Wednesday, December 21, 2011

Winter is Coming...

Kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy do tego kraju znajomi Włosi - bo jak się okazało znaliśmy głównie Włochów (przynajmniej od strony pracy) - zaczęli natychmiast snuć apokaliptyczne wizje dotyczące Zimy. Jako, że był to miesiąc Maj, dało nam to trochę do myślenia. W większości późniejszych rozmów z rzeczonymi Włochami temat zimy pojawiał się dość często,  najczęściej jako fatalistyczne stwierdzenie związane z tym, że może i teraz jest znośna pogoda ale potem nadejdzie Zima i się skończy. Ton i częstość powtórzeń spowodowała, że poczułem się trochę jak w jednej z książek Martina, Dżordża RR, które to znane są z tego, że wszyscy bohaterowie zapewniają o rychłym nadejściu zimy właśnie. Wynikiem tychże rozmów, spodziewaliśmy się śnieżnego piekła mniej więcej od późnego sierpnia. Pod tym względem sierpień nas rozczarował (ale nie żebyśmy narzekali). Również wrzesień nie sprostał oczekiwaniom rychłego mrozu serwując zamiast tego najmilszą pogodę jakiej dotyczhczas doświadczyliśmy w tym miejscu - ciepłą, słoneczną, niezbyt duszną itp. Nadejście października przypomniało nam jednak o wieszczących zimową zagładę rozmowach - żółknące i opadające liście oraz coraz częściej pojawiające się chłodne dni zdawały się sugerować, że zima jednak nadejdzie.

Na wszelki wypadek, spodziewając się mrozów porównywalnych ze Szpicbergenem, zakupiliśmy sobie po nowej kurtce oraz ciepłych skarpetkach. Tak minął październik i nadszedł listopad, kiedy to większość liści już opadła (oprócz Niu Hejwen, gdzie wtedy jeszcze nie), coraz częściej poranny chłód szczypał w policzki, ale nadal nie było to mróz nad mrozy ani nawet w malutkim stopniu apokaliptyczna zima. Na jednym ze spacerów do Ołk Parkskich parków (tym razem Kolumba) natknęliśmy się na zebranie kaczek i gęsi, które wydawały się zbierać do odlotu do cieplejszych krajów, albo chociaż Luizjany.




Po krótkim namyśle gęsi zebrały się i odleciały nie na południe a raczej w stronę zachodzącego słońca (znaczy się może Kalifornii), co dało okazję do kiczowatego zdjęcia, które poniżej,  oraz refleksji, że skoro gęsi się zbierają i lecą, to teraz już zima nadejdzie niechybnie.



Otóż, póki co, okazuje się, że jednak chybnie. Powyższe gęsi odleciały w połowie listopada mniej więcej (nawiasem mówiąc okazało się, że odleciały na pobliskie pole golfowe) a zimy dalej ni ma. Fakt, spadło w nocy trochę śniegu. A śnieg jest niebezpieczny albowiem kiedy jest śnieg, to miasto Ołk Park, może zarządzić alarm śnieżny, w którym to przypadku nie można juz parkować praktycznie nigdzie, a w niektórych miejscach tylko w dni parzyste. Nadal nie udało mi się zrozumieć co ludzie zwykle parkujący na ulicy mają uczynić ze swoimi powozami w godzinach od 8 do 22giej - ja mam zamiar parkować u znajomego Włocha, co oznacza 15 minutowy spacer do auta - ale cóż robić? W każdym razie śnieg spadł ze dwa razy. Utrzymał się, ze dwie - trzy godziny. Raz nawet było mroźnie. Tak na oko z -6 stopni, kiedy to udaliśmy się na spacer do Dżekson Park, gdzie dawno temu była wystawa światowa. Gęsi pozostały niewzruszone na takie dictum, najwyżej gęgając swoją dezaprobatę:
 Mróz wytrzymał mniej więcej jeden dzień. Poza tym w miare ciepło, i tylko pokrywa chmur, która czasami wisi nad światem nie pozwala stwierdzić, która jest pora dnia. Tzn. noc można w miare łatwo rozpoznać, ale poza tym - ciężkość.

Skoro już o Dżekson Park mowa, to pozwolę sobie na małą dygresję, jako że dotyczy ona przypadku nieokiełznanego ludzkiego geniuszu. Otóż park, został cały zaprojektowany na wystawę światową, przez jednego z pierwszych landskejp artists, jak ich się tu nazywa, który wedle ksiązki, którą czytała najlepsza z żon, był strasznie pedantyczny i projektował cały park tak aby widoki się komponowały, np. coby z mostku w ogródku japońskim był niezakłócony widok przez wodę na pawilon, w którym obecnie mieści się muzeum techniki. I wszystko było świetnie, dopóki któs nie wpadł na genialny pomysł wybudowania wieżowca, za rzeczonym pawilonem. Landskejp Artistę, pewnie by trafił szlag.




A wracając do zimy, to zaczynam się zastanawiać, czy wierzenie akurat Włochom na temat tego jak ciężka jest zima, skoro oni czasami miewają takie dwa tygodnie w roku, że temperatura spada poniżej zera, w nocy, było bardzo mądre. Ale pewnie w tej chwili zapeszam. W każdym razie póki co, mamy notorycznie otwarte okna, bo kaloryfery grzeją do temperatury zbliżonej do sauny fińskiej, a położone na nich buty się czasami topią. W zasadzie, musieliśmy zrewidować naszą opinię o ludziach, którzy nie ściągneli klimatyzacji na zimę. Przy tym grzaniu może się zdecydowanie przydać. A zima? Nadchodzi.

Tuesday, December 6, 2011

O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu... Częśc druga

Niu Jork, Niu Jork jak śpiwał Franciszek Sinatra. Ale zanim się tam człowiek uda, to wyprawę musi zaplanować. W naszym przypadku planowanie sprowadziło się do znalezienia hotelu. Jako, że już na pierwszy rzut oka okazało się, że drogo jak cholera - postanowilim udać się do Niu Jorka dopiero w sobotę i zwinąć w niedzielę coby zminimalizować liczbę nocy w rzeczonym hotelu. Mimo to znalezienie noclegu o racjonalnej cenie, który nie miałby 90% opisów o tym, że jest pełen pluskiew a pościel zaplamiona krwią proste nie było. Udało się znaleźć sieciówkę w Kłins, które  - jeśli czegoś mnie nauczyły filmy z Edim Merfim - jest siedliskiem przyszłych afrykańskich królowych. Hotel miał być w miarę prosto dostępny, więc udaliśmy się do Niu Jorka z Niu Hejwen z pewną dezynwolturą - czytaj nienajwcześniej - co również było spowodowane tym, że dzień wcześniej udaliśmy się na piwo z koleżanką z pracy, która odradzała nam mieszkanie w Niu Hejwen. Cytuję: "Kiedy chcemy się poczuć jak ludzie wsiadamy do pociągu i jedziemy do Niu Jorku".

Na pociąg do Niu Jorka zdążyliśmy w ostatniej chwili po czym bez większych przygód dostaliśmy się na Manhattan. A dokładniej na grand central station, którą dobrze znaliśmy z ostatniego filmu z Dżastinem i Milą, także od razu poczuliśmy się jak w domu. Jako że nie było jeszcze zbyt późno stwierdzilim, coby udać się do hotelu i nie chodzić z betami. I tu się zaczęły schody. System NiuJorskiego metra jest chyba najbardziej skomplikowanym z jakim sie dotychczas zetknąłem (aczkolwiek później się okazało, że bilety w Łoszyngtonie są skomplikowane bardziej), w sensie nie od razu jest jasne co jedzie gdzie i gdzie się zatrzymuje. To w zasadzie nie byłby nawet taki problem gdyby nie to, że proste połączenie, gdzie wsiadamy w linię nr 7 i jedziemy 4 stacje nie działa, z powodu, że linia numer 7 akurat nie jeździ przez najbliższe trzy tygodnie przez grand central. Proponuje się więc objazd innymi liniami np. R i Q, co oznacza, że trzeba jechać po jednym przystanku trzema różnymi liniami. Dodatkowe wyzwanie polegało na tym, że powrót do miasta nie był tak prosty jak po prostu przejechanie tych samych trzech przesiadek z powrotem. O nie. Otóż linia 7 jadąc w stronę miasta zamiast zatrzymywać się co przystanek zatrzymywała się co pięć. Jako że byliśmy na drugim to jakby na to nie patrzeć się nie kalkulowało. Rozwiązanie sugerowane przez NY Metro to pojechać w od miasta 4 przystanki a następnie wsiąśc w kolejkę jadącą do miasta i przejechać jeden długi. Tego typu atrakcje towarzyszyły nam przez cały nasz krótki pobyt w tzw. Wielkim Jabłku.

 Nic to, dotarlim do hotelu, gdzie najlepsza z żon znalazła niedopraną plamę z krwi na pościeli, ale niedużą, więc i tak w miarę wporzo. Hotel jak hotel, łajerless nie działał wcale - pierwszego dnia twierdzili, że już dzwonili do tech-supportu i mają naprawić, następnego dnia twierdzili, że tak ma być, tzn. że adres AjPi się dostaje po 20 minutach. Główną atrakcją hotelu był jednak prysznic, w którym nijak nie dało się wydedukować jak przełączyć pływ wody z kranu na prysznic. Problem, jak się okazało, był na recepcji znany, jako że kiedy zszedłem zapytać o ten problem, pani bez chwili wahania zademonstrowała mi to na modelu kranu, który posiadała pod ręką w szufladzie.

Anyłej, jeszcze w sobotę postanowiliśmy się udać na zwiedzanie i jakoś tak stwierdziliśmy, że może od południowego Manhattanu, bo Czajnatałn, little Italy, prom na Stejten Ajland (darmowy) i nie wiem jeszcze co. Wysiedlim na Bruklinie, co się nazywa zupełnie tak samo jak jedno z dzieci państwa Beckham i wybraliśmy się na przechodzenie przez most. Brukliński. Oczywiście, nie muszę mówić, że most w remoncie ale przejść się da, a że pora właściwa to i trochę kiczowatych fot się udało pstryknąć:
Statuja zachodzącego słońca
Przebiliśmy się w końcu przez tłumy robiących sobie zdjęcia turystów cisnących się pomiędzy dyktami odgradzającymi obszary "Men-at-łork" i dotarliśmy do pępka świata, czy to kulturalnego (Brodłej), czy to finansowego (Łol strit) czy też protestującego (Okiupaj Łol strit) czyli Manhattanu. Oczywiście schodząc z rzeczonego mostu nie trafia się na żadne z tych centrów a tylko na grupę afroamerykanów tańczących brejkdens. Błądząc trochę po okolicy natknęliśmy się na czajnatałn, które miejscami spokojnie mogłby uchodzić za prawdziwe chińskie miasto, natomiast Little Italy sprowadza się do kilku restauracji nieśmiało lokujących się pomiędzy hordą nowopowstałych sklepów, punktów usługowych i restauracji chińskich. Z jednej strony znak czasów z drugiej strony porównanie cen i jakości pomiędzy losowo wybranymi przez nas restauracjami chińską i włoską wypadła zdecydowanie na korzyść tej pierwszej. Nawet makaron był zdecydowanie lepszy. Za to w okolicy natknęliśmy się na melanż i eklektyzm, który dla mnie reprezentuje troche Niu Jork:



Klucząc po Manhattanie udało nam się zobaczyć i Łol strit i Okiupaj Łol strit. Okiupaj Łol strit wygląda tak:
 To co było imponujące w tej całej imprezie to to, że mieli tam punkt pierwszej pomocy, bibliotekę, panów pedałujących w celu zapewnienia energii elektrycznej oraz starsze panie robiące na drutach, bez których nie może się odbyć żaden nowoczesny protest - patrz, np., Polska. Oczywiście w związku z tym, że my się tam pojawiliśmy, a jak wiadomo przynosimy pecha, obóz Okiupajów został rozgoniony jakieś dwa dni później.

