiórów jest lots. Siedzą pod prawie każdym drzewem i bacznie sie przyglądają przechodniom. Moja nabyta tutaj paranoja podsuwa mi pomysły spiskowe o wykorzystaniu wiewiórów jako narzędzia inwigilacji przez jakiś urząd. Zaraz po wiewiórach są zające, które mieszkają niewiadomo gdzie, ale spotkać je można praktycznie codziennie skaczące po trawnikach przed domkami jednorodzinnymi. Głównie można obserwować ich ogony, bo nie są zbyt towarzyskie.

Innym częstym towarzyszem naszych spacerów są jakieś cykadopodbne bydlęta, które okupują większość drzew. Pisze bydlęta, bo dźwięk który wydają nie ma nic wspólnego z przyjemnym wieczornym szumieniem świerszczy. Jest raczej czymś pomiędzy krzykiem zarzynanego ptaka, zepsutym alarmem i brzęczacymi drutami wysokiego napięcia. Zajęło nam troche czasu przyjęcie do wiadomości, że to coś żywego, a potem dowiedzenie się, że to jakieś insekty. Innym dziwnym dźwiękiem dochodzącym z drzew jest stukanie. Najlepsza z żon twierdzi, że to też insekty. Według mnie to dzięcioły, ale nie mam dowodów, więc póki co sprawa jest nierozstrzygnięta. Najfajniejsze insekty jednak obecne w Ołk Parku to zdecydowanie świetliki. Nigdy nie przyglądałem sie europejskim okazom, ale te tutaj są dość spore. I jest ich sporo. Jest taki park, który w zasadzie jest dużą łąką w centrum miasta, gdzie jest ich szczególnie dużo. Świetliki aktywizują się najczęściej koło zachodu słońca. W okresie kiedy było ich najwięcej - gdzieś tak w połowie lipca - łąka była upstrzona ich pojawiającymi i znikającymi się światełkami bardziej niż niebo perseidami (które są w sierpniu, więc wszystko się zgadza).

Ogólnie zaskakujące jest to, że, w zasadzie dzikie, zwierzęta mieszkają w strefie zabudowanej. Najwyraźniej rozprzestrzeniają się z forest reserwów. Nazwa sugeruje rezerwat albo chociaż jakiś park stanowy - nic z tych rzeczy. Jest to niewykarczowany fragment lasu wzdłuż rzeki. Spróbowaliśmy odwiedzić to wspaniałe miejsce licząc na rezerwat właśnie. Natknęliśmy się za to na parking, na którym wedle papierowych ogłoszeń odbywała się jakaś ekstrawaganza, która dostarczała jakże zwykle brakującej w lasach głośnej muzyki na pograniczu hip-hopu i R&B. Wedle relacji przechodniów w tym lesie znajdowały się podobno jelenie, co jest zaskakujące już biorąc pod uwagę to, że rzeczony las ma z kilometr szerokości i z obu stron jest ograniczony ruchliwymi ulicami a co dopiero z okazji ekstrawaganzy. Nasza wyprawa w głąb tegoż lasu zakończyła się jednak szybką rejteradą z powodu zetknięcia się z kolejnymi krwiożerczymi bestiami. Pierwszy raz zdarzyło mi się zabić trzy komary jednym uderzeniem. Wyglądało to gorzej niż ewakuacja Sajgonu i wytrzymaliśmy gdzieś z 15 minut.

Ostatnie egzemplarze fauny, które napotkaliśmy ostatnio to mitologiczny rakun i szop pracz.  O rakunie opowiadała najlepszej z żon jej rodzina, kiedy była w Stanach dawno temu. Rakun wedle tych opowieści był stworem większym od szczura, ale dość podobnym tyle że brązowym i mającym jeszcze inne wredne cechy i ogólnie potwornie obleśnym. Jak każe filmowe następstwo wydarzeń, mitycznego rakuna zobaczyliśmy mniej więcej trzy minuty po tym, jak najlepsza z żon skończyła mi o nim opowiadać. Faktycznie, wygląda jak duży brązowy szczur, ale nie zachowywał się szczególnie wrednie, tylko oddalił się pomiędzy domostwa. Dla porządku, jakieś 500 m dalej zobaczyliśmy szopa pracza, który patrzył na nas z mina wyrażającą zakłopotanie połączone z niemą prośbą, żebyśmy sobie już poszli. Co też uczyniliśmy. Późniejsze indagacje sugerują, że rakun to jednak opos, których tu też niby ma być w cholere.

Najlepsza z żon, prowadziła również badania fauny pod labem i okazuje się, że tam są i jelenie i czaple. Czaple są nawet całkiem z bliska.


 

Sunday, August 14, 2011

Krótka dygresja o jezykach i mniejszosciach.

