W zasadzie o muzyce i kulturze miało być później, jak już w pełni zaznamy i zasmakujemy i się oświecimy, ale z różnych powodów będzie teraz. Pierwszy jest taki, że byliśmy na koncercie w sobotę, a drugi ważniejszy jest taki, że jakiś czas temu znalazłem klip na jutubie, który ma służyć do ilustracji tematu i który od tego czasu się włącza zawsze jak przychodzę do pracy co jest przyczyną wielu zabawnych sytuacji.
A zatemż. Szikago, miastem kultury jest. Przynajmniej takie są pogłoski. Nie bardzo udało nam się załapać jeszcze na większość jego atrakcji muzycznych, ale jakby dajemy jemu kredyt zaufania. Jeśli chodzi o Jazz, to jest w mieście klub, gdzie siadywał Kapone Aleksy i prawie tam pojechaliśmy, ale akurat kupowaliśmy tego dnia auto i byliśmy w Ikei i nie zdążyliśmy na umówione spotkanie. Był też w mieście szikagu Blues Festival i prawie na niego weszliśmy, ale jako, że bylem z Włochami to najpierw musieliśmy iść na stek (ja na rybu) a dopiero potem na bluesfest. Jak już dotarliśmy to starliśmy się z Panem ochroniarzem, który akurat dostał moment na zrobienie sobie pałertripa i tłumaczenie nam bite 15 minut, że z alkoholem wchodzić nie można, i żebyśmy nawet nie myśleli o wchodzeniu z alkoholem i że dzisiaj już zamknięte ale żebyśmy jutro nawet nie myśleli o przychodzeniu z alkoholem bo on ma pamięć do twarzy i nas załatwi. Kiedy w końcu jakiś drugi ochroniarz się nad nami zlitował i powiedział, że możemy wejść, to niestety kazał temu pierwszemu przeszukać nasze plecaki. Weszliśmy kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki ostatniego kawałka tego wieczoru.
Blusa jednak udało nam się zobaczyć, a to za sprawą lokalu co się nazywa Buddy Guy's Legends, co jest knajpą blusmena Badi Gaja i tam co wieczór jest lajw szoł. Naszym szczęściem trafiliśmy na poniedziałek, który jest dżam najt. Ma to swoje dobre i złe strony. Złe są jak się chce posłuchać dobrej muzyki, dobre jak się jednak ma ochotę zobaczyć dziwne rzeczy. Ale przesadzam, początki były niezłe, bo grało coś w rodzaju house band i byli to ludzie, którzy się jednak znali i grywali razem i tylko zapraszali jakichś wokalistów. Ciekawiej (i dziwniej) się zaczęlo robić potem, bo z tego co zrozumielim, system polegał na tym, że z listy zczytywali ludzi, którzy praktycznie nigdy ze sobą nie grali i kazali im grać. Wychodziło różnie, na początku lepiej, bo wyglądało, że ściągali jakichś w miare doświadczonych ludzi co grali na blusfeście. Ale im dalej w wieczór tym robiło się najpierw dziwniej a potem słabiej. Z atrakcji pt. dziwniej wymienić należy pana nazwiskiem Tommy McKraken. Z takim nazwiskiem nie można nie odnieść sukcesu. I Tommy nas nie zawiódł wydziwiając naprawdę dziwne rzeczy na scenie, które chyba robił całkiem nieźle jakieś 10-20 lat temu. W każdym razie, dochodzimy do rzeczonego jutuba, bo Pan Tommy McK wygląda tak:
Potem było jeszcze dziwniej, bo na scenie pojawiła się Pani Hollie czy jakoś tak. Pani w kwiecie wiegu i wagi, która oparła swój występ na aluzjach seksualnych o subtelności rozpędzonego kombajnu bizon. Dość powiedzieć, że Panowie w męskiej toalecie wymieniali się zszokowanymi spostrzeżeniami aże to nigdy nie widzieli Pani tak rozwiązłej. Dość zabawne było obserwowanie młodych chłopców, którym trafiło się grać do jej wokala, i którzy usilnie starali się udawać, że nie zauważają jej awansów. Następne sety, to już jednak niestety równia pochyła, ale cytując bodajże Meriadoca po tym jak zadął w róg Gondoru - "A very educational experience all the same".