Atrakcją wieczora miał być sławny najtlajf Niu Jorku. Wspaniałe knajpy, hipsterzy, etc... Udaliśmy się zatem w stronę Greenwich Village, gdzie miało być zagłębie knajp. Znaleźliśmy najpierw jedną ulicę, co wg przewodnika jest centrum studenckiego życia. Ulica, faktycznie żywa, ale albo nowojorscy studenci stołują się w dość ekskluzywnych restauracjach albo przewodnik miał nieaktualne dane. W dodatku, rzeczoni studenci najwyraźniej nie spożywają piwa, bo żadne z tych miejsc nie wyglądało na bar oprócz jednej speluny w suterenie, która może i byłaby obiecująca, gdyby nie to, że w środku był w zasadzie tylko stół bilardowy. Skontaktowalim się zatem z wspomnianą wcześniej koleżanką pytając - gdzieżby? - zasugerowała ulicę Greenwich właściwą. Bo dłuższym kluczeniu dotarliśmy tamże i okazała się ona kompletnie opuszczoną i bez choćby pół neonu sugerującego piwo w polu widzenia. Idąc, natknęliśmy się na dwie prawie knajpy, ale sądząc że udajemy się do knajpianego zagłębia zignorowaliśmy je lekką ręką. Niesłusznie, jak się okazało. Klucząc z powrotem udało nam się je jednak odnaleźć, ponieważ okazało się, że były to jedyne dwa miejsca, które wygladały jakby można się w nich napić piwa. Nie muszę mówić, że podczas całych tych naszych peregrynacji mijały nas hordy ludzi epatujących swoim upiciem i zataczaniem się jakby chciały nas dodatkowo zdołować. Gdzie się raczyli byli doprowadzić do tego stanu - nie wiadomo. Dotarliśmy w końcu do dwóch knajp i w pierwszej oczywiście nie było miejsca. Druga za to miała wystrój w stylu amerykańskiego horroru dla nastolatków. Miejsca były, ale kiedy usiedliśmy zrozumieliśmy dlaczego. Akurat przy naszych stołach umieszczone były głośniki które waliły na pełnej mocy dźwiękami pochodzącymi z utworów od w miare znośnych aż do rzeczy, przy których David Guetta to liryczny szansonista. Fakt ataku ścianą dźwięku powodował u nas pewien dyskomfort, dlatego kiedy tylko zwolnił się inny stół spróbowaliśmy się tam przesiąść. Okazało się jednak, że tamten stół był jeszcze bliżej innego głośnika, zaś kiedy próbowaliśmy wrócić do poprzedniego okazało się, że jest już zajęty przez jakąś azjatkę i niewidomego gościa, który próbował nawigować swojego Ajfona za pomocą głosu. Wylądowaliśmy zatem jeszcze bliżej głośnika niż wcześniej. Chwilę później poczułem starość, kiedy zapytałem kelnerki, czy nie można by może ściszyć tej muzyki choć trochę (azjatka i niewidomy udzielili gorącego poparcia). Nie można. Postaliśmy jeszcze chwilę z naszymi nieszczęsnymi piwami i udaliśmy się na spoczynek (z trzema przesiadkami).

Następnego dnia spotykaliśmy się z rodziną, więc udało nam się tylko wcześniej przespacerować po Central Parku, który jest zaprawdę imponujący i szkoda, że tam nie byliśmy dłużej. Dla mnie w każdym razie, główny zysk z całej wycieczki był taki, żę czytając książke Gibsona zacząłem identyfikować ulice po których chodzą bohaterowie.








Sunday, November 20, 2011

O Wycieczkach Krajoznawczych do miejsc zaczynających się na Niu...

Zamiast pisać o sprawach zaległych, jak miałem w zamiarze napiszę o sprawach ostatnich przez co te zaległe będą jeszcze bardziej zaległe. Mają za swoje.  A zatem, moje ostatnie milczenie było po części spowodowane natłokiem obowiązków służbowych a to przygotowywaniem wystąpień na zebrania tzw. kolaboracji (czyli eksperymentów). W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałem trzy takowe wystąpienia a w ciągu pół roku miałem cztery wystąpienia na zebraniach trzech różnych eksperymentów. Dla porównania przez siedem lat pracy z Włochami miałem takich wystąpień okrągłe zero. Krótko mówiąc, hamerykanie lubią zebrania. W związku z tym, ostatnie tygodnie spędziłem nadganiając z robotą, coby zdążyć te wystąpienia wygłosić, ale atrakcją dwóch ostatnich było to, że zebranie odbywało się w Jalu, więc miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć swoje miejsce pracy.

Miasteczko Niu Hejwen jest jak się okazuje o wiele większe niż to sobie wyobrażałem i jest pełnoprawnym miastem a nie zapadłą wiochą jak Princeton, w związku z czym decyzja pracowania w Szikago okazała się być może nie do końca przemyślaną. Nie jest też strefą wojny, jaki to obraz miasteczka miałem z listów Ronnella Higginsa, szefa policji Jala. Czif Higgins wysyła mi (i jak sądzę całej społeczności Jala) średnio ze dwa emaile tygodniowo, w których opisuje jak to dwa kwartały od uniwersytetu odbył się napad z bronią w ręku lub bez niej, podczas którego poturbowanym został a to student a to doktorant, i apeluje w tychże mailach aby nie zapuszczać się samotnie na ulice Niu Hejwen po zapadnięciu zmroku. Jako, że był to mój jedyny obraz miasta, to udawałem się tam z duszą na ramieniu. Okazało się jednak, że Nju Hejwen jest ślicznym wiktoriańskim nowoangielskim miasteczkiem. Przynajmniej na ulicy na której był nasz bed and breakfast, stylizowany ni stąd ni zowąd na włoski. Dwie ulice dalej jednakże podobno zaczyna się dzielnica afroamerykańska i wedle słów moje włoskiego ex-szefa, chodzić tam nie trzeba. Z drugiej strony jest dzielnica portorykańska i wskazówki dla mieszkańców są podobne, z czego wynika, że Uniwersytet jest w zasadzie enklawą,  w której chowają się studenci i naukowcy a kiedy próbują wychynąć poza jej granice dostają po nosie przysparzając tym samym pracy i zgryzot Czifowi Higginsowi.

Uniwersytet jak uniwersytet, wiktoriański i piękny, oprócz oczywiście instytutu fizyki, który wygląda troche jak IF w Krakowie, ale jest w o wiele gorszym stanie, co się objawia tym, że przez mniej więcej 3-4 godzin dziennie pracownicy mają okazję wsłuchiwać się w melodyjny dźwięk wiertarek udarowych, którymi niezmiernie przyjaźni robotnicy wwiercają się w jestestwo budynku aby przymocować doń stalowe żerdzi i tym samym zabobiec jego degradacji i upadkowi w nicość. Przy tej historii, fakt, że w pokoju w którym mnie tymczasowo posadzono stało wiadro, które wyłapywało wyciek z rury na suficie, wydaje się dośc mało znaczącym szczegółem. Ma za to Niu Hejwen sporo szarmu, który bierze się z bycia miastem studenckim - małe i tanie jadłodajnie, kawiarnie i kafejki. Hitem okazał się placyk na którym można nabyć jedzenia z różnych stron świata w budach na kółkach za całkiem tani pieniądz z czego skorzystaliśmy w pierwszy dzień pobytu i co było dobre. Tegoż samego wieczoru udaliśmy się na tzw. obiad konferencyjny, na którym dostaliśmy rykoszetem zjawiskiem tzw. pijanego profesora, które zdarza się na takich imprezach. Polega ono na tym, że rzeczony profesor, być może w związku z pomrocznością jasną być może tak po prostu, nieświadom faktu, że nie wszyscy zarabiają tak jak on zamawia przystawki i wino w ilościach hurtowych co kończy się kosmicznym rachunkiem, za który rzeczony profesor nie do konca raczy lub jest w stanie odpowiedzieć. W naszym przypadku zabawa wzięła się z wina, którego nie piliśmy oboje oraz owczych czopsów, których nie jadła najlepsza z żon, a rachunek wyniósł nas o 20$ więcej na osobę, niż kiedykolwiek zapłaciliśmy za parę. To oczywiście po uwzględnieniu tego, że profesor łaskawie zapłacił 10$ więcej niż inni. Go him.

W ramach tzw damydż kontrol, dzień później posiłki skladały się z zamówionej pizzy i sushi i zostały pokryte z grantu Jala. Oczywiście zebranie dnia drugiego zamiast trwać krócej skończyło się dość późno więc nie miałem zbyt wiele okazji po nim połazić, ale natrafiliśmy na resztki tzw. Niu Ingland Fall, więc to co zobaczyłem było zaiste przyjazne oku. Trochę więcej łaziła po Niu Hejwen Najlepsza z żon i kilka zdjęć uczynionych przez nią zamieszczam poniżej. W sobotę udalim się za to do Niu Jorka, o czym bedzie następny post.




Złota nowoangielska jesień.

Zrobiliśmy koncert z okazji Occupy Wall Street i nikt nie przyszedł.




Sunday, October 23, 2011

Takie tam sobie.

Najpierw byłem chory, potem byłem bardziej chory. A potem się dowiedziałem, że umarł Pucursky. Jamnik nad jamniki, wielki kopacz, wyjadacz kiełbas i pasztetów ekstraordinaire.
stąd nie bardzo miałem humor do pisania czegokolwiek.

Z takich rzeczy w miare aktualnych - auto jak się okazuje jest nasze. Co prawda, wedle dokumentów zostało nam sprzedane 3 miesiące później niż faktycznie, ale przynajmniej mamy papiery w łapie. Najlepsza z żon dostała pozwolenie na pracę, teraz jeszcze musi dostać sołszyl sekjurity namber i samą pracę. W ramach zbierania referencji była ochotniczką na Chicago Film Festival, więc i ja się załapałem na dwa filmy. Parafrazując kolegę A.  - najnowszy film LeLoucha - nie bardzo warto. Ołwer n aut.




Saturday, October 1, 2011

O rozrywkach kulturalnych w mieście Szikagu i okolicach cz. 3

Po przerwie związanej z wizytą gościa pora wrócić do tematów z gościem niezwiązanych a zaległych - czyli do atrakcji jakich można zaznać w stolicy przeładunku mięsa regionu Midłest. Będzie znowu o kilku różnych, tak coby każdy z trzech czytelników znalazł coś dla siebie.

Na pierwszy ogień pójdzie czajnatałn. Mając już zaliczone greektałn i hipstertałn i Pilzen, które jak się później dowiedzieliśmy jest teraz dzielnicą meksykańską, chcieliśmy poznać kolejną etniczną enklawę. Poza tym, cytując klasyka, interesujemy się kulturą wschodu. Dodając to do tego, że chińska dzielnica jest wedle opisów największa - tam się udaliśmy. Pogoda nie dopisała, co może wyjaśniać nasz subiektywny brak zachwytu siedliskiem naszych żółtych braci. Zacznijmy od tego, że w zasadzie niewiele jest tu do zwiedzania - owszem jest ściana dziewięciu smoków, ale jakaś taka bez przekonania. Poza tym czajnatałn składa się z bramy, która jest interesująca, ale, cóż...

