Sunday, August 7, 2011

O rozrywkach gawiedzi słów kilka, czyli demolyszyn derbi.

Jesteśmy tu już od jakiegoś czasu, więc nadszedł czas zaznania życia jakim zaznają go tubylcy. No dobra, usłyszałem w radiu, że w okolicy labu ma być demoliszyn derbi i stwierdziłem, że ciekawość antropologa amatora jest zbyt wielka aby przegapić owe zjawisko. Moje dotychczasowe wyobrażenia i wiadomości o tym zdarzeniu sprowadzały się do dużej ilości aut, które się zderzają z jakiegoś powodu do skutku. Jadąc na miejsce miałem pewne obawy, jako że było to szumnie nazywane Internaszynal, więc istniało ryzyko, że może jest to ukartowane i nieautentyczne niczym wrestling amerykański. Na szczeście nie było ani ukartowane (chyba) ani internaszynal (w zasadzie). Było kompletnie niezrozumiałym dla europejczyka wydarzeniem (sportowo-amatorskim ?) podlane sosem nieudolności małego odpustu. Czyli coś co lubimy najbardziej.

Pierwszym hitem wydarzenia, był fakt, że odbywał się w ramach County Fair hrabstwa co się nazywa DuPage. Kto nazywa hrabstwo dupage ja się pytam? To jest proszenie się o kloaczne żarty. Ale nic to. Znaleźliśmy odpust, odstaliśmy swoje w kolejce mimo nerwów, że jesteśmy lekko spóźnieni, zakupiliśmy bilety, weszliśmy na, dowiedzieliśmy się, że dodatkowe bilety na derbi kupuje się w tej samej kasie w której właśnie kupiliśmy te pierwsze, zakupiliśmy i te bilety, i dopiero wleźliśmy na trybuny. Pogoda dopisała - czytaj 400 stopni w słońcu - czyli tam gdzie były trybuny. Nasze zaniepokojenie spóźnieniem było jak się okazało niesłuszne, albowiem kiedy już zasiedliśmy na miejscach nic się jeszcze nie działo. Niedzianie to kontynuowało się przez następnych 15 minut, aż nawet w zasadzie dość cierpliwa amerykańska publiczność zaczęła wyrażać swoją dezaprobatę dla zaistniałej sytuacji. Sprawę próbował ratować spiker, który zagajając publiczność co tam u niej, ale publiczność nie była specjalnie rozmowna domagając się trzasku metalu i wyciekającego oleju.

Całe wydarzenie, rozpoczęło się jak chyba wszystkie wydarzenia - użyję słowa sportowe, ale bez przekonania - hymnem. To co było ślicznym akcentem było właśnie małomiasteczkowe wykonanie tegoż przez pana, który zupełnie nie radził sobie z wyjściami na wyższe tony, tracił oddech i chyba raz zapomniał słów. Tym niemniej wszyscy stali podczas i nagrodzili oklaskami po. Osoby liczące na szybkie rozpoczęcie derbi, mogły nadal być zawiedzione, ponieważ zamiast głównego wydarzenia pojawił się monster truck o nazwie Outback Thunda, który jeździł dookoła areny przedłużając scenę do maksimum. Wywiad z kierowcą, konkurs dla publiczności kto się będzie darł najgłośniej, przebiegnięcie przez kierowcę i zwycięskiego dzieciaka całego boiska dwa razy aby mógł się przedstawić oraz przejażdżke tegoż dzieciaka Outback Thunda'em dookoła areny później monster trak przeskoczył nad czterema mocno już zmaltretowanymi autami i zjechał. Ku uldze publiczności chyba.

Wejście straż pożarna i karetki. Wjazd samochody oraz ich wspaniali kierowcy, którzy, przynajmniej wedle spikera, pochodzą z okolicy i jak rozumiem prywatnie startują o tytuł najbardziej niezniszczonego auta. Do każdej rundy wchodziło 6-7 zawodników - 3 mogło przejść dalej. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami było miejsce na sporo zderzeń, urwanych kół  - w zasadzie to była jedyna widoczna usterka, która mogła uziemić auto - wyrzuconego w powietrze błota oraz och i achów zachwyconej publiczności. Całkiem nieźle radziły sobie panie. Większość chyba przeszła dalej. W każdym razie odbyły się trzy hity z których dalej przeszło 9 aut. Miał się odbyć hit pocieszenia, ale nie udało się zebrać więcej niż trzech zawodników. Po półtorej godziny siedzenia w palącym słońcu atrakcja się zakończyła i publiczność została zaproszona do przybycia na siódmą na wielki finał. Problem polegał na tym, że żeby wejść na finał trzeba było kupić nowy bilet. Drugi większy problem polegał na tym, żeby doczekać do siódmej w tym gorącu i na County Fair. Co prawda oferował atrakcje typu głaskanie kóz, zdjęcie na wielbłądzie i the Great American Duck Race, ale jednak nie były to wystarczająco intensywne albo długotrwałe rozrywki aby doczekać.

Aby odpokutować przynajmniej częściowo nadmiar amerykańskości, popołudnie zakończyliśmy jedząć w arabskim fastfudzie co się nazywa Naf Naf grill. Polecam.

5 comments:

  1. Nie wiem dlaczego, ale za pierwszym razem przeczytałem "Great American Duck Rape" i nawet się przy tym nie zatrzymałem.

    ReplyDelete
  2. a kiedys sluchalam w radio takiego wywiadu, pan z usa promowal jedzenie gesi.ze to zdrowe i smaczne ptactwo. ze to bedzie ekologiczne rozwiazanie dwoch problemow: nadpopulacji gesi i amerykanskiej biedy. z kaczkami nie ma to natomiast nic wspolnego :)

    ReplyDelete
  3. Może to Focusy były i dlatego nic nie odpadało ;)
    Destruction Derby 2: http://www.uslugi-dla-rolnikow.com/download/stare-gry-dowe8/dd2.zip
    gdybyś miał ochotę poćwiczyć.

    ReplyDelete
  4. Jezu, ale się wystraszyłem tego gościa na zdjęciu.

    ReplyDelete