Saturday, January 28, 2012

O świętach i ich świętowaniu

Święta wszelakie w tym kraju to trochę dziwna historia. To znaczy wygląda na to, że są celebrowane w zasadzie kiedy indziej niż wszyscy mówią, że są. Albo jak są, to w zasadzie wszyscy udają, że nie są. Za to dość często związane są z dużą ilością światełek.

Sezon świąteczny zaczyna się od Halloween. Tak gdzieś od połowy września. Tzn. patrząc na sklepy i różne punkty usługowe od mniej więcej od początku kalendarzowej jesieni celebruje się Halloween. Kolorami dominującymi stają się pomarańczowy i czarny a we wszelakich miejscach użyteczności publicznej pojawiają się dynie, pająki i pajęczyny z waty. Bez różnicy czy punkt jest księgarnią, perfumiarnią czy restauracją. Gdzieś ze trzy tygodnie przed samym Halloween dekoracje zaczynają opanowywać też domy. Pół biedy jeśli, ograniczą się do papierowej dyni w oknie, ale rzadko tak się zdarza. W niektórych sąsiedztwach dochodzi do pewnego wyścigu zbrojeń w którym bronią masowej zagłady są gipsowe modele, dmuchane ustrojstwa i duużo światełek. Patrz, egzibit a:

 My zachowaliśmy się minimalistycznie:
Zabawa polega na tym, że w samo Halloween większość sklepów uważa, że jest już po. Czego zaznaliśmy próbując zakupić tzw. last minet stroje na labowe Helołyn party. W ten dzień większość sklepów, zamienia już dekoracje i asortyment na następne święta, czyli Krismas, albo jak się to tutaj nazywa Hepi Holidejs w związku z tym próby zakupienia farb do twarzy w sam dzień kwitowane były sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Co do samych celebracji Helołin okazało się, że jadąc na party do labu przegapiliśmy dość ciekawy fenomen socjologiczny, który odbywa się w Ołk Park i bierze się stąd, że Ołk Park jest dzielnicą bogatych, dzieciatych par ale tylko parę metakwartałów dalej jest dzielnica, która miejscami wygląda jak z filmów blacksploitation z lat 70-tych. Granica ulicy Ałstin, jest praktycznie nigdy nie przekraczana przez mieszkańców obu społeczności oprócz właśnie Helołyn, kiedy to dzieci ze wschodniej części Ałstin wyruszają na trik-or-tritowe łowy. Natknęła się na to żona kolegi z pracy, której landlord przyniósł dodatkowe dwie torby cukierków mówiąc, że będą potrzebne. Mimo tego jej zapasy skończyły się koło siódmej i od tej pory siedzieli w domu przy zgaszonych światłach i udawali, że ich nie ma.


Sezon świąteczny Kristmesowy, czy też Holidejsowy zaczął się jak już pisałem w Helołyn, co było w zasadzie trochę zaskakujące ponieważ, jakby na to nie patrzeć, w tzw. międzyczasie pojawia się jeszcze thenksgiving. Zostało nam to wytłumaczone w ten sposób, że oba święta efekywnie wychodzą na to samo, bo je się indyka, więc nie ma sensu zmieniać dekoracji dwa razy. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jakby było pewne zróżnicowanie na thenksgiving, bo pierwsze choinki pojawiły się dopiero po nim i blek frajdej, który chyba jest świętem najważniejszym. My zdecydowaliśmy się na drzewko rozmarynowe, które jest małe, wygląda jak choinka i i tak uschło. Święta w Stanach z naszego doświadczenia składają się z dekoracji przed domem, które - jak twierdzi mój kolega z pracy - dobrze zrobione powinny być widoczne z kosmosu. Przykład poniżej; niestety nie miałem ze sobą aparatu kiedy przechodziliśmy obok największych wypasionych domów - czytaj dmuchane figury bohaterów Kubusia Puchatka w czapkach św. Mikołaja w rozmiarze 2x ludzkie i podświetlone.


Co prawda nie ma Puchatka, ale też jest zajebiście.


Co do tego jak ludzie, tacy prawdziwi, świętują to mieliśmy doświadczenia dość ograniczone albowiem byliśmy tylko na tzw. Booster Beam Holiday Party, czyli imprezie organizowanej przez jednego człowieka, którego nie znałem wcześniej, a który zaprosił wszystkich ludzi, którzy pracują w eksperymentach na jednej z wiązek neutrin na "domówkę" (uprzedzam fakty - nie było Dizziego Rascala, ergo obyło się bez ofiar). Impra była trochę składkowa, troche nie, była na zadupiu i byli na niej wszyscy z tzw. Hu is Hu at ze Lab. Żołądkowa Gorzka jak zwykle zrobiła furorę. Żeby zrozumieć skalę przedsięwzięcia chciałem tylko nadmienić, że gospodarze zorganizowali Bejbisiting dla dzieciatych osób (ich córka, ale za to w umeblowanej piwnicy z telewizją mającą na oko 50 miliardów cali przekątnej).  Drugie doświadczenie, to zaproszenie do lokalnej polonii na kolacyjkę w pierwszy dzień świąt i dyskusje o kocie imieniem Lolo. Syntetyczny barszcz w tych stronach, to jednak nie to co syntetyczny barszcz w ojczyźnie. Takoż i uszka. Ale za to nabawiliśmy się domowej cytrynówki, także ogólnie rzecz biorąc na plus.