Jeśli chodzi o chińskość czajnatałn to w zasadzie tyle. Jest jeszcze ulica za bramą, na której jest dużo sklepów z badziewiem i parę restauracji i dziwnych miejsc, które nawołują do nieortodoksyjnych związków międzygatunkowych:
Warto jednak docenić wyrozumiałość mieszkańców dla przybyszów:
Połaziliśmy trochę po okolicy. Okazało się, że idąc z duchem czasu jest też szopping mall. Patrz - więcej restauracji, sklepów z badziewiem ale i sklepy z chińską medycyną. Zdecydowaliśmy się na restauracje nie w mallu, ale była droga i nienajlepsza. Może źle trafiliśmy. Z atrakcji w okolicy jest jeszcze pseudo-chiński park do którego można dojechać wodną taksówką i z którego jest widok na jednen z dziesiątek mostów podnoszonych w szikagu, ale ten jest dość odjechany, bo jest podnoszony jak na windzie. No i ma domek:

Po takiej sobie przygodzie z czajnatałn udało nam się spóźnić drugi wieczór z rzędu na festiwal dżezowy. Tego akurat wieczora spóźniliśmy się, bo próbowaliśmy się umówić ze Szkotem astronomem, który nam wyznaczył spotkanie koło swojego domu co okazało się absurdalnie daleko (wyprzedzając komentarze napiszę, że do Szkocji mogłoby być bliżej). Dotarliśmy w końcu na koncert pani co się nazywała Cassandra Wilson i dość sympatycznie śpiewała w parku Granta, który jest dość sympatycznym miejscem na koncerty:


Dzień wcześniej spóźniliśmy się w zasadzie, bo tak. Dziwność tego koncertu dnia poprzedniego polegała na tym, że był w Millenium Park, który jest wypasionym parkiem z atrakcjami nazwanymi na cześć firm kapitalistycznych - akurat ta o którą mi chodzi jest nazwana na część Pritzkera, który chyba firmą nie jest, i jest muszlą koncertową zwaną nie wiadomo czemu pawilonem. Haczyk polega na tym, że większość obszaru dla widzów to w zasadzie łąka, na której można sobie zrobić piknik, z czego mieszkańcy skwapliwie korzystają szczególnie podczas koncertów. Wszystko to byłoby wporzo, na w miarę normalnym koncercie, ale my trafiliśmy na saxophone summit, gdzie wirutozi uprawiali sobie dżem seszyn, więc nie było jakiegoś motywu przewodniego na którym można by się skoncentrować. Fakt,  że przez środek terenu dla widzów przechodziła horda ludzi która akurat potrzebowała znaleźć się na drugiej stronie sprawy nie ułatwiał. Trzeciego dnia za to, udało nam się nie spóźnić na występ David Sanchez quartet, do którego dokooptowali Stefana, który grał na ksylofonie. To, że Stefan umie grać na ksylofonie nie jest oczywiście w żaden sposób zaskakujące.

Trzecią atrakcją na którą się załapaliśmy we wrześniu był mecz bejsbolowy. W Szikago są dwie drużyny Łajt Soks na południu i Kabs na północy. Obydwa są starymi, szacownymi i jednymi z najbardziej znanych drużyn. Kabsi są specyficzni z tegoż to powodu, że jak twierdzą wszyscy nie wygrali niczego od czasów dłuższych od średniego czasu życia średniego amerykanina. Z tego co rozumiem, wygrywanie jest istotnym powodem kibicowania drużynie. Jeśli drużyna nie wygrywa musi liczyć się z tym,  że kibice dość szybko ją opuszczą, dla drużyny może nie z tego samego miasta ale za to pozwalającej nosić fanowską koszulkę z dumą kogoś kto słusznie obstawił dość losowy wynik sportowego współzawodnictwa. Kabsi są w tym wszystkim wyjątkowi, ponieważ mimo, że ssą od niepamiętnych czasów liczba ich kibiców w zasadzie nie maleje. Na meczu w chłodną, jesienną środę, w momencie kiedy drużyna nie miała już żadnych szans na zajęcie punktowanego miejsca pojawiło się ponad trzydzieści tysięcy widzów, co jak rozumiem byłoby rekordem na dowolnym polskim stadionie. W zasadzie część obserwatorów spekuluje, że jeśliby Kabsi mieli kiedyś coś wygrać - na co się nie zanosi - to większość fanów się od nich odwróci. W ten sposób przygotowani udaliśmy się na mecz ale drużyna Kabsów to są takie pierdoły, że nawet przegrać nie umieli. Hołm ran w 6 czy 7 mej rundzie zapewnił im zwycięstwo. Żałość. Mecz bejsbolowy wygląda tak:




 Najbardziej interesujący w tej całej eskapadzie jest, tak naprawdę, stadion co się zowie Rigli Fild. Jest to chyba jeden z dwóch najstarszych stadionów w Stanach i na pewno jeden z najbardziej urokliwych dzięki żywopłotowemu płotowi. Urzekła mnie też przedsiębiorczość okolicznych mieszkańców, którzy dobudowali trybuny na okolicznych domach i sprzedają na nie bilety jak na mecz. Mecz jak mecz - długo nic się nie dzieje, a jak na chwilę odwrócisz wzrok to własnie walną hołm rana, a powtórek nie ma - ale najważniejsza jest w tym wszystkim otoczka i rytuał. Np. hot dogi - nie przepadam ostatnio, nie mogę jeść z okazji podagry a i tak poczułem absolutny przymus zjedzenia takowego z vienna beef (alternatywą była polisz kielbasa). Zapicie tegoż lokalnym tanim piwem o nazwie Old stajl dopełniło atrakcji.
 



Sunday, September 18, 2011

Znowu interludium, tym razem o aucie.

Nadszedł czas aby trochę zaburzyć sekwencję opowieści o rozrykwach, głównie dlatego, że przez ostatnich parę dni żyliśmy historią związaną z autem, które byliśmy zakupili ponad 3 miesiące temu. Historią mrożącą krew w żyłach a jednocześnie dość surrealistyczną.

Historia bierze się stąd, że dotychczas jeździliśmy na rejestracji tymczasowej. Procedura przy zakupie auta od dilera jest taka, że diler wystawia rejestrację tymczasową i składa papiery o uzyskanie rejestracji właściwej. Rejestracja tymczasowa jest ważna 90 dni, procedura uzyskania właściwej zwykle trwa 2 miesiące. Soł far soł gud.

W okolicach początku sierpnia rozpocząłem kurtuazyjne telefony do dilera z zapytaniem jak tam się miewają nasze przyszłe tablice rejestracyjne. Rozmowa była dość krótka i obcesowa i w stylu, "Wszystko wporzo, będą jak będą. Do widzenia.". Telefon powtórzyłem w połowie sierpnia, kiedy to się dowiedziałem, że będą w przyszłym tygodniu i wyślą pocztą. Cześć. Parę telefonów później okazało się, że wysłali je pocztą 2 września i żeby się nie przejmować bo rejestracje są ważne to 12-tego. Luzik.

14-tego, czyli w czwartek, uznałem, że jeżdżenie na nieważnej rejestracji może nie być ok. Postanowiłem więc zostać domatorem i wyjaśnić sprawę dlaczegóż to nie doszła jeszcze właściwa rejestracja, skoro miała do przebycia odległośc, którą niezbyt kompetentny piechur mógłby odbyć w o wiele krótszym czasie. I tu się zaczęło.

Dzwonię ci ja z rana do przyjaznego dilera z zapytaniem co tam i czy może by mi podał numer przesyłki, albowiem tablic nie mam, do pracy dojechać nie mogę, to może bym chociaż sprawdził gdzie one. Diler na to, że dopiero dojeżdza do pracy - sprawdzi i zadzwoni za godzinę. Po trzech godzinach dzwonię ponownie, lekko zirytowany, na co dostaję odpowiedź, że był zajęty ale teraz już sprawdzi i da znać za godzinę. Ale że numerów to chyba nie ma, bo wysłał przesyłką zwykłą. Po dwóch godzinach dzwonię znowu ja. Podobno dzwonił na pocztę i ta przesyłka gdzieś jest, ale coś było nie tak z opłatą pocztową. Sprawdzi jeszcze tego dnia, albo następnego rano jak dotrze na pocztę. Zaznaczam, że we wszystkich powyższych rozmowach koleś wykazał się wspaniałą zdolnością do nie bycią wciągnietym w jakąkolwiek konwersacje, np. na temat jego zdolności do wysłania przesyłki pocztowej i odkładał słuchawkę zanim zdążyłem na niego nawrzeszczeć co zdecydowanie przeszkadzało mojemu niedoszłemu katharsis.

Dzień następny. Piątek. Dzwonię jak zwykle ja. Diler jest własnie w drodze na pocztę i będzie się dowiadywał - da znać. W międzyczasie postanowiłem sprawdzić moje paranoiczne przeczucia i zacząłem szukać numeru na sieci gdzieby można zadzwonić aby sprawdzić, czy on w ogóle miał te rejestracje, bo sprawa wydaje mi się mocno wątpliwa. Znajduje stronę na której można sprawdzić kto jest zarejestrowanym właścicielem auta. Okazuje się, że bank z Tennessee. Dzwonie do biura ds. pojazdów (DMV) i się dowiaduję, że oni nic nie wiedzą o żadnej rejestracji i żebym może zadzwonił na policję. Do dilera dzwonię jak zwykle ja. Tablice są niewiadomo gdzie, więc oni mi spróbują wystawić nowe tymczasowe i się zobaczy. Dzwonię na policję. Każą mi jechać samemu po tablice tymczasowe i złożyć zawiadomienie na piśmie, to będą się mogli zając sprawą.

Niespodzianka. Dzwoni diler. Był w DMV i załatwił nowe tablice nietymczasowe a te stare anulował. Jak się uda to mi jest podrzuci w piątek po południu, ale nie wiadomo bo ma dwa spotkania i musi zdążyć z jednego na drugie. Jak będzie miał czas to podjedzie. Na pytanie, czemu auto jest zarejestrowane na bank stwierdził, że przecież musi minąć trochę czasu zanim to zostanie wklepane do bazy danych. Odpowiedzi na pytanie dlaczego nie było zarejestrowane wcześniej nie udzielił.

I tu zaczyna sie robić surrealistycznie. Napisałem skargę i wydrukowałem i czekam, czy się koleś odezwie. Mówił, że zadzwoni do piątej. Zacząłem już wątpić i się zbierać po tymczasowe i składać skargę. Jednak dzwoni. Pyta jak daleko jestem od swojego auta - mówie, że jedną ulicę. To, mówi, przyjdź szybko, bo przykręciłem Ci nowe tablice i masz mandat za nieaktualne tablice to Ci zostawiłem 20 dolarów za wycieraczką. No to biegnę. Dilera ni ma. Nowe tablice są. Za wycieraczką mam starą tablicę tymczasową, mandat na 20$, 20$ oraz dwie kartki, które chyba są czymś w rodzaju dowodu rejestracyjnego. Na jednej są wypisane dane mojego auta i numery rejestracyjne zakreślone długopisem. Na drugiej są numery rejestracyjne które mam przypięte do auta, ale bez żadnych danych tegoż auta. Kartki są spięte zszywaczem.

Wynik tej całej zabawy jest taki, że nie wiem czy mogę jeździć autem i czy rejestracje są prawidłowe. Spróbuję się dowiedzieć jutro. Na pewno jednak muszę zmienic naklejki na parkowanie, bo przecież się nie zgadzają. Nie wiem, czy mam składać skargę na chłopa czy nie. Trochę mnie korci ze zwykłej mściwość, bo skrzynia biegów chyba przecieka a naprawa ma kosztować ok. 2000 $. A diler mówił, że wymieniał - stąd ma mściwość. Jutro będzie ciekawym dniem.

Monday, September 12, 2011

O rozrywkach kulturalnych w mieście Szikagu i okolicach cz. 2

Nadszedł 2015. Czyli zgrałem zdjęcia. To będzie ciąg dalszy naszych przygód w Chicago tym razem okraszony niejakimi zdjęciami. 


A zatem. zacznijmy od tego, że pewnego niedzielnego popołudnia udaliśmy się na poszukiwania pomnika, co jego miastu Szikagu podarował Picasso Pablo oraz pomnika Marilyn Monroe, co go podarował jakiś inny artysta. Aby uczynić sobie życie trudniejszym tylko pobieżnie sprawdziliśmy gdzie się znajduje Marilyn - że na Miszigan Aveniu, ale nie sprawdziliśy czy numer jest południowy czy północny (to jest osobna historia z tą numeracją ulic). Zadowolilismy się tym, że w artykule, co podawał nieprecyzyjną lokalizację Marylin, było napisane, że Picasso też na Miszigan siedzi. Otóż nie siedzi. Ale to organoleptycznie stwierdziliśmy dopiero po przejściu z 5 kilometrów po Miszigan, żeby na wszelki wypadek nie przegapić Marylin, co nie wiadomo po której stronie numeru zero była.
Oczywiście była po tej drugiej, więc zrobiliśmy spory spacer po Grant Parku, w zasadzie na marne i zamiast Picassa musieliśmy się zadowolić Abakanowicz i Kościuszką. Sami rozumiecie...