Z innych ofert muzycznych jest tu w lecie w cholere koncertów znanych zespołów - a to Britney, Rihanna i DeathCab for Cutie a i pewnie Justin Bieber by się pojawił. A tak bardziej serio, to oprócz rzeczonych gwiazd, jest też pełno koncertów, na które chętnie by się poszło, gdyby nie to, że kosztują jak za wołu. Lollapalooza jak już się zainteresowaliśmy kosztowała 180$ od osoby. Generalnie większość koncertów nie schodzi poniżej setki, co chwilowo powoduje nasz pas, ale jakby dajemy im kredyt zaufania. Zabawne w jakiś sposób jest to, że bilety chyba jako takie kosztują mniej, tylko że jedynym, albo głównym sposobem ich kupienia jest przez konika, która to instytucja jest sformalizowana i zinternetyzowana z gwarancjami zwrotu pieniędzy, jeśli Twoje bilety zakupione u konia nie dojdą na czas, albo nie pozwolą na wejście.
Enyłej, zanim się zorientowaliśmy, że ceny koncertów są dla nas za drogie, zdązylim zakupić bilety na Soundgarden, co jest moim ulubionym zespołem od dziecięctwa i w zeszłą sobotę przyszedł dzień wydarzenia.
Trochę deprymujący był fakt, że aby dojechać na koncert wystarczyło wsiąść w el-train i podjechać 6 przystanków. Myślę, że doceniłbym bardziej, gdyby trzeba przynajmniej część trasy przebyć przez amazońską dżunglę albo chociaż getto opanowane przez meksykański kartel. Jakoś brakowało w tym wszystkim przygody is ol ajm sejin. Z ciekawostek, tuż obok nas na podłodze hali stało kilku kolesi w koszulkach z kołnierzykiem i zatyczkami w uszach. Trochę uznałem ich za debili, ale jak przyszło co do czego to po pierwsze odpalali hedbangin' jak się patrzy a po drugie okazało się, że to oni mieli rację. Albo się zestarzeliśmy, albo nagłośnienie było masakrycznie głośne. Ciężko było wytrzymać bez rzeczonych zatyczek, aż się nie podgłuchło. Najlepsza z żon twierdzi, że z zatyczkami obcowanie z muzą jest zdecydowanie przyjemniejsze. Inną ciekawa atrakcją była sprzedaż piwa na dansfloorze, bo okazało się, że aby zakupić piwo od Pana, który chodzi i je sprzedaje należy posiadać biała bransoletkę. Dowiedzenie się jak takowąż zdobyć było niemożliwe z powodu mocno postępującej już w tym momencie głuchoty. Alternatywnym sposobem zakupienia piwa było zaczekanie na innego sprzedawce, który miał bransoletki w poważaniu. Niestety sprzedawał bud-lighta. Wszystko zło co słyszeliście o tym piwie jest prawdą a nawet bardziej. Jest to abominacyja i w średniowieczu za mniejsze rzeczy na stosie palili. Chyba jedyny sposób w jaki się toto utrzymało to fakt, że w tym kraju nie było średniowiecza i nie przeprowadzono tejże, jakże potrzebnej, selekcji natrualnej. Aż się moja podagra oburzyła.
A co do Soundgardenu to Chris Cornell jak mówi to ma zaskakująco przeciętny głos. Ale śpiewając nadal drze się tak jak powinien. I zagrali większość kawałków z drugiej płyty i w ogóle wszystkie moje ulubione, więc nawet w ramach pełni atrakcji zakupiłem koszulkę. Poczucie jak w liceum. ;-)
jaj! mogu dać Wam plusjedynku :)
ReplyDeleteHmm... Jak się to zacznie rozprzestrzeniać, to może jednak to zahasłuje. ;>
ReplyDeleteEndrju racz nie żartować. To najlepszy (jedyny) blog jaki czytuję.
ReplyDelete