Saturday, October 1, 2011

O rozrywkach kulturalnych w mieście Szikagu i okolicach cz. 3

Po przerwie związanej z wizytą gościa pora wrócić do tematów z gościem niezwiązanych a zaległych - czyli do atrakcji jakich można zaznać w stolicy przeładunku mięsa regionu Midłest. Będzie znowu o kilku różnych, tak coby każdy z trzech czytelników znalazł coś dla siebie.

Na pierwszy ogień pójdzie czajnatałn. Mając już zaliczone greektałn i hipstertałn i Pilzen, które jak się później dowiedzieliśmy jest teraz dzielnicą meksykańską, chcieliśmy poznać kolejną etniczną enklawę. Poza tym, cytując klasyka, interesujemy się kulturą wschodu. Dodając to do tego, że chińska dzielnica jest wedle opisów największa - tam się udaliśmy. Pogoda nie dopisała, co może wyjaśniać nasz subiektywny brak zachwytu siedliskiem naszych żółtych braci. Zacznijmy od tego, że w zasadzie niewiele jest tu do zwiedzania - owszem jest ściana dziewięciu smoków, ale jakaś taka bez przekonania. Poza tym czajnatałn składa się z bramy, która jest interesująca, ale, cóż...

Jeśli chodzi o chińskość czajnatałn to w zasadzie tyle. Jest jeszcze ulica za bramą, na której jest dużo sklepów z badziewiem i parę restauracji i dziwnych miejsc, które nawołują do nieortodoksyjnych związków międzygatunkowych:
Warto jednak docenić wyrozumiałość mieszkańców dla przybyszów:
Połaziliśmy trochę po okolicy. Okazało się, że idąc z duchem czasu jest też szopping mall. Patrz - więcej restauracji, sklepów z badziewiem ale i sklepy z chińską medycyną. Zdecydowaliśmy się na restauracje nie w mallu, ale była droga i nienajlepsza. Może źle trafiliśmy. Z atrakcji w okolicy jest jeszcze pseudo-chiński park do którego można dojechać wodną taksówką i z którego jest widok na jednen z dziesiątek mostów podnoszonych w szikagu, ale ten jest dość odjechany, bo jest podnoszony jak na windzie. No i ma domek:

Po takiej sobie przygodzie z czajnatałn udało nam się spóźnić drugi wieczór z rzędu na festiwal dżezowy. Tego akurat wieczora spóźniliśmy się, bo próbowaliśmy się umówić ze Szkotem astronomem, który nam wyznaczył spotkanie koło swojego domu co okazało się absurdalnie daleko (wyprzedzając komentarze napiszę, że do Szkocji mogłoby być bliżej). Dotarliśmy w końcu na koncert pani co się nazywała Cassandra Wilson i dość sympatycznie śpiewała w parku Granta, który jest dość sympatycznym miejscem na koncerty:


Dzień wcześniej spóźniliśmy się w zasadzie, bo tak. Dziwność tego koncertu dnia poprzedniego polegała na tym, że był w Millenium Park, który jest wypasionym parkiem z atrakcjami nazwanymi na cześć firm kapitalistycznych - akurat ta o którą mi chodzi jest nazwana na część Pritzkera, który chyba firmą nie jest, i jest muszlą koncertową zwaną nie wiadomo czemu pawilonem. Haczyk polega na tym, że większość obszaru dla widzów to w zasadzie łąka, na której można sobie zrobić piknik, z czego mieszkańcy skwapliwie korzystają szczególnie podczas koncertów. Wszystko to byłoby wporzo, na w miarę normalnym koncercie, ale my trafiliśmy na saxophone summit, gdzie wirutozi uprawiali sobie dżem seszyn, więc nie było jakiegoś motywu przewodniego na którym można by się skoncentrować. Fakt,  że przez środek terenu dla widzów przechodziła horda ludzi która akurat potrzebowała znaleźć się na drugiej stronie sprawy nie ułatwiał. Trzeciego dnia za to, udało nam się nie spóźnić na występ David Sanchez quartet, do którego dokooptowali Stefana, który grał na ksylofonie. To, że Stefan umie grać na ksylofonie nie jest oczywiście w żaden sposób zaskakujące.

Trzecią atrakcją na którą się załapaliśmy we wrześniu był mecz bejsbolowy. W Szikago są dwie drużyny Łajt Soks na południu i Kabs na północy. Obydwa są starymi, szacownymi i jednymi z najbardziej znanych drużyn. Kabsi są specyficzni z tegoż to powodu, że jak twierdzą wszyscy nie wygrali niczego od czasów dłuższych od średniego czasu życia średniego amerykanina. Z tego co rozumiem, wygrywanie jest istotnym powodem kibicowania drużynie. Jeśli drużyna nie wygrywa musi liczyć się z tym,  że kibice dość szybko ją opuszczą, dla drużyny może nie z tego samego miasta ale za to pozwalającej nosić fanowską koszulkę z dumą kogoś kto słusznie obstawił dość losowy wynik sportowego współzawodnictwa. Kabsi są w tym wszystkim wyjątkowi, ponieważ mimo, że ssą od niepamiętnych czasów liczba ich kibiców w zasadzie nie maleje. Na meczu w chłodną, jesienną środę, w momencie kiedy drużyna nie miała już żadnych szans na zajęcie punktowanego miejsca pojawiło się ponad trzydzieści tysięcy widzów, co jak rozumiem byłoby rekordem na dowolnym polskim stadionie. W zasadzie część obserwatorów spekuluje, że jeśliby Kabsi mieli kiedyś coś wygrać - na co się nie zanosi - to większość fanów się od nich odwróci. W ten sposób przygotowani udaliśmy się na mecz ale drużyna Kabsów to są takie pierdoły, że nawet przegrać nie umieli. Hołm ran w 6 czy 7 mej rundzie zapewnił im zwycięstwo. Żałość. Mecz bejsbolowy wygląda tak:




 Najbardziej interesujący w tej całej eskapadzie jest, tak naprawdę, stadion co się zowie Rigli Fild. Jest to chyba jeden z dwóch najstarszych stadionów w Stanach i na pewno jeden z najbardziej urokliwych dzięki żywopłotowemu płotowi. Urzekła mnie też przedsiębiorczość okolicznych mieszkańców, którzy dobudowali trybuny na okolicznych domach i sprzedają na nie bilety jak na mecz. Mecz jak mecz - długo nic się nie dzieje, a jak na chwilę odwrócisz wzrok to własnie walną hołm rana, a powtórek nie ma - ale najważniejsza jest w tym wszystkim otoczka i rytuał. Np. hot dogi - nie przepadam ostatnio, nie mogę jeść z okazji podagry a i tak poczułem absolutny przymus zjedzenia takowego z vienna beef (alternatywą była polisz kielbasa). Zapicie tegoż lokalnym tanim piwem o nazwie Old stajl dopełniło atrakcji.
 



2 comments:

  1. żeby trzymać Was też aptudejt, my tu świętowali cypisowe urodziny w antycafe i było sympatycznie.

    ReplyDelete
  2. Nigdy nie udało mi sie pojąć zasad tej chorej, nudnej jak flaki z olejem, gry :)

    ReplyDelete