W każdym razie po przejściu rzeki udało nam się w końcu odnaleźć Marilyn. Marilyn jaka jest każdy widzi. Dla porządku zaznaczam, że mimo, że ją podwiewa to kobietą przyzwoitą jest i gacie ma:





Marilyn jako taka otwiera fragment ulicy nazywany potocznie the Magnificent Mile, który jest wspaniałym miejscem do szopingu wedle wszelakich przewodników. Za to kompletnie nie ma na nim rzeźby Picassa. Rzeczoną rzeźbę znaleźliśmy zupełnie przypadkiem wracając z piwa wypitego w pubie sieciówce ze Szkotem astronomem. Jest na Daley Plaza, które kompletnie nie jest na Miszigan. Chętnie bym porozmawiał z Panem/Panią, który raczył był w artykule twierdzić inaczej. W każdym razie dnia w którym znaleźliśmy Marylin udaliśmy się dalej na północ nie bacząc kompletnie na uroki domów towarowych wszelakich w tym Haendemu albowiem mieliśmy cel. 


Celem tym był budynek co się swojsko zowie Dżon Henkok Senter. No dobra, może nie swojsko, ale się zwie. A celem był z następującego powodu. Otóż jak wiadomo, Szikago przez jakić czas było siedzibą najwyżsego budynku na świecie co się nazywał Sirs Tałer. Piszę nazywał, bo teraz się zwie Łillis Tałer. I nie jest też już najwyższym budynkiem na świecie. Tym niemniej nadal jest atrakcją turystyczną i można nań wjechać windą. Problem polega na tym, że za rzeczoną przyjemność korzystania z usług transportu wertykalnego trzeba zapłacić 18$ od łeba. Enter Dżon Henkok Senter, który co prawda jest ze 20 metrów niższy od Łillisa, ale za to ma przyjemną cechę posiadania baru na piętrze numer 96, gdzie można wjechać windą za friko, byleby była konsumpcja. Ceny wbrew pozorom nie są jakieś straszne w porównaniu z centrum Chicago, a w każdym razie na pewno wychodzi taniej niż wjazd na Łillisa, plus dostaję się za to piwo. For ze łin, jak mawiają tubylcy. Siedzieliśmy, zatem w trochę nienajlepszym miejscu sali, bo często jest tam pełno - przewodniki wymieniają ten trik a ludzkość podąża - ale i tak widok był dość sympatyczny:








Aby zakończyć przechadzkę postanowiliśmy się udać coś zjeśc, a ponieważ jesteśmy sknery a komunikacja w Szikagu nie jest najtańsza, to trochę podrałowaliśmy na piechotę. Plan był taki, aby udać się do Griktałn, gdzie miały być restauracje i społeczność grecka. Człapiąc w betonowej dżungli i będąc już w miarę niedaleko natknęliśmy się na trochę wyblakłe ogłoszenie o tejst of Gris Fest. Daty wydawały nam się znajome, jak czas przeszły. Okazał się to być jeszcze czas teraźniejszy, więc wpakowaliśmy się w hordę Greków, grillowanych szaszłyków, szpinakopit i tzatzików. Na obu końcach odgrodzonych ulic były też występy artystyczne: my trafiliśmy na zespół, w którym śpiewała grecka Beata Kozidrak, posiadająca ten typ trwałej na długich włosach, który ma imitować notoryczny powiew wiatru. Dośc niepokojące doznanie. Atrakcji kulturalnych dopełnił występ grupy tanecznej, bodajże dionysos dancing troupe, który jednak wydawał się dość nierówny, ale może to dlatego, że ustawili jakiegoś strasznie początkującego człowieka na pierwszy ogień. Kiedy już odesłali go na ławkę rezerwowych zrobiło się zdecydowanie lepiej.


Mógłbym napisać jeszcze o czajnatałn, które nas zawiodło, ale postanowiłem stosować metodę z 1000 i jednej nocy, więc będzie w następnym jak i o festiwalu dżezowym. A oprócz tego może i o bejsbolu i Bongu (ale to nie tak jak myślicie).



Monday, September 5, 2011

O rozrywkach kulturalnych w mieście Szikagu i okolicach

   Szikago powoli daje się lubić. Nie żeby jakoś strasznie, ale zaczynamy doceniać jego lepsze strony. Zaczęło się od tego, że parę tygodni temu japończyk z labu - ten co mówi trochę po polsku i mieszka wśród ukraińców - zaprosił nas na swój wernisaż. Czy też, jak to określił, wystawę grupy artystycznej do której należy i że są w niej Polacy - musicie przyjść! Temat wystawy to taśma i czy przeminęła czy też nie.

Pierwszą atrakcją było dojechanie na miejsce samochodem do Szikago proper. Był to pierwszy raz jak nam się to udało i oczywiście z pół godziny zajęło znalezienie miejsca do parkowania, ale nie było źle. Całe przedsięwzięcie odbywało się w dzielnicy Pilzen, która podobno kiedyś była czeska, ale śladów po tym nie widać. Zresztą po rzadko której dzielnicy widać, oprócz szyldów na restauracjach - no może oprócz czajnatałn, ale o tym kiedy indziej. Wracając do Pilzen, jest to teraz dzielnica artystowska, w której artyści mają jakieś swoje galeryjki oraz pomieszkują. Czasami pomieszkują w galeryjkach a w drugi piątek miesiąca są dni otwarte ich artystycznych gawr. Patrz dzień kiedy my tam trafiliśmy. Wystawa grupy była nierówna. Znajomy japończyk zdobył skądś... Nie, to byłoby krzywdzące. Otóż napisał proposal wykorzystania starych taśm z danymi eksperymentu z labu a nastepnie z tych taśm ułożył nazwę tegoż eksperymentu. Został dzięki temu wspomniany w gazetce labowej. Były też i inne eksponaty, z których mi się podobał "analog scratchbox" czyli cięciwa albo smyczek zrobione z taśmy magentofonowej i głowica na której widz mógł sobie pojeździć tąże taśmą aby wydobyć dźwięki. Był też film z performansu jakiegoś austriaka gdzie para ludzi była ubrana w stroje pokryte taśma magnetofonową a na palcach mieli głowice. Ich taniec wydawał dźwięki, które były mocno niepokojące. Oprócz tego piwo Pabst Blue Ribbon za dolara, więc ogólnie wernisaż dość udany.

Ale dalsza część zabawy się zaczęła w momencie jak ktoś nam powiedział o siedliskach/galeriach i okazało się że budynek w którym jesteśmy jest właśnie takim siedliskiem. Na czterech piętrach można było łazić i zwiedzać, czasami były poczęstunki czasami nie. Czasami było coś fajnego, czasami sztuka była na poziomie zdolnego 10latka. Z fajniejszych miejsc była Pani, która chyba zbierała plakaty z zacięciem trochę makabrycznym ale w okolicach art-deco i nie tylko. Wliczając w to plakat Sanatorium pod klepsydrą z wielką gałką oczną oraz plakaty nawołujące do obawy przed syfilisem w Paryżu przełomu wieków (tym poprzednim). Drugim fajniejszym miejscem był pan, który fotografował robaki. Każdy potrafi fotografować robaki,  chyba, że uciekają, ale nie każdy tak jak on. Plus absurdalne podpisy powodowały, że było to dość zabawne i się wyróźniało:
http://www.nuez.com/glam-bugs/
mój ulubiony to Rhodius, bohater Troi. Był też pan, który wmontowywał coś w rodzaju wyrzutni rakietowych w manekiny, co też było wporzo. Reszty nie bardzo pamiętam. Tym niemniej wieczór był udany.

Dlatego, kiedy tydzień później najlepsza z żon znalazła wzmiankę o tym,  że w Ołk Park jest podobny event w którym galerie sztuki otwierają odrzwia udaliśmy się w te pędy. Co prawda pewnym zaskoczeniem był fakt, że Ołk Park posiada "Art District". Po chwili poszukiwań okazało się, że nawet oglądaliśmy mieszkanie w tamtej okolicy, więc wporzo. Ogłoszenie opowiadało o zespołach muzycznych, atrakcjach świętach ulicy itd. itp. Rozentuzjazmowani, szparkim krokiem szliśmy zatem ulicą Harrison na wschód oczekując aż te wszystkie atrakcje na nas wyskoczą. Im bardziej dochodziliśmy do granic Ołk Parka tym bardziej w serca nasze wkradał się zawód, bo nie działo się absolutnie nic. Atrakcje najwyraźniej miały wolne, w zasadzie zadzwoniliśmy do znajomego Włocha, żeby w sumie został w domu, bo nie ma po co. Jedyne coś działo się na ostatnim kwartale, gdzie były ze dwie galeryjki, które były otwarte i sympatyczna kawiarnia z książkami, która jednak nie uczestniczyła w wydarzeniach artystycznych. W jedynej galerii do której odważyliśmy się wejść przywitała nas właścicielka i zaprezentowała nam prace swoje oraz swoich uczniów, z których jednym okazała się być 4-latka, a drugim emerytowany pan, który stworzył obraz na którym śmierć z kosą stała w różowym tunelu obok grzybo-polipów- tytuł "Czyszczenie jelita grubego". Dostaliśmy wino za darmo.

Wracając do Chicago, to za namową innych Włochów, w końcu załapaliśmy się na wieczór w Green Mill, czyli melinie Al'a Capone. W tej chwili jest to jazzownia i bar. Taki tylko z alkoholem. To naprawde rzadkość - w tym kraju wszystkie knajpy z piwem muszą też być grill-barami i transmitować futbol. Nie wiem na czym to polega (tzn. transmitowanie, futbol mniej więcej wiem). W każdym razie w Green Mill nie ma telewizorów ani burgerów, jest za to ochroniarz w przepasce na oko i kamizelce Harley'a Davidsona. W wieczór kiedy tam byliśmy mieli akurat wieczór swingu, podczas którego piosenki były przeplatane solistą, który z pomocą konferansjera wyczytywał reklamy radiowe z lat 20tych. Podczas piosenek 3 metry kwadratowe przed sceną były zapchanę grupą tańczących ludzi w strojach z epoki. Jak się później okazało studentów jakiejś szkoły muzycznej - i tak robiło wrażenie.

W ostatnich dniach udało nam się też poszukiwać Marilyn i przypadkiem znaleźć Picassa, pić piwo na 96tym pietrze, przypadkiem trafić na greckie tańce ludowe, być zawiedzionymi czajnatałn i notorycznie spóźniać się na festiwal dżezowy. Ale o tych rzeczach napiszę jak już zgram zdjęcia, czyli gdzieś w 2015 tym.


Saturday, August 27, 2011

O Faunie.

Chodzi o to, że będzie o zwięrzetach a nie rzymskim stworzeniu mitologicznym. Ale jedno stworzenie prawie mitologiczne będzie. Co do stworzeń to było już o szakalach, bizonach i gęsiach. Dzisiaj będzie o faunie natywnej okolicom Ołk Parku. Ołk Park, mimo, że sie tytułuje wioską, jest jak najbardziej miastem albo conajmniej miasteczkiem choćby z punktu widzenia zabudowy czy ruchu na ulicach. Mimo to, mieszka w nim całkiem sporo zwierzyny różnej, którą wiele osób mogłoby uznać za dziką. Czy dziką jest naprawdę - nie wiadomo.

Najliczniejszą grupę stworzeń obserwowanych na codzień stanowią wiewióry. Wiewiórów jest lots. Siedzą pod prawie każdym drzewem i bacznie sie przyglądają przechodniom. Moja nabyta tutaj paranoja podsuwa mi pomysły spiskowe o wykorzystaniu wiewiórów jako narzędzia inwigilacji przez jakiś urząd. Zaraz po wiewiórach są zające, które mieszkają niewiadomo gdzie, ale spotkać je można praktycznie codziennie skaczące po trawnikach przed domkami jednorodzinnymi. Głównie można obserwować ich ogony, bo nie są zbyt towarzyskie.

Innym częstym towarzyszem naszych spacerów są jakieś cykadopodbne bydlęta, które okupują większość drzew. Pisze bydlęta, bo dźwięk który wydają nie ma nic wspólnego z przyjemnym wieczornym szumieniem świerszczy. Jest raczej czymś pomiędzy krzykiem zarzynanego ptaka, zepsutym alarmem i brzęczacymi drutami wysokiego napięcia. Zajęło nam troche czasu przyjęcie do wiadomości, że to coś żywego, a potem dowiedzenie się, że to jakieś insekty. Innym dziwnym dźwiękiem dochodzącym z drzew jest stukanie. Najlepsza z żon twierdzi, że to też insekty. Według mnie to dzięcioły, ale nie mam dowodów, więc póki co sprawa jest nierozstrzygnięta. Najfajniejsze insekty jednak obecne w Ołk Parku to zdecydowanie świetliki. Nigdy nie przyglądałem sie europejskim okazom, ale te tutaj są dość spore. I jest ich sporo. Jest taki park, który w zasadzie jest dużą łąką w centrum miasta, gdzie jest ich szczególnie dużo. Świetliki aktywizują się najczęściej koło zachodu słońca. W okresie kiedy było ich najwięcej - gdzieś tak w połowie lipca - łąka była upstrzona ich pojawiającymi i znikającymi się światełkami bardziej niż niebo perseidami (które są w sierpniu, więc wszystko się zgadza).