Siedzi mi ten temat w głowie od jakiegoś czasu, ale zawsze jest coś innego albo wygrywa lenistwo. Chodzi o język urzędowy w tym kraju. Jest to język angielski, jak można się domyślać. W języku tym można się dogadać w większości miejsc w okolicy, ale często ma się wrażenie, że komunikacja jest być może niepełna. Są też miejsca, w którym po angielsku dogadać się jest jednak trudno. Mam też wrażenie, że tak naprawdę efektywnych języków urzędowych jest dwa i angielski wcale nie jest tym ważniejszym.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, pojawia się przy próbie dodzwonienia się do jakiejkolwiek firmy/urzędu. Praktycznie wszystkie mają nagraną informację, że jeśli chciałoby się porozmawiać po hiszpańsku należy nacisnąc którąś z cyfr. Nie jest dla mnie jasne, czy operator z którym ewentualnie możnaby się połaczyć również mówiłby po hiszpańsku, ale spodziewam się, że tak. Inna sprawa, że dotarcie do żywego operatora przy jakiejkolwiek rozmowie jest wyczynem nie lada. Zaskakujące jest to, że informacja ta często pojawia się przed jakąkolwiek inną. Inne atrakcje to np. reklamy wyłącznie po hiszpańsku czy to na autobusach, czy to w kinie przed filmem z Dżastinem Timberlejkiem.

Oczywiście wzgląd na populację latynoamerykańską objawia się też w kontaktach na żywo, w szczególności w riteilu. W K-Marcie na przykład opisy półek są dwujęzyczne. Sporo sklepików i restauracji ma wywieszone informacje, że tu się habla Espaniol. W wielu miejscach patrząc na obsługę nie ma się co do tego faktu wątpliwości. Wydaje się, że raczej powinny być tabliczki "we speak english here", ale może specjalnie tego nie robią, bo w niektórych fastfudach faktycznie różnie z tym bywa. W labie prawie cała obsługa stołówki porozumiewa sie po hiszpańsku ze sobą oraz z klientami, którzy mówią w tym języku. Prawie wszyscy, bo jest jedna pani, która ewidentnie nie mówi i wygląda jakby się czuła nie na miejscu. Wygląda na dość zaskoczoną tym faktem.

Nasi rodacy również nie pozostają w tyle jeśli chodzi o zawłaszczenie przestrzeni językowej. W polskich sklepach angielski jest w zasadzie faux-pas. Podejrzewam, że część obsługi się nim posługuje, ale tylko przyparta do muru. Zatwardziałość w rodzimej mowie jest tak wielka, że spowodowała, że jeden z Japończyków z labu, który ma nieszczęście mieszkać w tzw. Ukrainian Village, był zmuszony nauczyć się kilkunastu zdań po polsku, bo inaczej nie szło kupić jedzenia. Inny człowiek, który mieszka obok polskiego sklepu, opowiada, że aby wiedzieć kiedy jest wywoływany jego numerek musi działać w parze z żoną, która patrzy na wyświetlacz za rogiem a następnie daje mu znać, że jego kolej. Numerki są oczywiście wyczytywane po polsku. Nie wspominam nawet o metkach i tym podobnych.

Niestety, w telefonach oficjalnych, nie ma opcji informacji po polsku. Ale wiele reklam w TV, szczególnie prawników, obiecuje że mówią  w języku piastowym. Nasz ubezpieczyciel medyczny również pozwala nam sortować lekarzy pod względem ich umiejętności językowych - chcesz iść do lekarza, który mówi w swahili - proszę bardzo (diskleimer: nie sprawdziłem, czy faktycznie są jacyś w okolicy). Prawo jazdy również można zdawać w językach, w tym polskim. Podobno jest jednak tłumaczone przez coś na poziomie gugle translatora, czyli dostarcza wiele dobrej zabawy, ale niekoniecznie nadaje się do zdawania. "Nihil oder alle zeit der wypustki", że zacytuję klasyka.

Podobno są też sklepy chińsko-koreańskie gdzie gaijini nie są szczególnie mile widziani, ale tam jeszcze nie dotarliśmy. Tak jak i do czajnatałn i griktałn. Byliśmy za to w pilsen, ale nie było tam już Czechów - a szkoda.

Sunday, August 7, 2011

O rozrywkach gawiedzi słów kilka, czyli demolyszyn derbi.