My w święta przeprowadziliśmy się do kolegi z pracy aby zajmować się jego dwoma psami:

Hazel

Pico
 
Zysk nasz polegał na tym, że mielismy dwa psy: Pikoł i Hejzel, maszynkę do robienia espresso oraz kartę członkowską do Czikago Art Institjut, wiec w koncu poszlismy zobczyć Van Gogha i całą resztę tych impresjonistycznych palantów. Pełen luz i czilaut, które jak się okazało chyba były mi dość potrzebne.


Sylwestra, ponieważ nie zrobiliśmy żadnych planów postanowiliśmy spędzić w Ołk Parku na klabingu. Najpierw udaliśmy sie do KinderHuka Tapa, który jest moim ulubionym lokalem w Ołk Parku i który odgrażał się, że sylwestra będzie jak najbardziej celebrował. Wparowaliśmy w świątecznych nastrojach zamówiliśmy po piwie i wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że podczas tegoż piwa ludnośc zaczęła się ewakuować i ok. 10:30, kiedy kelnerka przyszła nas zapytać, czy nie chcielibyśmy czegoś jeszcze, w jej oczach widać było nadzieję, że może jednak byśmy nie chcieli, bo byliśmy w zasadzie ostatnimi osobami w barze. Grzecznie zatem podziękowaliśmy i udaliśmy się na mroźną wędrówkę w stronę Lejk Strit, co jest centrum Ołk Parka. Minęliśmy bar Pur Fils, z powodu, że wydawał się pełny i że zawsze wydajemy tam więcej niż się spodziewaliśmy (in hindsight, probably a bad move ) i udaliśmy się do Lejk Strit Kiczen and Bar. Które jest jeszcze droższe, ale miało mieć celebrację sylwestra. Jest to knajpa w miarę nowa i nie zawsze pełna. Oprócz lanczu - wtedy zawsze. Charakteryzuje się w miarę normalnymi cenami piwa i niezmiernia drogim żarciem, którym w dodatku ciężko się pożywić. Kelnerka, która nas zaprowadziłą do stołu i obsługiwała, na oko miała z 16 lat, więc wedle wszelkich prawideł nie powinna znajdować się w rzeczonym lokalu przez najbliższe 5 lat, ale nadrabiała entuzjazmem. Kiedy nadchodziła północ, konfidencjalnym szeptem, jakby zdradzała nam najbardziej zajebistą tajemnicę świata, oznajmiła nam: "Guess what? Free Champagne!". Oprócz fri Szampejn, dostaliśmy też parti hat (Najlepsza z żon dostała tiarę, co uważam, za pewną niesprawiedliwość), trąbki oraz łańcuch na szyję. Z ciekawostek, odradzamy drink pt. Season's Greetings - smakuje jak dr pepper - in a bad way. Jako, że szampana a w zasadzie prosecco wypiliśmy już o 17tej czasu lokalnego dzwoniąc na raut z lat 30tych, oraz impreza w lokalu już trochę umierała to na tym zakończyliśmy nasz sylestrowy klabing. Mijając Pur Fils okazało się, że party tam miało się świetnie - stąd wniosek, o być może nienajlepszej decyzji w sprawie lokalu.

Anyłej, obecnie na tapecie teoretycznie powinien być św. Walenty, ale coś jest cicho jak na to czego się spodziewałem.


P.S. Powyższy post powstawał przez okres mniej więcej trzech tygodni, z czego wiekszość ostatniej części powstała w barze, kiedy niecnie opuścił mnie jeden szkot. Co było zasadniczo niesympatycznie i niewczuwające się w potrzeby bliźniego. Ale za to jakby jest to lajwblogging z Szikaga, miasta. Czekerałt.

9 comments:

  1. Świetny był ten telefon na raut 80 lat temu. Podobno nie było nic słychać, ale w końcu technologia rozmów w czasie dopiero raczkuje. No i uczestnicy rautu w namiestnikowstwie też już trochę raczkowali.

    ReplyDelete
  2. nie widać walentynek, powiadasz? zajrzyj do najbliższego dollar-storu :))

    ReplyDelete
  3. Droga Alino. A) Cytując jakiegoś rapera, co go miałem na kasecie będąc 12-latkiem: "This is America, this is not that place where they brought down the wall..." (w domyśle kanada też), ergo Twój argument jest inwalidą. B) Nawet jakby tu były dollar-story to i tak cały mój obraz tego kraju i dziennikarstwo śledcze na którym jest oparty ogranicza się do najbliższego Walgreen'sa. Dziekuje i pozdrawiam.

    ReplyDelete
  4. Skoro tak, to ja przepraszam. No i nie ma u nas Walgreen'sa, to na pewno. A i rapu nie słucham jakoś namiętnie. Więc chyba się nie dogadamy :)

    ReplyDelete
  5. dobrze napisane, dla porownania (wlasnie dostalem linka)

    http://www.youtube.com/watch?v=n2ZGxG18XcY

    najwieksze wrazenie robi na mnie montaz i kilkusekundowe ujecia, zeby to docenic trzeba koniecznie wylaczyc muzyke i zamist tego ogladac na przykald z takim podkladem:

    http://www.youtube.com/watch?v=-4HVVf5X_40

    ReplyDelete
  6. Ah i jeszcze jedno. Jeśli ktoś NIE CHCE zauważyć Walentynek to ich po prostu nie zauważy, i już :)

    ReplyDelete
  7. @Michał: dziekuje za to kombo.
    @Alina: Zapomniałaś dodać "eh" na końcu zdania. ;-)

    ReplyDelete
  8. endrju, koniec dyskusji bo jeszcze okaże się że uwielbiam to "święto". wszystko poprzekręcasz :)

    ReplyDelete