Ogólnie zaskakujące jest to, że, w zasadzie dzikie, zwierzęta mieszkają w strefie zabudowanej. Najwyraźniej rozprzestrzeniają się z forest reserwów. Nazwa sugeruje rezerwat albo chociaż jakiś park stanowy - nic z tych rzeczy. Jest to niewykarczowany fragment lasu wzdłuż rzeki. Spróbowaliśmy odwiedzić to wspaniałe miejsce licząc na rezerwat właśnie. Natknęliśmy się za to na parking, na którym wedle papierowych ogłoszeń odbywała się jakaś ekstrawaganza, która dostarczała jakże zwykle brakującej w lasach głośnej muzyki na pograniczu hip-hopu i R&B. Wedle relacji przechodniów w tym lesie znajdowały się podobno jelenie, co jest zaskakujące już biorąc pod uwagę to, że rzeczony las ma z kilometr szerokości i z obu stron jest ograniczony ruchliwymi ulicami a co dopiero z okazji ekstrawaganzy. Nasza wyprawa w głąb tegoż lasu zakończyła się jednak szybką rejteradą z powodu zetknięcia się z kolejnymi krwiożerczymi bestiami. Pierwszy raz zdarzyło mi się zabić trzy komary jednym uderzeniem. Wyglądało to gorzej niż ewakuacja Sajgonu i wytrzymaliśmy gdzieś z 15 minut.

Ostatnie egzemplarze fauny, które napotkaliśmy ostatnio to mitologiczny rakun i szop pracz.  O rakunie opowiadała najlepszej z żon jej rodzina, kiedy była w Stanach dawno temu. Rakun wedle tych opowieści był stworem większym od szczura, ale dość podobnym tyle że brązowym i mającym jeszcze inne wredne cechy i ogólnie potwornie obleśnym. Jak każe filmowe następstwo wydarzeń, mitycznego rakuna zobaczyliśmy mniej więcej trzy minuty po tym, jak najlepsza z żon skończyła mi o nim opowiadać. Faktycznie, wygląda jak duży brązowy szczur, ale nie zachowywał się szczególnie wrednie, tylko oddalił się pomiędzy domostwa. Dla porządku, jakieś 500 m dalej zobaczyliśmy szopa pracza, który patrzył na nas z mina wyrażającą zakłopotanie połączone z niemą prośbą, żebyśmy sobie już poszli. Co też uczyniliśmy. Późniejsze indagacje sugerują, że rakun to jednak opos, których tu też niby ma być w cholere.

Najlepsza z żon, prowadziła również badania fauny pod labem i okazuje się, że tam są i jelenie i czaple. Czaple są nawet całkiem z bliska.


 

Sunday, August 14, 2011

Krótka dygresja o jezykach i mniejszosciach.

Siedzi mi ten temat w głowie od jakiegoś czasu, ale zawsze jest coś innego albo wygrywa lenistwo. Chodzi o język urzędowy w tym kraju. Jest to język angielski, jak można się domyślać. W języku tym można się dogadać w większości miejsc w okolicy, ale często ma się wrażenie, że komunikacja jest być może niepełna. Są też miejsca, w którym po angielsku dogadać się jest jednak trudno. Mam też wrażenie, że tak naprawdę efektywnych języków urzędowych jest dwa i angielski wcale nie jest tym ważniejszym.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, pojawia się przy próbie dodzwonienia się do jakiejkolwiek firmy/urzędu. Praktycznie wszystkie mają nagraną informację, że jeśli chciałoby się porozmawiać po hiszpańsku należy nacisnąc którąś z cyfr. Nie jest dla mnie jasne, czy operator z którym ewentualnie możnaby się połaczyć również mówiłby po hiszpańsku, ale spodziewam się, że tak. Inna sprawa, że dotarcie do żywego operatora przy jakiejkolwiek rozmowie jest wyczynem nie lada. Zaskakujące jest to, że informacja ta często pojawia się przed jakąkolwiek inną. Inne atrakcje to np. reklamy wyłącznie po hiszpańsku czy to na autobusach, czy to w kinie przed filmem z Dżastinem Timberlejkiem.

Oczywiście wzgląd na populację latynoamerykańską objawia się też w kontaktach na żywo, w szczególności w riteilu. W K-Marcie na przykład opisy półek są dwujęzyczne. Sporo sklepików i restauracji ma wywieszone informacje, że tu się habla Espaniol. W wielu miejscach patrząc na obsługę nie ma się co do tego faktu wątpliwości. Wydaje się, że raczej powinny być tabliczki "we speak english here", ale może specjalnie tego nie robią, bo w niektórych fastfudach faktycznie różnie z tym bywa. W labie prawie cała obsługa stołówki porozumiewa sie po hiszpańsku ze sobą oraz z klientami, którzy mówią w tym języku. Prawie wszyscy, bo jest jedna pani, która ewidentnie nie mówi i wygląda jakby się czuła nie na miejscu. Wygląda na dość zaskoczoną tym faktem.

Nasi rodacy również nie pozostają w tyle jeśli chodzi o zawłaszczenie przestrzeni językowej. W polskich sklepach angielski jest w zasadzie faux-pas. Podejrzewam, że część obsługi się nim posługuje, ale tylko przyparta do muru. Zatwardziałość w rodzimej mowie jest tak wielka, że spowodowała, że jeden z Japończyków z labu, który ma nieszczęście mieszkać w tzw. Ukrainian Village, był zmuszony nauczyć się kilkunastu zdań po polsku, bo inaczej nie szło kupić jedzenia. Inny człowiek, który mieszka obok polskiego sklepu, opowiada, że aby wiedzieć kiedy jest wywoływany jego numerek musi działać w parze z żoną, która patrzy na wyświetlacz za rogiem a następnie daje mu znać, że jego kolej. Numerki są oczywiście wyczytywane po polsku. Nie wspominam nawet o metkach i tym podobnych.

Niestety, w telefonach oficjalnych, nie ma opcji informacji po polsku. Ale wiele reklam w TV, szczególnie prawników, obiecuje że mówią  w języku piastowym. Nasz ubezpieczyciel medyczny również pozwala nam sortować lekarzy pod względem ich umiejętności językowych - chcesz iść do lekarza, który mówi w swahili - proszę bardzo (diskleimer: nie sprawdziłem, czy faktycznie są jacyś w okolicy). Prawo jazdy również można zdawać w językach, w tym polskim. Podobno jest jednak tłumaczone przez coś na poziomie gugle translatora, czyli dostarcza wiele dobrej zabawy, ale niekoniecznie nadaje się do zdawania. "Nihil oder alle zeit der wypustki", że zacytuję klasyka.

Podobno są też sklepy chińsko-koreańskie gdzie gaijini nie są szczególnie mile widziani, ale tam jeszcze nie dotarliśmy. Tak jak i do czajnatałn i griktałn. Byliśmy za to w pilsen, ale nie było tam już Czechów - a szkoda.

Sunday, August 7, 2011

O rozrywkach gawiedzi słów kilka, czyli demolyszyn derbi.

Jesteśmy tu już od jakiegoś czasu, więc nadszedł czas zaznania życia jakim zaznają go tubylcy. No dobra, usłyszałem w radiu, że w okolicy labu ma być demoliszyn derbi i stwierdziłem, że ciekawość antropologa amatora jest zbyt wielka aby przegapić owe zjawisko. Moje dotychczasowe wyobrażenia i wiadomości o tym zdarzeniu sprowadzały się do dużej ilości aut, które się zderzają z jakiegoś powodu do skutku. Jadąc na miejsce miałem pewne obawy, jako że było to szumnie nazywane Internaszynal, więc istniało ryzyko, że może jest to ukartowane i nieautentyczne niczym wrestling amerykański. Na szczeście nie było ani ukartowane (chyba) ani internaszynal (w zasadzie). Było kompletnie niezrozumiałym dla europejczyka wydarzeniem (sportowo-amatorskim ?) podlane sosem nieudolności małego odpustu. Czyli coś co lubimy najbardziej.

Pierwszym hitem wydarzenia, był fakt, że odbywał się w ramach County Fair hrabstwa co się nazywa DuPage. Kto nazywa hrabstwo dupage ja się pytam? To jest proszenie się o kloaczne żarty. Ale nic to. Znaleźliśmy odpust, odstaliśmy swoje w kolejce mimo nerwów, że jesteśmy lekko spóźnieni, zakupiliśmy bilety, weszliśmy na, dowiedzieliśmy się, że dodatkowe bilety na derbi kupuje się w tej samej kasie w której właśnie kupiliśmy te pierwsze, zakupiliśmy i te bilety, i dopiero wleźliśmy na trybuny. Pogoda dopisała - czytaj 400 stopni w słońcu - czyli tam gdzie były trybuny. Nasze zaniepokojenie spóźnieniem było jak się okazało niesłuszne, albowiem kiedy już zasiedliśmy na miejscach nic się jeszcze nie działo. Niedzianie to kontynuowało się przez następnych 15 minut, aż nawet w zasadzie dość cierpliwa amerykańska publiczność zaczęła wyrażać swoją dezaprobatę dla zaistniałej sytuacji. Sprawę próbował ratować spiker, który zagajając publiczność co tam u niej, ale publiczność nie była specjalnie rozmowna domagając się trzasku metalu i wyciekającego oleju.

Całe wydarzenie, rozpoczęło się jak chyba wszystkie wydarzenia - użyję słowa sportowe, ale bez przekonania - hymnem. To co było ślicznym akcentem było właśnie małomiasteczkowe wykonanie tegoż przez pana, który zupełnie nie radził sobie z wyjściami na wyższe tony, tracił oddech i chyba raz zapomniał słów. Tym niemniej wszyscy stali podczas i nagrodzili oklaskami po. Osoby liczące na szybkie rozpoczęcie derbi, mogły nadal być zawiedzione, ponieważ zamiast głównego wydarzenia pojawił się monster truck o nazwie Outback Thunda, który jeździł dookoła areny przedłużając scenę do maksimum. Wywiad z kierowcą, konkurs dla publiczności kto się będzie darł najgłośniej, przebiegnięcie przez kierowcę i zwycięskiego dzieciaka całego boiska dwa razy aby mógł się przedstawić oraz przejażdżke tegoż dzieciaka Outback Thunda'em dookoła areny później monster trak przeskoczył nad czterema mocno już zmaltretowanymi autami i zjechał. Ku uldze publiczności chyba.

Wejście straż pożarna i karetki. Wjazd samochody oraz ich wspaniali kierowcy, którzy, przynajmniej wedle spikera, pochodzą z okolicy i jak rozumiem prywatnie startują o tytuł najbardziej niezniszczonego auta. Do każdej rundy wchodziło 6-7 zawodników - 3 mogło przejść dalej. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami było miejsce na sporo zderzeń, urwanych kół  - w zasadzie to była jedyna widoczna usterka, która mogła uziemić auto - wyrzuconego w powietrze błota oraz och i achów zachwyconej publiczności. Całkiem nieźle radziły sobie panie. Większość chyba przeszła dalej. W każdym razie odbyły się trzy hity z których dalej przeszło 9 aut. Miał się odbyć hit pocieszenia, ale nie udało się zebrać więcej niż trzech zawodników. Po półtorej godziny siedzenia w palącym słońcu atrakcja się zakończyła i publiczność została zaproszona do przybycia na siódmą na wielki finał. Problem polegał na tym, że żeby wejść na finał trzeba było kupić nowy bilet. Drugi większy problem polegał na tym, żeby doczekać do siódmej w tym gorącu i na County Fair. Co prawda oferował atrakcje typu głaskanie kóz, zdjęcie na wielbłądzie i the Great American Duck Race, ale jednak nie były to wystarczająco intensywne albo długotrwałe rozrywki aby doczekać.