Jesteśmy tu już od jakiegoś czasu, więc nadszedł czas zaznania życia jakim zaznają go tubylcy. No dobra, usłyszałem w radiu, że w okolicy labu ma być demoliszyn derbi i stwierdziłem, że ciekawość antropologa amatora jest zbyt wielka aby przegapić owe zjawisko. Moje dotychczasowe wyobrażenia i wiadomości o tym zdarzeniu sprowadzały się do dużej ilości aut, które się zderzają z jakiegoś powodu do skutku. Jadąc na miejsce miałem pewne obawy, jako że było to szumnie nazywane Internaszynal, więc istniało ryzyko, że może jest to ukartowane i nieautentyczne niczym wrestling amerykański. Na szczeście nie było ani ukartowane (chyba) ani internaszynal (w zasadzie). Było kompletnie niezrozumiałym dla europejczyka wydarzeniem (sportowo-amatorskim ?) podlane sosem nieudolności małego odpustu. Czyli coś co lubimy najbardziej.

Pierwszym hitem wydarzenia, był fakt, że odbywał się w ramach County Fair hrabstwa co się nazywa DuPage. Kto nazywa hrabstwo dupage ja się pytam? To jest proszenie się o kloaczne żarty. Ale nic to. Znaleźliśmy odpust, odstaliśmy swoje w kolejce mimo nerwów, że jesteśmy lekko spóźnieni, zakupiliśmy bilety, weszliśmy na, dowiedzieliśmy się, że dodatkowe bilety na derbi kupuje się w tej samej kasie w której właśnie kupiliśmy te pierwsze, zakupiliśmy i te bilety, i dopiero wleźliśmy na trybuny. Pogoda dopisała - czytaj 400 stopni w słońcu - czyli tam gdzie były trybuny. Nasze zaniepokojenie spóźnieniem było jak się okazało niesłuszne, albowiem kiedy już zasiedliśmy na miejscach nic się jeszcze nie działo. Niedzianie to kontynuowało się przez następnych 15 minut, aż nawet w zasadzie dość cierpliwa amerykańska publiczność zaczęła wyrażać swoją dezaprobatę dla zaistniałej sytuacji. Sprawę próbował ratować spiker, który zagajając publiczność co tam u niej, ale publiczność nie była specjalnie rozmowna domagając się trzasku metalu i wyciekającego oleju.

Całe wydarzenie, rozpoczęło się jak chyba wszystkie wydarzenia - użyję słowa sportowe, ale bez przekonania - hymnem. To co było ślicznym akcentem było właśnie małomiasteczkowe wykonanie tegoż przez pana, który zupełnie nie radził sobie z wyjściami na wyższe tony, tracił oddech i chyba raz zapomniał słów. Tym niemniej wszyscy stali podczas i nagrodzili oklaskami po. Osoby liczące na szybkie rozpoczęcie derbi, mogły nadal być zawiedzione, ponieważ zamiast głównego wydarzenia pojawił się monster truck o nazwie Outback Thunda, który jeździł dookoła areny przedłużając scenę do maksimum. Wywiad z kierowcą, konkurs dla publiczności kto się będzie darł najgłośniej, przebiegnięcie przez kierowcę i zwycięskiego dzieciaka całego boiska dwa razy aby mógł się przedstawić oraz przejażdżke tegoż dzieciaka Outback Thunda'em dookoła areny później monster trak przeskoczył nad czterema mocno już zmaltretowanymi autami i zjechał. Ku uldze publiczności chyba.

Wejście straż pożarna i karetki. Wjazd samochody oraz ich wspaniali kierowcy, którzy, przynajmniej wedle spikera, pochodzą z okolicy i jak rozumiem prywatnie startują o tytuł najbardziej niezniszczonego auta. Do każdej rundy wchodziło 6-7 zawodników - 3 mogło przejść dalej. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami było miejsce na sporo zderzeń, urwanych kół  - w zasadzie to była jedyna widoczna usterka, która mogła uziemić auto - wyrzuconego w powietrze błota oraz och i achów zachwyconej publiczności. Całkiem nieźle radziły sobie panie. Większość chyba przeszła dalej. W każdym razie odbyły się trzy hity z których dalej przeszło 9 aut. Miał się odbyć hit pocieszenia, ale nie udało się zebrać więcej niż trzech zawodników. Po półtorej godziny siedzenia w palącym słońcu atrakcja się zakończyła i publiczność została zaproszona do przybycia na siódmą na wielki finał. Problem polegał na tym, że żeby wejść na finał trzeba było kupić nowy bilet. Drugi większy problem polegał na tym, żeby doczekać do siódmej w tym gorącu i na County Fair. Co prawda oferował atrakcje typu głaskanie kóz, zdjęcie na wielbłądzie i the Great American Duck Race, ale jednak nie były to wystarczająco intensywne albo długotrwałe rozrywki aby doczekać.

Aby odpokutować przynajmniej częściowo nadmiar amerykańskości, popołudnie zakończyliśmy jedząć w arabskim fastfudzie co się nazywa Naf Naf grill. Polecam.