Monday, May 9, 2011

Odcinek trzeci o szeroko pojętej życzliwości oraz niemożliwości załatwienia komórki.

Razem z najlepszą z żon zaobserwowaliśmy potworną uprzejmość i sympatyczność jaką odznaczają się tubylcy względem wszystkich, a w każdym razie nas. Piszę potworną, bo podskórnie nadal mamy wrażenie, że jest to jednak wyuczone i nieszczere a są takoż uprzejmi ponieważ wypada. Wszyscy bez wyjątku pytają się jak leci, aczkolwiek  nie jestem pewien czy oczekują jakiejś odpowiedzi. Fascynującym był mail od biura z Jalu, w którym pani z biura dla cudzoziemskich scholastyków niezmiernie i wylewnie mi dziękowała za okazaną jej wszelką pomoc, która polegała na wysłaniu skanów paszportu i wizy, które to były potrzebne aby sie wszystko zgadzało w dokumentach. Moich. Być może mogłem odmówić i powiedzieć żeby sobie sami zeskanowali? Może być tak, że nie doceniam możliwośći robienia wbrew i pozwoliłem przeciwnikowi przejąć inicjatywę. W każdym razie w każdym możliwym miejscu i sklepie wszyscy chcą być pomocni, mili i uczynni - dla mnie hitem był ogolony latynos w liquor storze na granicy lekkich slumsow, który poprzez stara murzynkę domagającą się od sprzedawcy prezentu z okazji dnia matki, wyrażał swój żal z powodu niemożności sprzedania nam żelu pod prysznic w butelce odpowiedniej wielkości. Anyway, zdarzaja się momenty, że nie ma sie poczucia sztuczności, raz była to kasjerka w wal-marcie, która opowiadała o pobycie w Japonii i ile jedzą jej dzieci a drugi raz dzisiaj, kiedy pracownicy banku zaoferowali że nam pomogą odpalić auto, kiedy to po raz drugi już udało mi się zostawić mitycznego lanosa z włączonymi światłami - po pół godziny jest out.

Drugi pałer fejlur Lanosa zbiegł się z załatwianiem konta w banku, które ku mojemu zaskoczeniu wyglada na dość łatwe (ale nie wiadomo czy dostaniemy karte kredytową) obok domu, który najprawdopodobniej wynajmiemy od jutra (odpukać) co również było dość nieskomplikowane. Pierwszy pałer fejlur zbiegł się natomiast w czasie z próbą załatwienia komórek, która to proceura dla odmiany jest  skomplikowana bardzo.
Zabawa polega na tym, że wedle wszystkich komórki da się tu załatwić praktycznie tylko na kontrakt. Co w zasadzie nawet nam pasowało, bo oboje zastanawialiśmy się nad nowym sprzętem (ile można używać starej komórki Małego?) więc dawaj. Pierwszy sklep, w którym spędziliśmy marne 1.5 godziny pozwolił nam się zorientować w ogólnych realiach telefonii komórkowej w USA. Otóż pierwsza ciekawostka jest taka, że płaci się nie tylko za dzwonienie ale i za odbieranie telefonów jak i za odbieranie sms'ów (sms'em nazywa się wszystkie wiadomości). Co oznacza, że jak kupisz kontrakt na 700 minut miesięcznie i zadzwoni ciocia i będzie ględzić przez 10 godzin - hej, zdarza się - to masz problem. Główna zabawa polega jednakże na tym, czy kompania komórkowa będzie skłonna udzielić Ci łaski kontraktu dwuletniego - tu wchodzi do gry Social Security Number i historia kredytowa. Tak się składa, że SSN mam od dziecięctwa, co jak się okazuje jest pewnym problemem, bo teraz taki chop wrzuca w system numer i okazuje się, że numer jet aktywny od 20 lat tyle, że nic na nim się przez ten czas nie działo. Wiec system wrzuca błąd i potencjalną próbę oszustwa i sprzedawca musi dzwonić na swój dedykowany numer obsługi, co zajmuje najwyżej 15 minut czekania na odpowiedź - taki on dedykowany. Efekt taki, że w pierwszej firmie moglibyśmy mieć komórki, jeślibyśmy przynieśli rachunki za prąd, zapłacili w złocie depozyt za każdy telefon oraz przeszli np. na mormoństwo.