Aby odpokutować przynajmniej częściowo nadmiar amerykańskości, popołudnie zakończyliśmy jedząć w arabskim fastfudzie co się nazywa Naf Naf grill. Polecam.

Saturday, July 30, 2011

Baśń o dzielnym argonie i złym czerenkowie wraz z przytoczeniem fraszki o chwaleniu cudzego i swego nieznaniu.

Dobra, ten dzień musiał nadejść i nadszedł. Dzień w którym będzie historia z pracy, co jeśli czegokolwiek nauczyły mnie doświadczenia ze studiów, kiedy opowiadałem żarty śmieszące kolegów fizyków kolegom i koleżankom niefizykom, powinno się skończyć stratą większości czytelników przy ich zakłopotanych i nerwowych uśmiechach. Których jednakże nie będzie dane mi zobaczyć. Z drugiej strony argon jest w tytule bloga, więc ten kto to czyta jest sam sobie winien.

Aby dojść do historii właściwej, pozwolę sobie na odrobinę wstępu. Otóż przyjeżdzając do USA miałem pracować równolegle w trzech eksperymentach. Pierwszy eksperyment, nazwijmy go detektorem argonowej przeszłości, jest pierwszym detektorem ciekłoargonowym, który zrobili Hamerykanie i postawili na wiązce neutrin. Detektor ten, był mniejszy od tego co postawili Włosi z jakieś 600 razy, ale działał przez jakiś czas i zebrał dane, które teraz leżą na jakimś dysku i metaforycznie zbierają kurz. Ale i tak jest to więcej niż osiągneli Włosi. W każdym razie, kedy decydowałem się na przyjazd tutaj, idea była taka, że ten detektor można uruchomić ponownie z lepszym sprzętem i zmierzyć jeszcze lepiej. Na miejscu okazało się, że jest to wariant niezmiernie optymistyczny, biorąc pod uwagę, że nie bardzo są ludzie coby analizować stare dane, a co dopiero użerać się z administracją, żeby pozwolili ponownie uruchomić detektor, a co dopiero go uruchomić.

Drugi eskperyment, nazwijmy go detektorem argonowej teraźniejszości (a właściwie potencjalnej bliskiej przyszłości), ma być docelowo detektorem tylko 6 razy mniejszym od tego co mają Włosi, ale jako że ma być postawiony trochę sensowniej na wiązce neutrin to ma szanse cokolwiek zmierzyć,  w przeciwieństwie do swojego włoskiego pierwowzoru. Problem polega na tym, że "ma być" a nie np. "jest". Otóż, jak się okazało na miejscu, eksperyment wcale jeszcze nie jest zatwierdzony, a żeby wszedł w tenże błogosławiony, zatwierdzony, stan, grupa fizyków musi wykonać dość sporą liczbę dziwnych akrobacji. Dość niespodziewanym jest to, że najważniejszą częśćcią pracy fizyka w USA jest administracja. Administracja służy głównie przygotowaniu się do przeglądów, których tenże eksperyment ma dwa w przeciągu dwóch miesięcy. Jeden już był, drugi, ważniejszy, dopiero będzie. Ten pierwszy zakończył się wnioskami pt. naukowo całkiem wporzo, ale musicie popracować nad administracją. Dowiedziałem się, przy okazji, że i tak już 25% budżetu eksperymentu idzie na tąże robotę papierkową. Za to po drugim przeglądzie  może się na przykład okazać, że detektor nie będzie finansowany. Podobno szansa jest mała, ale istnieje.

Trzeci eksperyment, który będe nazywał detektorem argonowej przyszłości, jest w sytuacji dość specyficznej, ponieważ póki co rozważa się dwie technologie dla detektora, który jak dobrze pójdzie będzie zbudowany  ok. roku 2020. Niedawno się okazało, że decyzja może być, a w zasadzie ma być podjęta w ciągu pół roku i że ta druga technologia, czyli tzw. Wodny Czerenkow, może być tą która wygra. Wniosek ogólny jest taki, że za pół roku może się okazać, że nie ma żadnego z trzech eksperymentów, w których miałem pracować.


Własnie z tym trzecim eksperymentem zabawa jest największa, głównie z powodu tegoż wyboru, który ma nadejść. A szydło wyszło z worka dość niedawno, na tzw. zebraniu kolaboracji, gdzie się zjeżdża cała banda fizyków i dyskutuje - jak się okazuje głównie o administracji. Przed tymże zebraniem, moja szefowa zasugerowała, żebym wygłosił jakoweś wystąpienie aby się przedstawić ludziom. Byłem dość sceptycznie nastawiony, jako że nie spodziewałem się mieć żadnych wyników (słusznie) więc stanęło na tym, że zobaczę czy uda się coś zrobić i ewentualnie wrzucą mnie na 10 minut na jakąś sesję równoległą. Toteż dość mocno się zdzwiłem, kiedy po jakimś tygodniu dostałem maila od organizatorów, że w porozumieniu z moją szefową zarezerwowali dla mnie 30 minut na sesji plenarnej. Nie znając jeszcze do końca tutejszych realiów oraz dowiadując się od ludzi z grupy, że owszem szefowej zdarzają się takie numery, udało mi się zbić wystąpienie do 10 minut i tematu o planach i przewidywaniach. Jakiś czas potem szefowa wysłała mi maila, ze to chyba jakaś pomyłka, ale klamka już zapadła. Z mojego doświadczenia, nie jest dobrze wygłaszać referaty, do których wyniki robi się tuż przed wystąpieniem. Jeszcze gorzej jest jeśli mówi się o czymś o czym ma się niewielkie pojęcie. Jeszcze gorzej jest jeśli sala, przeciwnie, ma o tym temacie pojęcie całkiem dobre. Wydawało mi się, że własnie w takiej sytuacji się znajdowałem. Jak się okazało potencjalnie miało być jeszcze gorzej. Do smaku tego, że wystąpienie jest przygotowywane na prędce, w temacie na którym się nie zna i dla ludzi którzy się znają, można dorzucić to, że ludzie Ci mogą chcieć Ci dopieprzyć. O czym moja kochana grupa raczyła mnie poinformować dzień przed wystąpieniem.

Cała historia bierze się stąd, że sytuacja w eksperymencie jest specyficzna. Z kilku conajmniej powodów. Pierwszy jest taki, że są dwie technologie, które współzawodniczą o to, która ma być tą ostateczną. Eksperyment ten, ma być w założeniu eksperymentem, który zmierzy ostatnie parametry co zostaną do zmierzenia, będzie duży i pewnie nie będzie innego w tym samym czasie, a być może nie będzie innego potem.
Z dwóch technologii jedna jest starsza i łatwiejsza. Ma co prawda mniejsze możliwości, ale jest tym, co zna sporo starych profesorów, więc automatycznie jej sprzyjają - to jest właśnie tzw. wodny Czerenkow. Z drugiej strony jest ciekły argon, który jest technologią w miare nową, trudniejszą, niby o o wiele większych możliwościach, ale tak naprawde jeszcze w fazie rozwoju. Efektem tego jest to, że większość starych profesorów popierających wodnego Czerenkowa, stawia sobie za punkt honoru zmasakrowanie kogolwiek, kto śmie wypowiedzieć choćby słowo argon na zebraniach kolaboracji. O tej całej historii dowiedziałem się, jak już pisałem, dzień przed wystąpieniem, co bardzo pozytywnie mnie nastawiło do życia, Wszechświata i całej reszty. Organizatorzy dodatkowo postanowili poprawić mi humor przestawiając moje wystąpienie dwa razy, w związku z czym nikt, włącznie ze mną, nie wiedział kiedy naprawdę ma być. W końcu wygłosiłem je z zaskoczenia. I nic. Udzielono mi kilku rad co mógłbym zrobić w przyszłości i życzono powodzenia. Trochę później, jeden człowiek mi wytłumaczył, że najprawodpodobniej ktoś policzył wstępnie ludzi i wyszło, że jednak starych profesorów jest więcej, więc w przypadku głosowania, które zaczęli forsować powinni spokojnie ugrać swoje. W związku z czym nie ma co marnować energii na masakrowanie jakiegoś biednego cudzoziemca zgodnie z logiką "nie bij kolegi bo się spocisz".

Pikanterii całej tej zabawie dodaje to, że zadziałałoa nasza (moja i najlepszej z żon) wrodzona zdolność do powodowania kryzysów w Państwach, w których przebywamy. Zaliczamy sobie na konto Włochy, Portugalie i Hiszpanie a teraz USA:
http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,10000915,Dlug_Ameryki_to_14_293_975_000_000_dol__USA_zbankrutuja_.html
Efekt kryzysu w USA jest taki, że forsowanie głosowania w  trzecim ekperymencie jest wspierane przez agencje fundujące naukę a drugi eksperyment musi się zmierzyć z zarządzonym przez bodajże kongres, zakazem startu nowych projektów. Pomysły na obejście, póki co odnoszą się do kreatywnej księgowości i udawania, że np. ten eksperyment tutaj zawsze stał a my tylko odnowiliśmy mu 100 ton argonu. To co jest zaskakujące, jest to, że od wielu lat, wszyscy mi mówili, że w Europie to nyndza, ale gdzie jak gdzie ale w Stanach to są pieniadze na naukę. Tam to jest finansowanie ho ho ho. Zabawną płentą, było wystąpienie dyrektora Fermilabu na wspomniaym wcześniej zebraniu, który zupełnie poważnie stwierdził, że CERN to ma budżet. Gdyby on miał choć w połowie taki budżet jak CERN, to dopiero by mógł eksperymentować. Ale prosze państwa - w Europie to jest finansowanie nauki - ho ho ho.

Monday, July 18, 2011

O ofercie kulturalnej miasta szikaga w temacie muzyki.

W zasadzie o muzyce i kulturze miało być później, jak już w pełni zaznamy i zasmakujemy i się oświecimy, ale z różnych powodów będzie teraz. Pierwszy jest taki, że byliśmy na koncercie w sobotę, a drugi ważniejszy jest taki, że jakiś czas temu znalazłem klip na jutubie, który ma służyć do ilustracji tematu i który od tego czasu się włącza zawsze jak przychodzę do pracy co jest przyczyną wielu zabawnych sytuacji.

A zatemż. Szikago, miastem kultury jest. Przynajmniej takie są pogłoski. Nie bardzo udało nam się załapać jeszcze na większość jego atrakcji muzycznych, ale jakby dajemy jemu kredyt zaufania. Jeśli chodzi o Jazz, to jest w mieście klub, gdzie siadywał Kapone Aleksy i prawie tam pojechaliśmy, ale akurat kupowaliśmy tego dnia auto i byliśmy w Ikei i nie zdążyliśmy na umówione spotkanie. Był też w mieście szikagu Blues Festival i prawie na niego weszliśmy, ale jako, że bylem z Włochami to najpierw musieliśmy iść na stek (ja na rybu) a dopiero potem na bluesfest. Jak już dotarliśmy to starliśmy się z Panem ochroniarzem, który akurat dostał moment na zrobienie sobie pałertripa i tłumaczenie nam bite 15 minut, że z alkoholem wchodzić nie można, i żebyśmy nawet nie myśleli o wchodzeniu z alkoholem i że dzisiaj już zamknięte ale żebyśmy jutro nawet nie myśleli o przychodzeniu z alkoholem bo on ma pamięć do twarzy i nas załatwi. Kiedy w końcu jakiś drugi ochroniarz się nad nami zlitował i powiedział, że możemy wejść, to niestety kazał temu pierwszemu przeszukać nasze plecaki. Weszliśmy kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki ostatniego kawałka tego wieczoru.

Blusa jednak udało nam się zobaczyć, a to za sprawą lokalu co się nazywa Buddy Guy's Legends, co jest knajpą blusmena Badi Gaja i tam co wieczór jest lajw szoł. Naszym szczęściem trafiliśmy na poniedziałek, który jest dżam najt. Ma to swoje dobre i złe strony. Złe są jak się chce posłuchać dobrej muzyki, dobre jak się jednak ma ochotę zobaczyć dziwne rzeczy. Ale przesadzam, początki były niezłe, bo grało coś w rodzaju house band i byli to ludzie, którzy się jednak znali i grywali razem i tylko zapraszali jakichś wokalistów. Ciekawiej (i dziwniej) się zaczęlo robić potem, bo z tego co zrozumielim,  system polegał na tym, że z listy zczytywali ludzi, którzy praktycznie nigdy ze sobą nie grali i kazali im grać. Wychodziło różnie, na początku lepiej, bo wyglądało, że ściągali jakichś w miare doświadczonych ludzi co grali na blusfeście. Ale im dalej w wieczór tym robiło się najpierw dziwniej a potem słabiej. Z atrakcji pt. dziwniej wymienić należy pana nazwiskiem Tommy McKraken. Z takim nazwiskiem nie można nie odnieść sukcesu. I Tommy nas nie zawiódł wydziwiając naprawdę dziwne rzeczy na scenie, które chyba robił całkiem nieźle jakieś 10-20 lat temu. W każdym razie, dochodzimy do rzeczonego jutuba, bo Pan Tommy McK wygląda tak:

Potem było jeszcze dziwniej, bo na scenie pojawiła się Pani Hollie czy jakoś tak. Pani w kwiecie wiegu i wagi, która oparła swój występ na aluzjach seksualnych o subtelności rozpędzonego kombajnu bizon. Dość powiedzieć, że Panowie w męskiej toalecie wymieniali się zszokowanymi spostrzeżeniami aże to nigdy nie widzieli Pani tak rozwiązłej. Dość zabawne było obserwowanie młodych chłopców, którym trafiło się grać do jej wokala, i którzy usilnie starali się udawać, że nie zauważają jej awansów. Następne sety, to już jednak niestety równia pochyła, ale cytując bodajże Meriadoca po tym jak zadął w róg Gondoru - "A very educational experience all the same".

Z innych ofert muzycznych jest tu w lecie w cholere koncertów znanych zespołów - a to Britney, Rihanna i DeathCab for Cutie a i pewnie Justin Bieber by się pojawił. A tak bardziej serio, to oprócz rzeczonych gwiazd, jest też pełno koncertów, na które chętnie by się poszło, gdyby nie to, że kosztują jak za wołu. Lollapalooza jak już się zainteresowaliśmy kosztowała 180$ od osoby. Generalnie większość koncertów nie schodzi poniżej setki, co chwilowo powoduje nasz pas, ale jakby dajemy im kredyt zaufania. Zabawne w jakiś sposób jest to, że bilety chyba jako takie kosztują mniej, tylko że jedynym, albo głównym sposobem ich kupienia jest przez konika, która to instytucja jest sformalizowana i zinternetyzowana z gwarancjami zwrotu pieniędzy, jeśli Twoje bilety zakupione u konia nie dojdą na czas, albo nie pozwolą na wejście.

Enyłej, zanim się zorientowaliśmy, że ceny koncertów są dla nas za drogie, zdązylim zakupić bilety na Soundgarden, co jest moim ulubionym zespołem od dziecięctwa i w zeszłą sobotę przyszedł dzień wydarzenia.
Trochę deprymujący był fakt, że aby dojechać na koncert wystarczyło wsiąść w el-train i podjechać 6 przystanków. Myślę, że doceniłbym bardziej, gdyby trzeba przynajmniej część trasy przebyć przez amazońską dżunglę albo chociaż getto opanowane przez meksykański kartel. Jakoś brakowało w tym wszystkim przygody is ol ajm sejin. Z ciekawostek, tuż obok nas na podłodze hali stało kilku kolesi w koszulkach z kołnierzykiem i zatyczkami w uszach. Trochę uznałem ich za debili, ale jak przyszło co do czego to po pierwsze odpalali hedbangin' jak się patrzy a po drugie okazało się, że to oni mieli rację. Albo się zestarzeliśmy, albo nagłośnienie było masakrycznie głośne. Ciężko było wytrzymać bez rzeczonych zatyczek, aż się nie podgłuchło. Najlepsza z żon twierdzi, że z zatyczkami obcowanie z muzą jest zdecydowanie przyjemniejsze. Inną ciekawa atrakcją była sprzedaż piwa na dansfloorze, bo okazało się, że aby zakupić piwo od Pana, który chodzi i je sprzedaje należy posiadać biała bransoletkę. Dowiedzenie się jak takowąż zdobyć było niemożliwe z powodu mocno postępującej już w tym momencie głuchoty. Alternatywnym sposobem zakupienia piwa było zaczekanie na innego sprzedawce, który miał bransoletki w poważaniu. Niestety sprzedawał bud-lighta. Wszystko zło co słyszeliście o tym piwie jest prawdą a nawet bardziej. Jest to abominacyja i w średniowieczu za mniejsze rzeczy na stosie palili. Chyba jedyny sposób w jaki się toto utrzymało to fakt, że w tym kraju nie było średniowiecza i nie przeprowadzono tejże, jakże potrzebnej, selekcji natrualnej. Aż się moja podagra oburzyła.

A co do Soundgardenu to Chris Cornell jak mówi to ma zaskakująco przeciętny głos. Ale śpiewając nadal drze się tak jak powinien. I zagrali większość kawałków z drugiej płyty i w ogóle wszystkie moje ulubione, więc nawet w ramach pełni atrakcji zakupiłem koszulkę. Poczucie jak w liceum. ;-)

Sunday, July 10, 2011

O spędzaniu łykendów oraz fors of dżelaj

No dobra. W zasadzie to nie wiemy jak się spędza fors of dżelaj we właściwy sposób, ale mamy pewne podejrzenia. Podejrzenia nasze sugerują, że najprawdopodobniej tubylcy urządzają barbekju i oglądają fajerłorksy. Ale są to tylko przypuszczenia, ponieważ obie te atrakcje udało nam się przegapić. A to dlatego, że udaliśmy się do Starved Rock State Park co się znajduje jakieś 80 mil od nas i jest bardzo sympatyczną odmianą od reszty stanu, który wedle ostatnio ukutego sformułowania, jest "topologically challenged". W każdym razie w State Park jest wielkie centrum dla gości, gdzie można dostać mapę szlaków które wiodą wzdłuż kanionów - kaniony to główna atrakcja -ale i nabyć absolutnie ohydnego veggie-burgera, funnel cake'a, hordę pamiątek i ogólnie jak powiedziałyby dzieci z Biskupina - "KONIIIIKII" (metaforyczne, nie było prawdziwych).
W tym mniej więcej miejscu goście parku dzielą się na dwie grupy, pierwszą, jak sądzimy, stanowili amerykanie, którzy rozłożyli się hordami na łące i odpalili grille i drugą, która udała się w kaniony. Druga grupa dzieli się na dwie istotne podgrupy, czyli właścicieli psów i Polaków. Oprócz tego były śladowe ilości latynosów i hindusów - nie jest zbyt jasne czy posiadali schowane psy czy może pochodzili od Kościuszki albo innego Domeyki. W każdym razie rodacy swoim zachowaniem przysparzają chwały kraju ojców, oj przysparzają, a to oddając mocz w częściach parku a to polecając sobie dość głośno aby spojrzeć na ten "pikny wiu" i że "będziemy bek za half ałer".

W każdym razie kaniony śliczne,  w jednym miejscu nawet był wodospad, w którym można się było opluskać, co było sympatyczną odmianą od gorąca. Dość zaskakujące jest to, że na większości szlaków bliższych visitor's center ścieżki są obudowane drewnianymi deptakami. Coś jak w Chinach, ale tam był beton. Jak się uda dojść troche dalej, to drewna trochę mniej, ale trochę się zawsze znajdzie. Delikatnie to zabija przyjemność obcowania z dziką naturą. To, i hordy rodaków of kors.
Z jakiegoś powodu, zarząd parku krzywo patrzy na łowienie na trawie. 
 Wodospad z hordą kwiczących dzieci.
 Kanion plus rodacy

W ten łikend, który był już zupełnie normalnym łikendem udało nam się, w zasadzie przypadkowo, zaobserwować dwa różne sposoby spędzania łikendów przez tubylców. Drugim jest szopping w autlecie, o czym przekonaliśmy się kiedy nieopatrznie udaliśmy się tam w celu zakupieniu butów. Na szczęście dość szybko zamknęli, ale hordy miejscami porównywalne z centrum handlowym w L'Aquili po trzęsieniu Ziemi.

O wiele ciekawszy sposób spędzania łikendu zaobserwowaliśmy przypadkiem, kiedy postanowiliśmy przejść od dałntałn do Linkoln Park wzdłuż jeziora Miszigan. Nie jest to prosta sprawa, bo Miasto Chicago dla ludzi chcących przejść tą drogą ma kilka niespodzianek w postaci remontów i objazdów, ale w zasadzie tylko na początku - potem już można spokojnie iść wzdłuż brzegu. Jeszcze przez chwilę zahaczyliśmy o Navy Pier, co podobno miało być wesołym miasteczkiem z watą cukrową a było kakofonią głośnej muzyki, fast foodów i kolejek do toalet. Być może wata i strzelnice byłe gdzieś dalej ale uciekliśmy. Wracając do spaceru, idąc wzdłuż jeziora można napotkać plażę, co trzeba sobie powiedzieć, nie jest niespodziewane nad jeziorem. W zasadzie równie spodziewanym są rzędy łódek zacumowane w pewnym momencie - jest ich tam pewnie kilkadziesiąt lub może i nawet kilkaset stojących w sporym ścisku i z widokiem na ulicę i wieżowce. To co, przynajmniej dla mnie, było niespodziewane, to wykorzystanie tych łódek jako sposobu na spędzanie soboty. No dobra, samo wykorzystanie łódki na spędzenie soboty nie jest zaskakujące samo w sobie, ale sposób i owszem. A to dlatego, że wykorzystanie łódek na jeziorze Miszigan jest po pierwsze uskuteczniane w skali w zasadzie przemysłowej a po drugie nie wiąże się z wypływaniem tejże łódki gdziekolwiek. Dość istotnym czynnikiem takiego spędzania czasu jest bardzo głośne puszczanie muzyki techno (naszemu sąsiadowi by się pewnie spodobało), co biorąc pod uwagę przemysłowość zjawiska oraz małe odległości między łódkami prowadzi do naprawde interesujących efektów dźwiękowych. Oberwowaliśmy to zjawisko z brzegu przez jakiś czas i jest doprawdy fascynujące. No dobra, nie jest, ale siedzieliśmy w cieniu i było gorąco. Aby lepiej zobrazować fenomen:
To jest jeno wycinek pola łódek o których mowa. Najlepsza z żon, przypomniała mi jednak, że nie jest to zjawisko nowe i że zetknęliśmy się z nim poprzez utwór muzyczny, zaprezentowany nam lata temu przez Pana V., który dla porządku przytaczam (jeśli uda mi się zalinkować jutuba)

Monday, July 4, 2011

Krótka notka o pogodzie

Jako że, chyba większość wrednych administracyjnych spraw mam za sobą - aczkolwiek użeranie się z lokalną i nielokalną administracją uniwersytecką warta chyba osobnego wpisu, chwilowo napiszę może o tle w jakim przyszło się znajdować. Na pierwszy ogień - pogoda.

Kiedy przyjechaliśmy, przywitał nas dość nieprzyjemny ziąb ale liczyliśmy, że to chwilowe, jako że właśnie byliśmy po dwóch tygodniach w Portugalii. Nie bardzo. Dogłębne i nie do końca naukowe obserwacje pozwoliły nam wyróżnić trzy w miare odrębne stany pogody. Są to:
- Potworny, duszny upał z wilgotnością powietrza około 350%
- Ziąb przenikający do kości, opcjonalnie z bardzo silnym wiatrem, który jeszcze pogarsza sprawę.
- Ulewa, opcjonalnie przechodząca w burze (lub jak się ostatnio dowiedzieliśmy tornado).
Problem z tymi stanami pogodowymi, oprócz tego że wszystkie są w zasadzie mocno niekomfortowe, jest taki, że przejście z jednego w drugi zajmuje ok. pół godziny. No, najwyżej godzine. Naprawdę dość zabawne jest przyjechanie do labu w temperaturze dżungli amazońskiej, żeby podczas lanczu odkryć, że dżungla chwilowo wyszła i zastępuje ją tundra syberyjska. Oczywiście, ubranym się jest na gorący letni dzień.