Postanowiliśmy zatem sprawdzić inną firmę, ale jako że się trochę zgubiliśmy to trafiliśmy do radioshacka, który reprezntował aż trzy różne sieci, więc nie ma tego złego itp... W tymże Shacku, jak się sami zwą, pewien młodzieniec zapałał bardzo chęcia pomocy w naszej sytuacji, ale najpierw musiał obsłuzyć dwóch panów w spódnicach, ponieważ inna pani mu zwróciła uwagę, że byli pierwsi. Jak już się do nas dobrał, to ponownie wpadliśmy w wir sprawdzania credit history, która jednakże tym razem utknęla na adresie. A to dlatego, że ulica wewnątrz Fermilabu nie wychodzi w bazie danych, więc dalej nie da rady. Po dwóch godzinach różnych telefonów i innych takich, udało nam się w końcu za pomocą alfabetu morse'a przekazać Panu, żeby już może nie sprawdzał tylko sprzedał nam tą kartę sim, co ją można podładowywać (w pierwszym sklepie twierdzili, że nie można) a którą znaleźliśmy. Był dość zaskoczony faktem posiadania na stanie tejże i musiał dzwonić na support żeby sie dowiedzieć jak to sprzedać, ale się udało. Także póki co dalej jedziemy na starej nokii de Mały.

Badż update: Działając na dwa fronty udało się dostać wreszcie PIN - wersja pt. pan od emaila. Wersja pt. szefowa nie zadziałała. Zapisanie się na ubezpieczenie nie było jednak takie proste, a to z powodu, że najlepsza z żon nie posiada SSN, bo nie może go posiadać, czego system nie przewiduje i w związku z tym musi być wpisana przez administratora. Oprócz tego nie można zmienić adresu, który jest obecnie wpisany jako adres uniwersytetu w konektiket. Administracja twierdzi, że można to zmienić ale ja efektów nie widze.

7 comments:

  1. Andrju, obudziłeś we mnie dziką nostalgię za stanami. A co do uprzejmości amerykańców, to oni chyba po prostu tak mają - fakt że trochę na pokaz, ale lepsze to niż laska w firmie która odkłada telefon zanim skończę mówić - case sprzed 3 minut. Wyślij steka mailem, i bloguj jakby nie było jutra.

    ReplyDelete
  2. podoba mi się sytuacja z dzwonieniem na infolinie jak sprzedać prepaida ;)

    poza tym kurna w 5 minut znalazlem oferty prepaid trzech największych operatorów w USA więc nie wiem na jakich kretów trafiles ze sie nei dalo ;)

    podejżewam że możesz zamówić, zapłacic paypalem i przyślą Ci na adres domowy ;)

    http://specialoffers.verizonwireless.com/prepay/nocache/
    http://www.wireless.att.com/cell-phone-service/go-phones/index.jsp#fbid=6M-tQ_xhAx1
    http://www.t-mobile.com/shop/phones/prepaid.aspx

    ;)

    ReplyDelete
  3. nie, prepaid to można łatwo znaleźć, ale jest łączony z telefonem, który wtedy kosztuje lots więcej. To co jest ciężko zrobić to zakupić samą kartę sim. ;-)

    ReplyDelete
  4. Jeszcze chwila i stwierdzimy że Polska jest 50 lat do przodu jeżeli chodzi o rozwój technologiczny. Z tego co widziałem, na wyspach przykładowo praktycznie nie istnieje pojęcie bankowości elektronicznej ;)

    ReplyDelete
  5. jo. pozdro dla ciebie i zosi. amerykanie są mili i to jest miłe :) a z telefonami, to słyszałam już dawno, że to tam trudniejsze, niż wynajęcie domu czy kupno samochodu. trzymajcie się :)

    ReplyDelete
  6. zaczynam widzieć pewne plusy polandu :)
    najwyraźniej równowaga w przyrodzie być musi i ponieważ część rzeczy da się załatwić łatwo, to z inną częścią musi być wbrew :)

    ReplyDelete
  7. Ostatnio poznałem jedną Amerykankę. Spytałem czy uważa, że mieszka w faszystowskim kraju i odparła, że owszem, uważa, że mieszka w faszystowskim kraju.

    ReplyDelete