Ludzie pracujący w labie potwierdzili moje obserwacje. Podobno w ciągu wiosny i jesieni jest ok. 3-4 dni podczas których schemat się załamuje i pogoda jest miła - czyli słońce, brak deszczu, znośna temperatura. Wedle ich relacji w tym czasie nikt nie pojawia się w labie. W tym roku chyba tych dni nie było. Aczkolwiek, był chyba jeden dzień, w którym było miło, ale ludzie w labie byli, więc nie wiem czy to ten właściwy.

Inna ciekawostka. Maj wydawał nam się dośc mokry i zimny, okazało się, że nie tylko nam. Kiedy siedzieliśmy u lekarza z moją podagrą, a był to ostatni dzień maja, złapaliśmy wiadomości,  w których informowali, że do rekordu najbardziej deszczowego maja w historii brakuje jednego milimetra deszczu. Po południu była burza. Rekord uznajemy za pobity.

A tornado jak się okazało, było chyba w zeszły wtorek, albo wtorek wcześniej. Jako, że nie słuchamy radia ani TV to się nie zorientowaliśmy bo siedzieliśmy akurat w kinie. Tylko się potem dziwiliśmy skąd te połamane gałęzie.

Najgorsze jest to, że wszyscy mówią, że zimą to dopiero jest ciężko.

Sunday, July 3, 2011

Obiecany odcinek o parkowaniu.

Tym razem będzie dedykowany odcinek o parkowaniu w nomen nie omen Oak Park, bo warta osobnego odcinka i obrazuje problemy, które mamy z tutejszą mentalnością. Jako teaser, powiem, że w aucie wyminielim akumulator i teraz jeździ, ale o tej sytuacji będzie jeszcze na końcu bo jest ona ukoronowaniem historii z parkowaniem. A zatem jadziem.

O tym, że z parkowaniem może być ciekawie zorientowaliśmy się już kiedy szukaliśmy mieszkania. W większości mieszkań, które oglądaliśmy trzy lub cztery razy powtarzano nam, że np. mieszkanie ma dedykowane miejsce parkingowe i to jest plus. Oczywiście zdecydowaliśmy się na to bez takowego miejsca, co okazało się mieć zabawne konsekwencje. Już kiedy oglądaliśmy nasze obecne mieszkanie landlord troche dokładniej naświetlił nam sprawę parkowania, a to że dobrze nie jest. Zwrócił naszą uwagę, że na ulicy dokładnie przed naszym domem parkowanie określone jest poprzez cztery (słownie cztery) częściowo wykluczające się znaki. A to:
- od 21 do 9 rano można parkować tylko jeśli się posiada pozwolenie Y4 (warto zapamiętać)
- ale nie w poniedziałki do sobót kiedy to nie można parkować od 7 do 9 i 16tej do 18tej.
- od 9 tej do 18tej można parkować cztery godziny,
- ale nie we wtorki od 15 do 17tej.
- dodatkowo dochodzą atrakcje jak spada śnieg, w moim mniemaniu wtedy już kompletnie nikt nic wie, ale chyba jest system który polega na tym, że można parkować na danej stronie ulicy tylko np. w dni parzyste. Nie jest dla mnie jasne co należy zrobić z autem w dni pozostałe o całkowita liczba miejsc parkingowych jest podobno ograniczona.

W każdym razie landlord powiedział nam, że albo należy wykupić naklejkę od Ołk Parka, co kosztuje jakieś 35$ miesięcznie w najprostszej wersji albo pójść naprzeciwko do domu starców, który ma dedykowany parking i teoretycznie wykupić od nich miesięczny pakiet, który nie wiadomo ile kosztuje. Cała sprawa była paląca bo w zasadzie bez jednego z powyższych dwóch rozwiązań auto spoza miasta nie może parkować w Ołk Parku przez noc. No exist. Jako, że na stronie Ołk Parka było napisane, że naklejki wykupuje się wyłącznie na 3 miesiące i nie są transferowalne (jak się później okazało nie jest to do końca prawdą) odczuwaliśmy pewną obawę przed zakupieniem takowej póki jeszcze mieliśmy auto z wypożyczalni. Także pierwszą noc auto spędziło na parkingu w domu starców, co kosztowało 6$ i wymagało podania numerów na tablicy, numeru prawa jazdy, grupy krwi kierowcy i jeszcze kilku innych niezmiernie istotnych szczegółów. I oczywiście proszę zabrać auto o godzinie 8 rano. Na pytanie, co będzie jeśli je zabiore chwilę później bo akurat miał przyjść facet montować internet powiedziano mi, że zostanie odholowane. Sympatyczny dil, nie ma co. Generalnie dla porządku sprawdziłem jeszcze jak wygląda miesięczny pakiet u starszych państwa i okazało się, że za marne 65$ miesięcznie mogę zabierać auto o 7 rano. Jeśli nie, to oczywiście holowanie.

W ten sposób rozpoczęły się nasze kontaky z Ołk  Park (nie bardzo)  Parking Service. Okazało się, że urząd jest przygotowany na delikwentów, którzy potrzebują parkować tymczasowo i można dostać pozwolenie tymczasowe na do 15 dni na tablice rejestracyjną (czyli teoretycznie zmieniając tablice można by tak w kółko, ale się nie opłaca). Aczkolwiek pozwolenie na takie parkowanie dostaliśmy na ulice o tzw. blok dalej. No trudno. Oczywiscie na tamntej ulicy jest większy luz i są chyba tylko 2-3 znaki zarządzające parkowaniem, więc każdy głupi by się zorientował. Oczywiście parkować można tylko do 9tej rano (ulica mniej uczęszczana). Ogólnie fakt, że na większości ulic można parkować tylko do jakiejś określonej, względnie wczesnej, godziny dość mnie niepokoił albowiem byłem sobie w stanie wyobrazić wielne czarnych scenariuszy, w których taki układ mógłby stwarzać problemy. Na przykład jak się dostaje podagry w prawej nodze i nie można naciskać na gaz lub hamulec - taki zupełnie losowy i mało prawdopodobny scenariusz. Nawiasem mówiąc nie było dla nas jasne gdzie, nawet mogąc jeździć autem, możnaby je przestawić bo oczywiście wszędzie parking do 7-8 rano. Ale, kiedy już podagra przyszła i nie mogliśmy przez tydzień odbrać Focusia to Pani z dziennej linii była na tyle miła, że przyjęła do wiadomości, ze nie mogę chodzić i obiecała dać adnotację że jestem indżerd i w związku z tym powinno być ok, jeśli auta nie przestawimy z rana. W ogóle okazało się, że system działa tak, że jak policja chciałaby wystawić mandat to wstukuje numer rejestracji i w komputerze wyskakuje, ż auto jest wporzo i mają nie ruszać. Nabraliśmy zatem pewnego zaufania do systemu parkowania (jak się później okazało chyba jednak nie do końca słusznie).

Wiedzeni nowo nabytym zaufaniem do instytucji miejskiego Ołk Parkowania, jak już przetransportowaliśmy Fokusia spod labu, udaliśmy sie do urzędu parkowań aby dowiedzieć się jak zostać legalnymi mieszkańcami i parkowaczami w Ołk Parku. Okazało się kilka ciekawych rzeczy, a to, że jednak można transferować naklejki co kosztuje marne 2$, a to, że oprócz tego musimy kupić roczny stiker za 50$, który nie uprawnia do niczego oprócz posiadania właściwego stikera do parkowania. Następną ciekawą informacją było to, że w strefie Y4, czyli tej przy której mieści się nasz dom, nie ma miejsc do parkowania, więc możemy sobie zakupić w którejś z sąsiednich. Strefy rozciągają się na kwadraty po dobrych kilka blokow, czyli tak gdzies z km x km jak nie wiecej. Tyle dobrze, ze nasza ulica jest w zasadzie granica stref, więc nie jest to aż taki problem. Przez chwilę zastanawialiaśmy się nad wykupieniem miejsca na małych parkingach, które są wszystkie oznaczone i limitowane itd., ale, zgadliście, parkingi trzeba opuścić do 7:30 rano. Ale miła pani stwierdziła, że w zasadzie w strefie Y5, całkiem niedaleko naszego domu, jest ulica która nie ma zakazu parkowania w ciągu dnia. Z poczuciem złapania Parkingowego Boga za nogi wróciliśmy pod dom, znaleźliśmy rzeczoną ulicę i nawet tabliczkę, że nie można tam parkować w środy od 15tej do 17tej przyjęliśmy z pełnym zrozumieniem.

Wszystko było ok, aż do momentu, kiedy to Focus, a w zasadzie jego akumulator, postanowił odejść do krainy wiecznych łowów. Problem polegał na tym, że stało się to kiedy wyciągaliśmy zakupy z auta, czyli staliśmy po tej złej, Y-4tej, stronie ulicy. Ale nauczony już, że Ołk Park jest dla ludzi, postanowiłem zadzwonić na linię nocną, albowiem samochód może otrzymać do 5 emerdżensi ołwernajt passes, które wydały mi się dokładnie tym co było nam potrzebne tego wieczora, aby postać do rana, a następnie znaleźć kogoś kto odpali auto z akumulatora - mechanicy mają tu takie generatory i chętnie ich użyczają.

Zatem dzwonię Ci ja na linię parkingową nocną i mówię Pani gdzie stoje, i żeby mnie ona wydała pozwolenie na noc. Na co zostałem poinformowany, że w miejscu w którym stoi auto parkowanie przez noc jest zabronione. Mój argument, że przede mną i za mną stoją inne auta, które parkują tam co noc nie zrobił na pani szczególnego wrażenia. Zasugerowała, że gdybym to auto przepchnął ze dwie ulice dalej, to ona mi może wtedy to pozwolenie wystawić. Próbowałem argumentować, ze mam przecież pozwolenie na parkowanie w zasadzie na drugiej stronie ulicy. Pani stwierdziła, ze to mogłoby być świetne miejsce do przepchnięcia auta. Powtarzam - auto bez świateł, czarne, ulica w zasadzie 4 pasmowa późny wieczór. Lepiej pchać, bo parkować przecież nie można.

Sprawa się skomplikowała, bo jak się okazało pchanie auta z automatyczną skrzynią biegów i bez akumulatora nie jest wcale takie proste. Da się, ale tego dowiedziałem się dopiero dzień później od policjanta, który zatrzymał się na sygnale za naszym wspaniałym autem, które raczyło się rozkraczyć na światłach - akumulator naprawdą był do wymiany. Enyłej, pamiętnego wieczora wróciłem do domu i próbowałem przekonać Panią, że jednak nie jestem w stanie przepchnąć auta na co zostalem poinformowany, że dostanę mandat. Na moje tłumaczenia, że przecież choćbym chciał to tego auta nie przepchnę pani pozostała głucha, aż w końcu przełączyła mnie do trafik ałthoriti, czyli jak rozumiem drogówki. Po wstępnym wyłuszczeniu sprawy, miły pan  zasugerował, że powinienem się z tym zgłosić do biura od parkowania. Udało się go przekonać, że własnie stamtąd mnie przekierowali. Nie było łatwo. Następnie udzielił mi informacji, że nie, auto nie może się znajdować i parkować tam gdzie się znajduje. Argument, że przecież inne auta tam parkują został zbity szybkim "przecież oni mają pozwolenie".Moje zapewnienie, że własnie próbowałem się dodzwonić, żeby to cholerne pozwolenie otrzymać zostało w zasadzie zignorowane. Po jeszcze dłuższej chwili takiego radosnego ping-ponga, pan stwierdził, że się coś postara zrobić. W każdym razie  mandatu rano nie dostaliśmy.

Jedno odpalenie z generatora, kompletne zatrzymanie na światłach, policję na sygnale, pchanie auta, znajomego Włocha i 180$ dalej mamy nowy akumulator. Tamten jak się okazało był tym oryginalnym zamontowanym fabrycznie - więc w sumie nieźle.  W każdym razie nadal nie wiem, co muszą robić z samochodami obywatele Ołk Parka, którym zdarzy się zachorować  a nie mają szczęscia parkować na bulwarze Waszyngtona. Być może jest jakaś firma, która zajmuje się biednymi samochodami w ciągu dnia, są takie dla dzieci i psów - to czemu nie dla aut?